Black Bug: Frozen Energy (singiel 7″; AVANT! Records; Francja; 8 czerwca 2015)
Dwa utwory zamieszczone na najnowszym singlu francuskiej, ale wywodzącej się ze Szwecji, formacji Black Bug mają w sobie tyle zimno falowej energii (nomen omen singiel zatytułowany jestFrozen Energy), że zdolne byłyby obdzielić nią pełnowymiarową płytę. Nic dziwnego, mamy tu bowiem do czynienia z doskonale dopracowanym wydawnictwem nagranym przez wytrawnych muzyków sceny cold wave / post punk.
Początki Black Bug sięgają roku 2008, kiedy to ukazał się pierwszy singiel grupy – „I Don’t Like You” i zawarta już wówczas w tej muzyce moc nie zdołała ulotnić się przez wszystkie lata nieco kapryśnej aktywności zespołu. Frozen Energy kontynuje styl grupy łączący w sobie tradycyjną post punkową notoryczność brzmienia z gitarowym zgiełkiem i pulsem syntezatorów. Dodatkowym elementem ubarwiającym singlowe wydawnictwo jest chłodny i wyrazisty wokal, za który odpowiada Shawn Foree z legendarnej (i dość skandalizującej) amerykańskiej formacji Digital Leather. Warto dodać, że głos Foree’a brzmi w utworach Black Bug lepiej, niż na najnowszej płycie jego macierzystego zespołu (premiera longplay’a All Faded odbyła się 17 czerwca)…
Black Bug
Styl, który proponuje Black Bug, usytuowany jest w obszarze swoiście prowokacyjnej antyestetyki, wyrosłej na punkowym guncie; muzyka tego zespołu z łatwością odnajduje się w penetrowaniu sfer ciemnych, patologicznych, nasyconych grozą i groteską – jest więc bliska, nieco lepiej znanym polskim słuchaczom, nagraniom grupy In Death It Ends. Najważniejsze jest jednak nie znaczenie, ale potężna siła wyrazu brzmień spod znaku Black Bug, zespołu – o czym należy wspomnieć – wybitnie sprawdzającego się podczas występów na żywo.
Brandy Kills: Violent but silent pain (LP; Mountain Fighting Records; Rosja; 12 czerwca 2015)
Violent but silent pain, najnowszy longplay i kolejny element spoistej nastrojowo, oraz stylistycznie układanki, jaką jest bogata dyskografia Brandy Kills, potwierdza jakość i odrębność muzyki tej syberyjskiej formacji – i to niemal w skali światowej. Oto bowiem, dzięki muzyce Rosjan, obcujemy z brzmieniami dark wave, synth pop w najlepszej z możliwych postaci.
Igor Szaprański (Brandy Kills)
Igor Szaprański (wokal) i Jelizaweta Szaprańskaja (instrumenty klawiszowe, wokal towarzyszący, teksty), czyli duet stanowiący zasadniczy rdzeń formacji Brandy Kills, uraczył nas – podobnie, jak w zeszłym roku – obszernym dziesięcioutworowym wydawnictwem. Jego podstawowym wyróżnikiem jest melodyjność, odmieniana tu przez wszystkie przypadki przestrzennych brzmień syntezatorowych, oraz wzmocniona nastrojowością klasycznego instrumentarium (doskonała partia fortepianowa w utworze „Victim Eyes”, powstałym przy udziale rosyjskiego projektu witch house dsrtEgl). Album zawiera także mocniejsze w wyrazie post punkowe akcenty, jak chociażby wypełniony soczystym brzmieniem gitary basowej „Grave Form”; całość zaś spaja – co jest już cechą rozpoznawczą nagrań Brandy Kills – mocny niski głos Igora Szaprańskiego, mogący kojarzyć się z metodą wokalną Aleksandra Veljanova. Zwornikiem niezwykłej aury albumu jest utwór „Have no friends” – być może najbliższy dokonaniom wspomnianego Deine Lakaien.
Brandy Kills – ilustracja do utworu „Have no friends” (kliknij, aby wyświetlić tekst)
Violent but silent pain to wspaniała płyta, nagrana przez wytrawnych muzyków (przypomnijmy, że drugim projektem Szaprańskich jest post punkowa grupa Сруб, która niedawno wydała także doskonały longplayХтонь), o nieporównywalnej – mogącej powstać chyba tylko w syberyjskiej duszy i wyobraźni – chłodnej nastrojowości.
Scene Noir: Waves (LP; Cold Model Records; Kanada; 6 czerwca 2015)
Ta płyta, podobnie zresztą jak wcześniejsze dokonania pochodzącej z Montrealu formacji Scene Noir, może pozostać niezauważona… Potrzeba bowiem sporej dawki entuzjamu i pasji do wyszukiwania najnowszych zimno falowych brzmień, aby trafić właśnie na ten – stojący nieco obok głównego nurtu sceny cold wave – interesujący album i zespół. Do muzyki Scene Noir mam też dość szczególny, osobisty stosunek…
Minęło kilka lat od momentu, w którym postanowiłem poznawać brzmienia nowej zimnej fali niejako z punktu widzenia tabula rasa: bez porównań do „początków gatunku”, bez „resentymentów” i niemal beż żadnej „wiedzy wstępnej”; w odbiorze muzyki ceniąc tylko emocje wyzwalane przez charakterystyczną rytmiczność i przekaz, który powtarza niezmiennie „no future” – bo czy jest tu jakaś przyszłość? Nie widziałem (i wciąż nie widzę) jej nigdzie poza obszarem propagandy czczego optymizmu. Muzyka miała więc „współbrzmieć z rzeczywistością” – to było wyłącznym kryterium oceny jej wartości. Jednymi z pierwszych nagrań, na które trafiłem w ten sposób poznając nurt cold wave, były: „Violets” The Harrow, „The Common Cold” No Kisses, oraz kompozycja „Cold Plastic” z pierwszego – wydanego w 2012 roku – longplaya Scene Noir. Niewiele jest okazji do podobnych zwierzeń, posłuchajcie więc teraz, jak zaczęła się (dla mnie) przygoda z nowoczesną zimna fala:
Muzyka Scene Noir (niegdyś jednoosobowego projektu, obecnie duetu) to więc – w prywatnej kolekcji – swego rodzaju „klasyka gatunku” cold / minimal wave. Wspomniany debiutancki krążek zatytułowany Arena brzmiał świetnie; na tej płycie było dosłownie wszystko, czego potrzebuje ucho młodego (post) punka: elektroniczny minimalizm, rytmiczność, oraz ponury (i nieco w tej ponurości groteskowy) wokal. Jak zaś Scene Noir brzmi obecnie?
Pomieszczona we wnętrzu albumu Waves muzyka jest zdecydowanie bardziej dojrzała, subtelniejsza w wyrazie, bliska nastrojowym dokonaniom gatunku ethereal. Taka jest większość z ośmiu pomieszczonych na płycie utworów; jedynie dwa z nich (tytułowy, oraz „Shelter”) mogą pośrednio wskazywać, że słuchamy wciąż tego samego zespołu, który niegdyś nagrał „Cold Plastic”. Zrezygnowano z elektronicznej prostoty na rzecz ekspozycji gitar elektrycznych, oraz melancholijnego męskiego wokalu (miejscami, podobnie jak na pierwszej płycie, o nieco przerysowanej „głębi”); większość kompozycji ma zaś charakter balladowy – w czym celuje urzekające otwarcie płyty, utwór „Waves”, oraz następujący po nim (w części melorecytowany) „Sunday”. Nie są to już jednak rytmiczne zimne fale (cold waves), ale przepełnione nostalgią ledwie dostrzegalne poruszenia morskiego horyzontu… Wybaczcie ten uczuciowy banał, ale pewna młodzieńcza naiwność doznań jest wciąż żywiołem tej pięknej (przyznajmy to) muzyki.
Scene Noir to ciekawa i mało znana propozycja coraz bardziej popularnej w Polsce kanadyjskiej sceny cold wave. Warto zajrzeć do wnętrza Waves, chociażby po to, by do rzeczywistości wrócić zadziwionym i odmienionym.
Not So Cold „A Warm Wave Compilation” Vol. 2 (kompilacja; Tacuara Records / Cintas Triangulares; Niemcy / Peru; 25 czerwca 2015)
Rozpoczynające tegoroczny letni sezon „rozdanie” doskonałych składanek z muzyką cold wave i post punk trwa w najlepsze. W ten nurt wpisuje się także druga odsłona kompilacji wytwórni Tacuara Records (niegdyś argentyńskiej, obecnie działającej w Niemczech) pod tytułem Not So Cold „A Warm Wave Compilation”.
Podobnie, jak w przypadku pierwszej – wydanej w zeszłym roku – części tego wydawnictwa, jego tytuł nie tylko służy swoiście (lecz czy także skutecznie?) prowokacyjnemu odróżnieniu od większości zimno falowych płyt o tytulaturze epatującej wprost chłodem, ale przede wszystkim w pełni oddaje nastrój pomieszczonej wewnątrz muzyki. Urok zestawienia Not So Cold można więc przyrównać do orzeźwiającego powiewu letniej bryzy i próżno szukać tu „ciężkiej” w wyrazie i niejednokrotnie trudnej w odbiorze stylistyki cold wave.
Not So Cold „A Warm Wave Compilation” Vol. 2 (kaseta magnetofonowa z wkładką graficzną)
Not So Cold to trzynaście kompozycji dostępnych w elektronicznej wersji wydawnictwa, którego fizyczną odmianę (kaseta magnetofonowa) wzbogacono o jeden utwór bonusowy. Co znajdziemy wewnątrz? Same „smakołyki” współczesnej chłodnej elektronicznej sceny: Alles (perfekcyjnie wzniośle zaaranżowana kompozycja z repertuaru Krzysztofa Klenczona – „Nie przejdziemy do historii” – urzeka i pokazuje nieco odmienne oblicze tego z powodzeniem eksperymentującego duetu z Łodzi), Kristal Ann (znaną już czytelnikom Wave Press z duetu Paradox Obscur, a więc muzycznej współpracy z założycielem Werkstatt Recordings), formację Novva Falla (kolejny bliski Polsce akcent tej kompilacji), znakomity meksykański projekt Equinoxious (utwór „La Mujer de Plástico” to jeden z najlepszych fragmentów płyty), Vile-Oblique („Blossom”, czyli – ekskluzywnie – jeden z utworów zapowiadających nowy album tego świetnego projektu Coriny Nenuphar), My Great Blue Cadillac… Koda albumu przynosi zaś nagrania wykonawców mniej znanych (choć równie interesujących), które wzbogacają wyraz całości o element taneczno – transowy.
Podobnie zatem, jak w przypadku pierwszej części zestawienia Not So Cold, zadbano o jego treściwość, tworząc kompilację z dotąd niepublikowanych utworów czołowych dziś wykonawców gatunku. Złożenie to zaś prezentuje się spoiście pod względem budowanego nastroju, w którym decydującym tonem jest charakterystycznie letni – i rzadko pojawiający się w kontekście muzyki zimno falowej – chill out.
Automelodi i SLPWK; afterparty: Cat’s Whiskers i Adam Drzewiecki (Klub Chmury; Warszawa; 5 czerwca 2015)
Znakomity koncert, wspaniały wieczór! Od pewnego czasu w warszawskim klubie Chmury pojawiają się znaczący wykonawcy obecnej sceny cold wave / post punk – miniony występ Automelodi z Kanady, supportowanego przez polski projekt SLPWK, wpisuje się w ten swoisty ciąg koncertowy, który – ku mojej uciesze – będzie kontynuowany już w niedalekiej przyszłości. Tymczasem wspomnijmy minione wydarzenie, podczas którego zagrali w kolejności:
Michał Solipiwko (SLPWK)
SLPWK – ten śląski projekt, powstały po rozwiązaniu formacji Supreme Scarlet,wystąpił na scenie Chmur w jednoosobowym składzie: Michał Solipiwko zaprezentował blisko czterdziestominutową improwizację na analogowe syntezatory i automat perkusyjny. To nader interesujące wcielenie SLPWK, które – obok zwartych zimno falowych kompozycji – proponuje utwory rozbudowane, wielowątkowe, o nieco ambientowym rodowodzie i (co najistotniejsze) urzekające nastrojem. Charakterystyczna dla występu SLPWK była zdolność panowania nad formą i umiejętność budowania muzycznego dramatyzmu – te wzniosłe brzmienia nie nużyły, nie stawały się (pomimo rozległych miar czasowych) monotonne; wręcz przeciwnie – hipnotyzowały i wyzwalały napięcie. Muzyk, zapytany ex post, skąd bierze pomysły na powstanie tego rodzaju niezwykłych improwizacji, odpowiedział bez chwili wahania: „z melancholii”. Tak, SLPWK to dziś zdecydowanie najbardziej poetyckie brzmienie na nowej scenie cold wave w Polsce. Ten występ, zimno falowym prawem kontrastu, świetnie wprowadzał koncertgwiazdy wieczoru – Automelodi.
Arnaud Lazlaud (Automelodi) fot. Nas Rahmani
Automelodi – energetyczny, pulsujący znakomitym synthem one man show, który tamtego wieczoru dał śpiewający po francusku Kanadyjczyk Arnaud Lazlaud, pewnie na długo pozostanie w pamięci publiczności. Pięćdziesiąt minut muzyki, oraz jeden bis, pomieściły większość utworów z ostatniej znakomitej płyty Automelodi (Surlendemains Acides; 2013) – nie zabrakło także „kanonicznych” kompozycji z solowego repertuaru Lazlauda – chociażby najbardziej oczekiwanego przeze mnie „Allumeuses”. Automelodi na żywo to najwyższa jakość wykonawcza, interesujące – niejednokrotnie odmienne od znanych z nagrań studyjnych – aranżacje utworów, oraz (podkreślmy ponownie) ogromna taneczna energia, przywołująca emocje jakie mogły towarzyszyć występom muzyków nurtu synth pop jeszcze w latach osiemdziesiątych, szczytowym momencie rozwoju tego gatunku. Elementem dodającym występowi spoistości była jego niezwykła forma – Lazlaud powołał concept show na najwyższym poziomie, kunsztownie łącząc utwory ze sobą, wprowadzając rodzaj nowoczesnej minimalistycznej opowieści, oraz budując tym samym występ nie pozwalający odbiorcom na chwilę znużenia, czy rozproszenia. Do tej pory jestem urzeczony i zahipnotyzowany! Kilkunastominutowy fragment koncertu Automelodi do wysłuchania poniżej:
Cat’s Whiskers – żeński duet didżejski, rozpoczął afterparty także z zamiarem hipnotyzowania publiczności, a to za sprawą połączenia różnorodnej muzyki spod znaku cold / minimal wave, oraz post / electro punk z nieco psychodelicznymi w wyrazie wizualizacjami, jakie wyświetlane były na umieszczonym nad sceną ekranie. Efekt? Piorunujący! Chociaż parkiet pustoszał przy kilku zbyt „awangardowych” utworach. Warto dodać, że dziewczyny z Cat’s Whiskers chętnie także spełniały wszelkie – nawet dość wyszukane – życzenia muzyczne.
Cat’s Whiskers fot. Aleksandra Burska
Adam Drzewiecki – warszawski promotor sceny cold wave i organizator koncertu na koniec płynnie przejął miejsce za konsoletą proponując spoisty i energetyzujący set składający się z tego co dziś ważne i aktualne w chłodnej muzyce syntezatorowej: Veil Of Light: „Cold Skin”, All Your Sisters: „Come Feel”, Koban: „L’ombre”, Pure Ground: „Second Skin”, Sally Dige: „Doppelganger”… a to jedynie część tego znakomitego zestawienia, uzupełnionego klasycznymi brzmieniami synth pop z lat osiemdziesiątych. Dość wspomnieć, że tańcząc zapomniałem, iż na tę imprezę wybrałem się z nie do końca sprawną nogą… W najbliższej audycji Transmission / Transmisja (emisja 24 czerwca na e-antenie peruwiańskiej stacji In Club Radio) będzie można wysłuchać specjalnie przygotowanych setów zarówno Adama Drzewieckiego, jak i Cat’s Whiskers.
Powtórzę: znakomity koncert, doskonały wieczór, noc i poranek! Niewiele jest miejsc w Polsce, gdzie można spotkać się na żywo z najlepszymi dokonaniami światowej sceny cold wave. Dlatego korzystajmy z tego, co dzieje się w Chmurach.