NOWA KLASYKA / Hamsas Xiii: Encompass

Hamsas Xiii: Encompass (LP; Blaylox Records; Stany Zjednoczone; 22 kwietnia 2015)

Hamsas Xiii - Encompass (lp; 2015)

Mająca ukazać się wkrótce płyta Encompass to debiutancki longplay amerykańskiego duetu Hamsas Xiii, który – pomimo, iż funkcjonuje na scenie od dość niedawna – już skupił na sobie uwagę nad wyraz sporej liczby słuchaczy, oraz znaczących mediów muzycznych. Na czym polega fenomen popularności tego zespołu?

Po pierwsze: jego członkiem jest gitarzysta legendarnej „gotyckiej” formacji The Wake, Richard Witherspoon, którego talent gwarantuje, iż muzyka w powstanie której został on zaangażowany, niemal zawsze odznaczać się będzie najwyższym poziomem wykonawczym. Kompozycje autorstwa Witherspoona, często po prostu nie mają sobie równych pod względem osobliwej ciemnej nastrojowości. Po drugie: brzmienia Hamsas Xiii to niejako esencja stylistyki, którą zwykło się utożsamiać z jedną konkretną nazwą – 4AD. Jednakże nie w kształcie, często chybionym, jakim jest obecnie repertuar tej „kultowej” wytwórni – a w tym, do której przywykliśmy dzięki najlepszym płytom wykonawców nagrywających dla tego labelu w pierwszym okresie jego funkcjonowania: Cocteau Twins, Dead Can Dance, czy This Mortal Coil. Muzyka jest bardzo ważną funkcją pamięci; sama będąc wspomnieniem, przywołuje wspomnienia w sposób doskonały – ten właśnie psychologiczny fakt, twórczo wykorzystał duet Hamsas Xiii.

Robyn Bright i Richard Witherspoon (Hamsas Xiii)
Robyn Bright i Richard Witherspoon (Hamsas Xiii)

Encompass to niezwykły album. W jego wnętrzu odnajdziemy piętnaście nastrojowych kompozycji, których dominantą jest niebywałej wprost urody, żeński wokal. Należy on do Robyn Bright, być może znanej niektórym czytelnikom (choć w to wątpię) z jej udziału w formacji Cockatoo. Głos Robyn wyróżnia się zarazem siłą i subtelnością – tak, iż jego porównanie do wokalu Elizabeth Frazer jest w pełni uzasadnione. Ten „syreni śpiew” (to chyba najwłaściwsze tu określenie) został na Encompass ujęty w ramy równie wspaniałej i różnorodnej muzyki. Jej stylistyczna rozpiętość odnajduje się na skrzyżowaniu gatunków: ethereal, dark wave, cold wave i trip hop. Znajdziemy tu także utwory bliskie orientalnej fascynacji Dead Can Dance („Tigers”, „Eclipse”, „Sacred Circuit”), dzięki czemu album nabiera tajemniczego powabu i potęgi wyrazu. Zaznaczyć jednak należy, iż są to brzmienia bliskie stylistyce tej australijskiej formacji, jednak tylko i wyłącznie tej, która obecna jest na pierwszych wydawnictwach Dead Can Dance, pochodzących z połowy lat osiemdziesiątych. Możliwość słuchania podobnej muzyki, ale powstałej w 2015 roku, jest doznaniem wprost niemożliwym do opisania… Być może na taką właśnie płytę czekałem od lat.

Robyn Bright (Hamsas Xiii)
Robyn Bright (Hamsas Xiii)

Różnorodność tego albumu to jego podstawowy żywioł. Klasyczna energia cold wave, chociażby spod znaku Siouxie and the Banshees, również jest obecna na Encompass – w najlepszej z możliwych postaci: eterycznej i rytmicznej zarazem (utwory „Congratulations”, „Exploding Heart”, oraz doskonale hipnotyczny „Waterstone”).

Najpiękniejsza płyta, ze wszystkich, których wysłuchałem dotąd w 2015 roku.

Szymon Gołąb

Fragmenty albumu (wersja elektroniczna) dostępne są aktualnie w serwisie iTunes.

Hamsas Xiii – Facebook

CZAS ZIMNEJ KRWI / Schröttersburg: Krew

Schröttersburg: Krew (LP; Extinction Records; Polska; styczeń 2015)

Schröttersburg - Krew (lp; 2015)

„Boję się”, niczym Tomasz Beksiński, polskiej muzyki. Jednym z powodów tej obawy jest fakt, że przez minione dwadzieścia sześć lat „wolności” nie wypracowała ona należytej formuły stylistycznego i tematycznego buntu, względem wątpliwej radości towarzyszącej życiu pod ciężkim butem prowodyrów owego „wyzwolenia”. Szkoda. Muzyka polska jest – podobnie jak jej ukraiński odpowiednik – w większości dobra, ale większość ta została stworzona na emigracji. Dosyć tej „polityki”, koniec cudzysłowów – oto jeden z niewielu wyjątków na rodzimej scenie post punk / zimna fala: album treściwy, doskonale zagrany (i nagrany), a co najważniejsze spoisty stylistycznie, oraz operujący sporą dawką autentyzmu.

Krew jest pierwszym wydawnictwem formatu longplay płockiej formacji Schröttersburg, która zadebiutowała w 2013 roku sześcioutworowym albumem zatytułowanym po prostu Demo. Najnowsza płyta potwierdza, iż płoccy muzycy traktują obecny fenomen powrotu brzmień zimno falowych w sposób nader twórczy, a zarazem zakorzeniony w tradycji tego – powstałego właśnie nad Wisłą – gatunku. Krew to dziewięć utworów, z których kilka znalazło się już na wspomnianym debiucie Schröttersburg; album jednak brzmi spoiście pod względem nastroju – nie ma na nim miejsc, w których słuchacz odczułby, iż obcuje z materiałem szytym na siłę i z nieco wytartych już skrawków muzycznego płótna. Wręcz przeciwnie – ta Krew smakuje nader świeżo i orzeźwiająco. Jakie więc brzmienia proponuje Schröttersburg?

Schröttersburg
Schröttersburg

Zimne i hałaśliwe. Gitarowa energia to żywioł tej płyty, jednakże potraktowany tu na tyle wielowymiarowo, iż elektryczna zgrzytliwość Krwi nie nuży, a fascynuje. Post punkowe frazy gitar zostały tu rozpisane na wiele sposobów, chwytów i stylów, podporządkowanych jednakże klasycznym zimno falowym riffom. Sekunduje im świetny głos wokalisty (śpiewającego znakomicie napisane, miejscami bardzo dosadne, polskie teksty), oraz „żywa” perkusja. Zimno falowy nastrój potęguje także często pojawiający się na tej płycie charakterystyczny pogłos wokalu. Jest zima 1981 roku, stan wojenny – tak smakuje muzyka czasu zimnej Krwi.

Faworyzuję kompozycje: „Schröttersburg” (instrumentalne otwarcie albumu), „Pojutrze” „Nieskończoność” (zdecydowany killer płyty), oraz „Bocznice”. Koda wydawnictwa to zaś wyraźny i ciężki punkowy „czad” – nieco mniej apelujący do wyobraźni słuchaczy wrażliwych na ascetyczny chłód nowoczesnej formy muzycznego buntu.

Szymon Gołąb

Płyta w wersji fizycznej (CD) do zamówienia drogą mailową: extinctionrecords@gmail.com

Schröttersburg – oficjalna strona

Schröttersburg – Facebook

SYMBIOZA / Captive: Black Leather Glove

Captive: Black Leather Glove (LP; Cønjuntø Vacíø; Stany Zjednoczone; 10 marca 2015)

Captive - Black Leather Glove (lp; 2015)

Ta płyta ucieszy każdego, kto docenia współczesne oddźwięki stylistyki zapoczątkowanej przez The Cure – ale nie tylko. Formacji Captive udało się osiągnąć brzmieniową symbiozę pomiędzy gitarową odmianą post punka, oraz elektronicznym żywiołem minimal wave. Co to oznacza w praktyce? Po prostu świetną, silnie zrytmizowaną i chłodną w wyrazie muzykę.

Captive to teksański kwartet, który oprócz najnowszego longplay’a ma w swojej dyskografii wydane na początku 2014 roku pięcioutworowe demo, którego otwierający motyw zatytułowany jest właśnie „Black Leather Glove”. Przez ten czas muzyka Amerykanów nabrała „szlifu” i dojrzałości – zespół zrezygnował chociażby z inkrustowania swoich wydawnictw dalekimi od stylistycznej spójności remiksami. Na debiutanckim albumie (wydanym przez hiszpański label Cønjuntø Vacíø w formie kasety o limitowanym nakładzie osiemdziesięciu egzemplarzy) usłyszymy muzykę niemal doskonale nawiązującą do „kjurowej” estetyki zimnej fali lat osiemdziesiątych.

Captive (fot. Courtney Chavanell)
Captive (fot. Courtney Chavanell)

Black Leather Glove to dziesięć spójnych nastrojowo kompozycji, wśród których zwraca uwagę ekspozycja charakterystycznie hałaśliwego brzmienia gitar elektrycznych (zgodnie z wyznacznikiem ulubionego przez zespół stylu noise), skontrapunktowanego automatycznym rytmem perkusji o wielu ciekawych odcieniach, oraz nawiązujący do stylistyki The Cure wokal. Dodajmy, że nawiązanie to – równie wyraziste, jak w przypadku innej amerykańskiej formacji, Underpass – nie jest wadą albumu, jego składnikiem wtórnym i odtwórczym. Nieco zrezygnowana, dekadencka, ale zarazem nieporównywalnie romatyczna maniera wokalna Roberta Smitha jest po prostu na tyle trwała i inspirująca, że częste obecnie do niej nawiązywanie można traktować jako element progresywny chłodnego nurtu „gotyckiej” muzyki. Zwróćmy uwagę, iż współczesne interpretacje „kjurowej” estetyki znacząco różnią się od siebie; ta zaś, którą proponuje Captive jest najwyższej próby.

Najbardziej jednak zachwyca na tej płycie niemal naturalna i niewymuszona symbioza gitary i synthu. Brzmienia syntezatorowe pojawiają się w utworze „Exaltations”, aby z pełną wyrazistością powrócić w wygłosowych kompozycjach „Coming Home” (w której dodatkowo usłyszymy świetny duet z żeńskim wokalem) i „Endless Lust” – arcydziele wspomnianej symbiozy, wzbogaconym wokalizą w stylu – tym razem – Andy’ego Sex Ganga.

Szymon Gołąb

Captive – Facebook

BLASKI I CIENIE / Darkness Falls: Dance And Cry

Darkness Falls: Dance And Cry (LP; hfn music; Dania; 30 marca 2015)

Darkness Falls - Dance And Cry (lp; 2015)

W zbieżności przeciwieństw zawiera się sedno powabu i tajemnicy. Uwielbiam takie płyty – natchnione i lekkie w odbiorze, subtelne i poważne, ciemne i emanujące dziwnym światłem. Dance And Cry to arcydzieło nurtu dark pop; album mogący znaleźć się w pierwszym rzędzie najlepszych dokonań gatunku, obok wydawnictw: Be Forest, Club 8, I Break Horses, iamamiwhoami, czy Miss Li… Konteksty dla tej wspaniałej płyty można długo mnożyć, dark pop to dziś nader popularna i płodna stylistyka, nie zmienia to jednak faktu, że w przypadku Dance And Cry obcujemy z suwerenną i nieporównywalną wizją muzyczną.

Darkness Falls
Darkness Falls

Darkness Falls to żeński duet z Kopenhagi, urzekający wdziękiem swojej muzyki już od 2009 roku. Dance And Cry jest ich drugim longplayem, obok wydanego cztery lata temu krążka Alive In Us, oraz kilku płyt singlowych i remiksów. Na płycie pomieszczono jedenaście utworów konsekwentnie budujących nastrojową opowieść o tym, co w życiu istotne, a zarazem najbardziej podatne na obecność mroku i tajemnicy; Dance And Cry to jeden z piękniejszych muzycznych seansów ostatniego czasu, mówiących o miłości, samotności, oraz kolorycie życia emocjonalnego. Tę niełatwą tematykę z urodą i lekkością wpleciono tu w zwiewne dark popowe brzmienia, wśród których – obok tradycyjnego dla gatunku instrumentarium elektronicznego – usłyszeć można wzniosłe partie organowe (wspaniała introdukcja albumu, utwór „Nightgames”), oraz chóralne (szczególnie urokliwie brzmiące w kompozycji „Liar’s Kiss”). Rytmem Dance And Cry jest zaś wyraźnie wyeksponowana perkusja – o różnych odcieniach, co na tej płycie zachwyca chyba najbardziej. Całości dopełnia zaś znakomity, głęboki i melancholijny wokal Josephine Philip.

Darkness Falls
Darkness Falls

Dance And Cry to także album z niespodzianką. Zamykające go utwory „Midsummer Wail” i instrumentalny „Thunder Roads” to współczesne brzmienia alternatywy cold wave w czystej postaci – z chłodnym „zaświatowym” wokalem („Midsummer Wail”), doskonałym pulsem automatu perkusyjnego, oszczędnymi riffami gitary basowej, oraz minimalistycznym synthem. Nawet w przewrotnym i trudnym zestawieniu z „ścisłą awangardą” gatunku, najnowszym albumem formacji Captive – Black Leather Glove, utwory te brzmią doskonale i nader autentycznie, nie wyzwalając wrażenia „komercyjnego zgrzytu”.

Dance And Cry, taniec i płacz – muzyka Darkness Falls uczyniła te dwa przeciwstawne fenomeny nierozłącznymi. Jestem zachwycony!

Szymon Gołąb

Darkness Falls – oficjalna strona

Darkness Falls – Facebook

Cztery kompozycje z albumu Dance And Cry są dostępne do swobodnego wysłuchania na profilu zespołu w serwisie SoundCloud:

NIEREALNA NADZIEJA / Red Painted Red: Hey Dum Dum

Red Painted Red: Hey Dum Dum (Wrotycz Records; Wielka Brytania; 27 marca 2015)

Red Painted Red - Hey Dum Dum (lp; 2015)

Zawrzało ostatnio na scenie trip hop / ethereal / darkwave. Koniec marca przyniósł premiery trzech znakomitych płyt: niemal zimno falowej Dance And Cry duńskiego duetu Darkness Falls; mistycznej i transowej Wound Theory. Act I: Ghost ukraińskiego Sorrow Leads To Salvation; oraz najbardziej tajemniczego chyba z tego tryptyku krążka – Hey Dum Dum brytyjskiej formacji Red Painted Red. Czy te nazwy i tytuły mówią coś rodzimemu słuchaczowi? Pora, aby zaczęły. Na początek więc wsłuchajmy się w najnowszy album Brytyjczyków z Red Painted Red.

Ten pochodzący z Manchesteru duet ma w swojej dyskografii trzy płyty rozmiaru longplay: Colours Boxset (2009), I Am Nothing (2011), oraz najnowszą, wydaną przez polski label Wrotycz Records – Hey Dum Dum. Na ostatnim albumie znalazło się dziewięć kompozycji o nader niesamowitej atmosferze, przywodzącej na myśl najlepsze dokonania początków nurtu trip hop, firmowanych przez wykonawców wytwórni 4AD. Muzyka Red Painted Red spodoba się więc na pewno wszystkim, którzy tęsknią do tego właśnie nastroju, reprezentowanego chociażby przez wczesne wydawnictwa His Name Is Alive. Dawka tajemniczości i delikatnej zaświatowej aury zawarta na krążku Hey Dum Dum jest wprost nieporównywalna i urzekająca.

Red Painted Red - Hey Dum Dum (płyta CD)
Red Painted Red – Hey Dum Dum (płyta CD)

Klucz do tej płyty to subtelność, obecna tu głównie za sprawą eterycznych melorecytacji w wykonaniu Yew – wokalistki obdarzonej nader zwiewnym, niemal „anielskim” (kwintesencja gatunku ethereal), oraz powabnym – miejscami w niemal „koci” sposób – głosem. Żeńska melorecytacja to podstawowy żywioł Hey Dum Dum; na tym krążku śpiew pojawia się jedynie w utworze wygłosowym (i jednym z najlepszych) – „Another Day”. Yew jest także autorką tekstów większości kompozycji, opowiadających o „życiu wewnętrznym” i duchowym wymiarze zdarzeń codzienności (także tej cielesnej i specyficznie kobiecej), co doskonale współgra z muzyką ilustrującą opowieści Red Painted Red. Jaka to muzyka?

Hey Dum Dum, obok klasycznego trip hopowego zrytmizowania, sprawia wrażenie albumu nader bogatego aranżacyjnie – również w zakresie wykorzystania tradycyjnego instrumentarium. Pojawiają się tu skrzypce (najpiękniej brzmiące w kompozycji „Rhytm of Life”), fortepian, saksofon, dzwony, oraz świetne kilkusekundowe „wejścia” przesterowanej gitary elektrycznej (chyba najbardziej wyraźny łącznik tej płyty z eteryczną muzyką spod znaku 4AD). Całość zaś opleciona jest prawdziwym arboretum delikatnych brzmień elektronicznych, odpowiedzialnych za ogromną przestrzeń zawartą w muzyce Red Painted Red. Dzięki tym wszystkim składnikom Hey Dum Dum w pełni zasługuje na miano odrealnionej podróży do wnętrza muzycznego przeżywania. Ta płyta jest wręcz doskonałym i wyraźnie podbarwionym ciemnością „tripem”.

Które utwory faworyzuję? „Late November”, „Rhytm of Life”, „I’m No Johny Cash”, „Her Hair” (zawarta w tej kompozycji magia synkopy urzeka!). Przepiękny i poruszający jest również duet w „Another Day”.

Albumu Hey Dum Dum warto słuchać po zmroku, lub z zamkniętymi oczami – wyzwoli to całe piękno i niesamowity koloryt nierealnej nadziei zawartej w jego wnętrzu.

Szymon Gołąb

Płyta dostępna jest w wersji fizycznej (CD) w sklepie internetowym Wrotycz Records.

Red Painted Red – oficjalna strona

Red Painted Red – Facebook

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑