VA: Memorias de un Continente (kompilacja; Infravox Records; Peru; 15 maja 2015)
Nareszcie można posłuchać więcej! Kompilacja Memorias de un Continente to unikalne wydawnictwo prezentujące nagrania południowoamerykańskich wykonawców sceny cold wave, post punk, minimal wave. Na płycie znaleźć można muzykę wielu znakomitych (a wciąż mało znanych w Europie, a tym bardziej w Polsce) formacji: Varsovia, Stockhaussen, Imagenes en Oscuridad, Neue Strassen, Antidolby czy Partial Objects. Dobór utworów oraz ich jakość wykonawcza potwierdzają, że mamy do czynienia z wyjątkowym zestawieniem, które powinno znaleźć naśladowców również w innych częściach świata. Marzę chociażby o kompilacji prezentującej aktualne dokonania post punkowych wykonawców z „bloku wschodniego”.
Infravox Records – VA: Memorias de un Continente (okładka płyty / źródło: infravoxrecords.bandcamp.com)
Datę wydania i format albumu można już oficjalnie potwierdzić: kompilacja Memorias de un Continente ukaże się 15 maja na kunsztownie wydanej transparentnej płycie winylowej o nakładzie 300 egzemplarzy. Pre-order wydawnictwa na stronie Infravox Records w serwisie Bandcamp.
Do tej pory poszczególnych utworów z płyty można było wysłuchać w wersji elektronicznej jedynie we fragmentach – poniżej ekskluzywny mix prezentujący nagrania (prawie) w całości. Odtwarzanie podczas imprez wskazane!
Ash Code: Posthuman (LP; Swiss Dark Nights; Włochy; 22 lutego 2016)
Najnowszy longplay włoskiego tria Ash Code (popularnego w Polsce chociażby za sprawą zeszłorocznego występu na Return To The Batcave Festival we Wrocławiu) ukazał się kilka dni przed zapowiadaną na 27 lutego premierą – i bardzo dobrze! Należałem bowiem do tych słuchaczy, którzy nie mogli się już doczekać nowych rozkoszy od włoskich zimnofalowców. Płyta nie zawodzi oczekiwań, choć jest nieco różna od tego, do czego przyzwyczaił nas ten zespół (za sprawą longplay’a Oblivion z 2014 roku i poprzedzających go singli).
Po kolei. Najpierw o zapowiedziach. Nie lubię czczego marketingu, tych wszystkich sprzedających się na siłę wyblakłych gwiazdeczek z nadwagą i niedorosłych gwiazdorów bazujących na mieszaniu muzyki i ideologii politycznych. O czym mowa? Posłuchajcie polskiego „mainstreamu”, a nawet „alternatywy”. Rzygam tą tęczą. Marketing i sztuka nie chodzą tymi samymi drogami, chyba, że… Za całą sprawę wezmą się muzycy z Ash Code. Zespół doskonale wykorzystał potencjał nowoczesnych narzędzi internetowych (chociażby aplikacji Facebook Mentions), aby dozować słuchaczom przyjemności zawarte na Posthuman. Brawo! Tak się to dziś powinno robić!
Gdyby jednak za tymi zabiegami nie stała muzyczna jakość, zniechęciłoby to wielu do sięgnięcia po płytę… Jest jednak wprost przeciwnie – Posthuman to 12 utworów potwierdzających już wyrobioną pozycję Ash Code na scenie cold /synth wave i post punk. Co ważne (i słyszalne nawet podczas pobieżnego obcowania z nowa muzyką Włochów) zastosowano na Posthuman szereg interesujących zabiegów, dzięki którym brzmienia Ash Code nieco „złagodniały”, nachyliły się w stronę post punkowej „ballady” w guście The Cure (prym wiedzie tu fenomenalny utwór „Fragments”). Na płycie pojawia się też często świetny wokal kobiecy – i jest właściwym dialogowym ubarwieniem tradycyjnie już znakomitego głosu Alessandra.
Niezmienne pozostało mistrzowskie, melodyjne i cudownie taneczne połączenie brzmień syntezatora, gitary basowej i automatycznej perkusji – znak rozpoznawczy Ash Code. Dodajmy: Posthuman podkreśla wymiar melodyjności (niemal romatycznej w wyrazie), dzięki czemu jest to najbardziej „gotycka” płyta w dyskografii zespołu. Czarny romantyzm i syntezatory – o to chodzi! Posłuchajcie „Try To Be Mine” – najlepszego (obok It’s Time To Face The Abyss” i wspomnianego już „Fragments”) utworu na płycie:
Co jeszcze? Oprawa graficzna płyty! Ponownie w niepowtarzalnym stylu „cukierkowo-słodkiego-horroru” przygotowała ją polska artystka, Sandra ‚Drakulska’ Roczeń. Jest pięknie!
Forever Grey: Boundaries (LP; Bat-Cave Productions; Stany Zjednoczone; grudzień 2015)
Kto zna pochodzący z Michigan duet Forever Grey? Na pewno słuchacze radiowych seansów z cyklu Transmission / Transmisja – kilkakrotnie bowiem utwory tej formacji pojawiły się na antenie wzbudzając spore zainteresowanie swoją niejednoznaczną stylistyką, trudnym do określenia połączeniem syntezatorowego minimum z chłodnym post punkowym klimatem a’la Lebanon Hanover. Na tym chyba koniec. Nieco zapomniałem o ich muzyce… Dlatego longplay Boundaries może naprawdę cieszyć, ta płyta zbiera bowiem wszystko to, co najlepsze w nader bogatej dyskografii duetu z Michigan.
Forever Grey (źródło: forevergrey.bandcamp.com)
„Niejednoznaczność stylistyczna”? W przypadku Forever Grey może być ona ekscytująca. Oto dwa utwory, które znajdziemy na Boundaries i… Coś na kształt podniecającego kontrastu czerni i bieli, który zachodzi między nimi:
..i jeszcze kilka fotografii zdobiących okładki wydawnictw Forever Grey (w sliderze, żebyście przypadkiem zbyt długo nie wpatrywali się w szczegóły):
Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.
Fajne, prawda? Zespół dba o graficzną reprezentację swojej muzyki, wypełnionej ciemnymi obsesjami i natchnieniem „platonicznej erotomanii” (cytując Poego). Czarno-biała estetyka zdjęć sugeruje też brak zainteresowania muzyków neonowym mainstreamem oraz może przypominać oprawę wydawnictw jednej z ciekawszych (nie tylko za sprawą tragicznej i widomie zaaranżowanej śmierci wokalisty) formacji nurtu cold wave – The Anxiety Of Love. Szczerość przekazu. Czy potrzeba czegoś jeszcze? Owszem – takiego właśnie połączenia synthu i gitary elektrycznej (oraz głosu kobiety i mężczyzny), jakie odnajdziemy w nagraniach Forever Grey.
15 singli i albumów rozmiaru EP, oraz jeden kompilacyjny longplay – to naprawdę sporo, biorąc pod uwagę, że pierwsze wydawnictwo Amerykanów (znakomita epka Poems About Eternity) datowane jest na… Marzec ubiegłego roku. Muzyka duetu została też niedawno doceniona przez autorów kompilacji Scraping Beats, zaś nieco wcześniej znalazła się we wnętrzu kilku znaczących posumowań najlepszych dokonań cold wave w 2015 roku.
Forever Grey (źródło: Facebook)
Boundaries to płyta, którą warto mieć i często do niej powracać. Zwraca uwagę fakt, że krążek został wydany przez polską wytwórnię Bat-Cave Productions – nie sądziłem, że rodzimi wydawcy „trzymają rękę na pulsie” tego, co w nowej odmianie zimnej fali istotne (bo, zazwyczaj, nie trzymają). Dodatkowo można zagłosować na Forever Grey, aby usłyszeć ich na żywo podczas tegorocznej edycji Return To The Batcave Festival we Wrocławiu. Już głosowałem.
Czy macie czasem poczucie, że ludzie wokół są jacyś martwi (jak w doskonałym utworze Belgrado, „Koszmar”)? Nie? To wasze zdrowie – ja, tak. Kobiety z „zawziętymi” twarzami (to rysy nabyte w trakcie codziennej walki o byt w tym kraju), oczy wpatrzone w jeden punkt niczym u gada (to z braku duszy i serca), o „uczuciowości” kopiuj-wklej z seriali, którymi wyjada mózgi telewizja a’la srafałen i polshit. Dobranoc, tańczę sam – ale za to do muzyki z naprawdę świetnej płyty: Alyson Vane 2 krakowskiej formacji Alyson Vane.
Alyson Vane (źródło: alysonvane.art.pl)
Ten kwartet długo milczał. Najnowszy album Alyson Vane pochodzi z grudnia zeszłego roku, a poprzedza go płyta Benzyna i Maliny wydana w 2012 roku. Spora pauza, można było nie zauważyć ich muzyki – tym bardziej warto sięgnąć po Alyson Vane 2. Epka zawiera pięć autorskich utworów oraz jeden (dostępny wyłącznie w fizycznej wersji wydawnictwa) cover rosyjskiej formacji Leningrad. Jak grają Krakowianie?
Tak, że można od razu polubić ich muzykę. Jest na Alyson Vane 2 post punkowa perkusja (fenomenalny utwór „Paznokcie”), jest synth (choć bliżej mu do zgrywy z dupapolo, niż jakości muzyki spod znaku wave), są świetne teksty o życiu i miłości (ależ będzie ta płyta brzmiała wiosną!), są wreszcie energetyczne partie gitarowe – sedno tej muzyki. To wszystko, a ile frajdy! Dodajmy też, że płyta jest naprawdę dobrze nagrana. Często trudno o „poczucie przestrzeni” w przypadku podobnych realizacji – na Alyson Vane 2 jest jej natomiast pod dostatkiem. Urzec może także (bądź odwrotnie – całkowicie zniesmaczyć) autoironia zespołu względem stylistyki i tematów podejmowanych w tekstach. Całość brzmi piętro niżej od longplay’a Ukrytych Zalet Systemu(ta płyta, jak i rosyjski post punk mogą być odniesieniami dla Alyson Vane 2), ale świetnie!
Alyson Vane (fot. Marek Pietraszek / źródło: Facebook)
Jest też w muzyce Krakowian jakaś cudowna przeciwwaga dla „martwego świata”, jakiś romantyzm, naiwność – które sprawiają, że do tego albumu chce się powracać. Poczytajcie o osobliwej literackiej genezie nazwy zespołu… Jak w „Imago” Carla Spittelera (zna ktoś tę książkę?)! Okazuje się więc, że dziwne dziewczyny – i trudna miłość – ciągle inspirują, są możliwe, nawet w Polsce.
Co więcej? Nic. Chciałbym usłyszeć Alyson Vane na żywo.
Warszawski klub Chmury to znane już miejsce regularnych spotkań z muzyką nurtów: cold wave, post punk, synth pop wykonywaną przez artystów z całego niemal świata. Szczególnie cenię ten lokal za uprzystępnienie polskiej publiczności koncertów przedstawicieli sceny minimal wave z Kanady (Automelodi, Marie Davidson), których chyba nigdzie indziej w kraju nie można usłyszeć na żywo. Tym razem na scenie Chmur wystąpiły trzy polskie formacje prezentujące różne odmiany nowoczesnej zimnej fali: Schröttersburg, Undertheskin i Sexy Suicide. Imprezę zamykał zaś niesamowity (nie znajduję innego określenia) set didżejski w wykonaniu Jagody z duetu KATZ oraz Kruczej.
Schröttersburg (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Schröttersburg– to formacja z Płocka, która podczas „Same Old Madness” zaprezentowała najbardziej zachowawczą formę muzyki chłodu. Nagrania przypominające klimatem utwory rodzimej zimnej fali z lat osiemdziesiątych rozpisane na gitary, „żywą” perkusję, oraz znakomity wokal uzupełniały liczne partie improwizacyjne. Sprawiło to, iż występ Schröttersburg był swego rodzaju seansem, powrotem do rdzennych brzmień post punka – przy czym element punkowy zapewniał wykonywanej muzyce właściwą dawkę energii i buntu. Muzycy z Płocka perfekcyjnie wprowadzili publiczność w to, czym dziś jest – i skąd się wywodzi – zimna fala. Przez sporą grupę odbiorców koncert Schröttersburg został oceniony za najlepszy punkt programu imprezy.
Undertheskin (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Undertheskin– zespół z Krakowa, który za sprawą wydanej w zeszłym roku płyty mocno „namieszał” na polskiej scenie cold wave, wystąpił jako swoista kontynuacja aury zapoczątkowanej przez Schröttersburg – a zarazem jej przeciwieństwo. Warto wspomnieć o interesująco i świadomie poprowadzonej linii muzycznej wydarzenia: przebiegała ona od tradycyjnych brzmień gitarowego post punka, przez subtelny mariaż z elektroniką w wykonaniu Krakowian, aż po synth popowe taneczne brzmienie Sexy Suicide. Perfekcja organizacyjna i wyczucie nastroju! Undertheskin na żywo to dramatyzm wpisany w statykę – coś nieokreślonego i hipnotycznego, co przypomina muzyczny przekład „cyklu gestycznego” z filmów Wernera Herzoga. Niepokój i siła, oraz… „Ten moment, kiedy gitarzysta Undertheskin grał tak, jakby chciał wycisnąć krew ze strun” – jak napisał ktoś po koncercie… Jestem urzeczony!
Sexy Suicide (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Sexy Suicide – czyli Marika i Poldek. Wiadomo – „the class of 1984”, oraz czołowy obecnie polski duet wykonujący muzykę z pogranicza nurtów: synth pop, cold wave, electro synth i retro wave. Zimne disko w najlepszej postaci – co potwierdził warszawski koncert, podczas którego muzycy zaprezentowali utwory zarówno już znane, jak i premierowe. Syntezatorowy podkład przebity silną elektroniczną perkusją, oraz wielowymiarowy wokal Mariki (a także jej sceniczny imaż) – to lubię i sądząc po małej ilości miejsca na parkiecie podczas koncertu Sexy Suicide, nie tylko ja. Doskonały występ, pokazujący że muzyka taneczna nie musi być trywialna.
KATZ & Krucza – a właściwie połowa KATZ (czyli Jagoda, Paula była bowiem zajęta organizacją wydarzenia) i Krucza. Cztery kobiece dłonie przy konsolecie i rzecz niebywała… Ekstaza rytmicznego chłodu w klasycznym i nowoczesnym wydaniu! Obłęd tańca! Pełen parkiet do rana! Najlepszy (podkreślam: najlepszy) set didżejski jaki słyszałem. Brawo! Za komentarz niech znów posłużą słowa uczestnika imprezy: „Krucza, jesteś mózgo-manipulatorem, Katz też… Stoję przed Chmurami, wychodzą dwaj Ukraińcy i pytają, czy my tu w powietrzu rozpylamy jakieś narkotyki, bo to nie możliwe żeby od samej muzy tak zwariować”.
Doskonały koncert – a powtórka klimatu (bądź nawet jego wzmocnienie) już 12 marca podczas występu Lebanon Hanover. Do zobaczenia!
Szymon Gołąb
Podziękowania dla Łukasza ‚Black’ Maślaka za przygotowanie materiałów foto / wideo.