„Death Disco Party / Where Is My Mind?”: Bleib Modern, Michał Pydo, Vökuró (Klubokawiarnia Chmury; Warszawa; 25.06.2016)
Za nami długo wyczekiwany koncert Bleib Modern w warszawskich Chmurach. Zimnofalowcy z Niemiec nie tylko potwierdzili na nim klasę swojej muzyki, ale – sięgając niejako do najlepszych tradycji rocka – wprowadzili do jej wykonania na żywo nową jakość. Czy zasługuje ona na uwagę? Zdecydowanie tak! Po kolei jednak. Kto zagrał podczas tej wymownie zatutyłowanej – „Death Disco Party / Where Is My Mind?” – nocy koncertowej na Pradze?
Vökuró (fot. Szymon Gołąb)
Vökuró – to warszawskie trio, które rozpoczęło tryptyk koncertowy, proponując w rozgrzanej upałem sali Chmur dźwięki z pogranicza wielu gatunków subtelnie nawiązujących do kolorytu dark wave. Gitary elektryczne, syntezator i kobiecy głos – te trzy składniki brzmień Vökuró sytuują je jednak zdecydowanie w nurcie zimnej fali, twórczo przekształconej przez warszawskich muzyków w niełatwą do opisania miksturę nastrojów. Czytaj więcej…
Pomnik-popiersie na tle minimalistycznej, czarno-białej struktury, z lekkim efektem rozmycia. Ów motyw, zgrabnie uchwycony na afiszu wydarzenia, może mieć dwojaką wymowę. Z jednej strony powracający wielokrotnie element teledysku „The Heiress” Drab Majesty, który mimowolnie przywodzi na myśl fluorescencję i magnetyzującą mozaikę lat 80-tych; drugi, bardziej uniwersalistyczny wymiar? Nie szukając daleko – symbol odrodzenia, renesansu, rozkwitu.
Ten swoisty fenomen można spokojnie opisać też przez pryzmat minionej soboty (9 kwietnia) w warszawskim klubie Chmury i goszczących w nim tego wieczoru zespołów: PAST, Charnier i Drab Majesty – ostatniej generacji grup, za sprawą których scena post-punk / new wave / cold wave przeżywa swoją drugą młodość.
Past (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak
PAST. Małgorzata Przyszłość (wokal, klawisze), Darek Sem (gitara), Kamil (gitara) i Tomasz Suchy (perkusja) – nikomu, kto uważa się za konesera dobrych dźwięków i rodzimej zimnej fali, nie muszę chyba przedstawiać dodatkowo powyższego składu. Kapela uformowana w sercu Mazowsza uświetniła swoją obecnością sobotni rozkład jazdy w Chmurach, grając jako pierwsza. Stołeczno-praski klimat służy z pewnością PAST, który powrócił na podwórko 11 Listopada po połowie roku (wrzesień 2015: Release Party + Ukryte Zalety Systemu& Klipsy Panda). I uczynił to w zaiste wyśmienitej kondycji! Chylę czoła zwłaszcza przed wokalistką, której warunki głosowe stawiały niezwyciężony opór niedomaganiom zdrowotnym do samego końca występu. W sobotnim menu PAST, poza nagraniami znanymi bardziej koncertowym „wyjadaczom”: „Smutno”, „Ściana”, „Koniec”, „Warszawa” oraz równie ciepło przyjętej, niedawno skomponowanej „Czarnej”, nie mogło zabraknąć repertuaru z doskonale przyswojonego już przez fanów Demo (2015): „Pytania”, „Budzik”, „Ulrike”.
Past (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Pozwolę sobie uczynić w tym miejscu wtręt, zatrzymując się przy pierwszym z wymienionych tytułów. „Ja mam żałobę po swoim życiu. Smutny jest ten świat. Za dużo zakazów” – jak wymownie wybrzmiały te słowa, po krótkim acz dosadnym nawiązaniu przez Małgorzatę do ostatnich wydarzeń w sferze polityki rodzinnej, które wzburzyły opinię społeczną. Nie jest to jedyny zresztą tekst PAST, manifestujący niezgodę na warunki, w jakich przyszło nam żyć (tudzież wegetować). I chwała PAST-punkowym buntownikom za to, że poza bezbłędną w aranżacji i nastrojach szatą muzyczną, dostarczają odbiorcom innej wartości dodanej – ważkich treści… I pobudki do myślenia (!)
Charnier (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Charnier. O tym, że warto mieć zwrócone oczy na niderlandzką scenę muzyczną, świadczyć może z pewnością drugi tego wieczoru występ – muzycznych gości z Belgii właśnie. Bez cienia wątpliwości ani przesady mogę poświadczyć: dawno do moich kubków słuchowych nie dobiegła tak wirtuozerska, tchnąca nowatorskim podejściem gra keyboardzisty! Aranżacyjny przepych i synthowe wariacje uwypuklone zostały zwłaszcza podczas „Gloomy Sunday”, ”Another Floor” i „Can’t you remember”. Powiedzenie – czym dalej, tym lepiej, sprawdziło się w przypadku koncertu Charnier co do joty. Otwierający go „Wakened Cries” oraz finiszujący „Bodies Flap Out” – który przywoływał bardziej chropowatą, jeśli nie lekko garażową odsłonę grupy, wypadły wiele bardziej blado od (szczęśliwie większej) reszty materiału, którym uraczył nas Charnier.
Charnier (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Pewną desynchronizację wprowadzał wokal, kompensowany jednak niespożytą ekspresją frontmana grupy, która nadawała koncertowi belgijskiego trio pokładów energetyzującej mocy. Mimo kilku „ale”, po sobotnim przebiegu spraw spokojnie mogę zestawić nazwę Charnier obok takich znakomitych reprezentantów cold synth, jak: Das Kabinette, Unidentified Man, czy choćby polskiego Alles. Dodając do tego fakt, że zespół ma na koncie jedyny – póki co – w swoim dorobku regularny krążek „Charnier” (2015), utrzymuję że trzyma w zanadrzu niejedną ciekawostkę i jako debiutancki, rokujący kolektyw, nie spocznie na laurach.
Drab Majesty (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Drab Majesty. Ten koncert domagał się absolutnie dłuższego czasu! Kanadyjski duet zaczarował każdy zakątek Chmur, przenosząc wszystkich w nim zebranych do krainy nibylandii, wibrującej najwyborniejszą paletą dream wave’owej nostalgii. Lwia część zaprezentowanego materiału pochodziła z ostatniego albumu Careless, wydanego w zeszłym roku nakładem Weyrd Son Records: „Hallow”, „The Foyer” i „Unknown to the I”. Pojawiło się też nagranie „Cold Soul”, goszczące na razie jedynie w koncertowych odsłonach Drab Majesty. Dodatkowym smaczkiem, który dopełnił broniącego się samego w sobie muzycznego kontentu, był sceniczny wizerunek muzyków, flirtujący z imażem takich ikon noworomantycznej sceny lat 80-tych, jak Visage czy A Flock Of Seagulls.
Oto cudowna machina czasu przeniosła nas tam na trzy kwadranse – daję słowo, że nie tylko ja dałam się porwać tej iluzji! Gama wzruszeń, hipnotyzujące przestrzenie dźwięków, nowofalowy kunszt gitarzysty. Wszystko to razem przywołujące gigantów gatunku (znów) sprzed trzech dekad: The Chameleons, Love And Rockets, Lowlife, Sad Lovers and Giants… Równolegle zachowany efekt świeżości i – mimo relatywnie krótkiego stażu i skromnego dorobku Drab Majesty (pierwsze wydawnictwo „Unarian Dances” w formie kasety, datowane na 2012 rok – bezdyskusyjna dojrzałość swojego warsztatu i kompozycji. Dlatego boleję nad tym, że na koncertowej trackliście zabrakło chociażby: „Everything is sentimental” (Careless, 2015) – absolutnie faworyzuję ten tytuł! – „The Heiress” (Careless, 2015), „Entrances and exits” (Careless, 2015) czy „Pragmagick” z debiutanckiego albumu grupy (Unarian Dances, 2012).
Drab Majesty (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Oby do (bardzo) rychłej, powtórnej wizyty muzycznych magików z Drab Majesty w Polsce! Niech skrypt wrażeń z mojej strony uzupełnią jeszcze dwa wpisy, zaczerpnięte ze strony zespołu: „Hauntingly beautiful melodies that brings you in a gloomy state of mind. Perfect for the end of summer.” i „If you’re into anything retrowave, this is worth your time”. Po stokroć TAK – każda minuta na koncercie Drab Majesty w minioną sobotę była na wagę złota!
Krucza (afterparty). Niewątpliwym dopełnieniem wieczoru zimnego zagłębia stołecznych imprez (a takim, w mikrośrodowisku dark independent, są od dobrego czasu Chmury), stał się ponad trzygodzinny set Aleksandry Kruczej, bez udziału której trudno wyobrazić sobie tak kultowe wydarzenia, jak cykliczne edycje Gothoteki. „Ambasadorka szeroko pojętej zimnej fali i post punka” – trudno o trafniejsze określenie tej obdarzonej w identycznym stopniu wrażliwości muzycznej, co wysublimowanego zmysłu artystycznego.
Krucza (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Nie dziwi więc, że ten punkt sobotniego programu odgórnie zaliczałam do „pewniaków”! Krucza, z właściwą sobie swadą i wyczuciem, przemyciła z kręgów cold wave zarówno kanon gatunku: Siekierę, Madame (co wzbudziło żywe zainteresowanie muzyków z Drab Majesty, partycypujących z nami jakiś czas), Siouxsie and the Banshees; jak i młodszych przedstawicieli zimnej sceny: Wieże Fabryk, Belgrado, Minuit Machine, The Soft Moon, Ploho (!).
Jedyną smutną konstatacją była obserwacja sukcesywnie topniejącej frekwencji i pewnego odsetka osób, które znalazły się na parkiecie (nie umniejszając nikomu) chyba tylko z czystego przypadku. Aby nasze niszowe środowisko rosło w siłę, potrzeba zdecydowanie żywszego odzewu tych, którzy się z nim prawdziwie i z pasją identyfikują. Czego sobie i wam życzę!
Black Sun Dreamer: EP 2016 (EP; Polska; 5 lutego 2016)
Chyba nie ma takiego odcienia chłodnych brzmień, których nie dotknąłby Black Sun Dreamer na swojej debiutanckiej (?) epce. Debiut opatrzyłem znakiem zapytania, bowiem jakość brzmień zawartych na tej płycie pozwala przypuszczać, że powołała je wyobraźnia wprawnego już muzyka… Połączenia cold / synth wave, post punka, industrialu, czy transowego ambientu z wyraźną domieszką składnika „art” wskazują, iż mamy do czynienia z muzyką udanie i świadomie eksperymentującą – a tego rodzaju projektów (bliskich chociażby stylistyce hiszpańskiego Mynationshit) brakuje na rodzimej scenie.
Niewiele informacji można znaleźć na temat Black Sun Dreamer. Artysta (podejrzewam bowiem, że to projekt jednoosobowy) opublikował na Facebooku jedynie dwa wideoklipy zrealizowane w konwencji czarno-białego ekspresjonizmu – ale za to jakie! Włączcie dźwięk (reguły tego rasistowskiego portalu są dziwaczne) i obejrzyjcie „Void”:
Doskonałe, prawda? To jednak tylko jeden z nastrojów, które można znaleźć na EP 2016. Album składa się z sześciu w większości instrumentalnych kompozycji – jeśli zaś pojawia się tu męski wokal, to jest on dość głęboko ukryty w strukturze utworów i poddany fonicznym modyfikacjom. Odniesienie więc tej metody do nagrań Mynationshit jest zasadne.
Różnorodność to klucz do wnętrza EP 2016 – począwszy od linii melodycznych, przez wykorzystane instrumentarium (urzeka połączenie brzmienia syntezatorowego z gitarowym), po konwencje poszczególnych utworów. Nie często zdarzają się dziś płyty o żywiole transowym oraz sięgającym jednocześnie po niemal art-rockowe pasaże brzmień – i to w dodatku płyty, które w pełni sytuują się w nurcie cold wave – a takim właśnie wydawnictwem jest EP 2016. Jeśli dodać do tego bardzo dobrą realizację całości, nie odejmującą nagraniom pożądanej przestrzenności…
Super Girl & Romantic Boys: Osobno (LP; Antena Krzyku / Opensources; Polska; 14 marca 2016)
Powrócili! Po ilu latach? Nieważne. Istotne jest natomiast to, że najnowszy longplay Super Girl & Romantic Boys jest płytą, której słucha się z prawdziwą przyjemnością sprowokowaną tradycyjną dla zespołu fuzją znakomitych tekstów, zimno falowych partii wokalnych, oraz eksperymentatorskich (ale w sposób nie narzucający się) brzmień z pogranicza: synth popu, electro punka, czy retro wave.
Super Girl Romantic Boys (źródło: Facebook)
Album Osobno ukazał się w czasie prawdziwego renesansu muzyki, powrotu do której Super Girl & Romantic Boys są prekursorami. Czy więc „daje radę”? Tak, przede wszystkim dlatego, że jest krążkiem – nomen omen – nader „osobnym” na rodzimej scenie, nie powiela schematów, dystansuje mody… O czym mowa? Posłuchajmy prawdziwie post punkowego „Tylko korytarze”:
Prawda, że świetnie? Do tego też (co warto podkreślić) z polskim tekstem znakomicie pasującym do konwencji brzmień a’la „smutna dyskoteka” (czym innym jest bowiem rodzima rzeczywistość, ów „nieświat”?). Zazdroszczę Rosjanom, że Электрофорез, czy syberyjskie Звёзды potrafią zagrać „światowo”, ale suwerennie zarazem, oraz połączyć tę muzykę z rodzimie brzmiącym tekstem; z tego też powodu wciąż „zapętlam” w odtwarzaczu składankę Memorias de un Continente prezentującą nową scenę elektronicznej zimnej fali z Ameryki Południowej – a u nas (z małymi wyjątkami) ciągle ten angielski… Świat muzycznej nowoczesności odchodzi dziś od tekściarskiego anglofilstwa i Osobno, sytuując się w tym nurcie, jest kolejną prekursorską płytą Super Girl & Romantic Boys.
Super Girl Romantic Boys (źródło: Facebook)
Na Osobno nie ma zbędnych momentów, wypełniaczy i „fajerwerków”. Album konsekwentnie, i z charakterystyczną dla zespołu domieszką psychodelii (tak w warstwie tekstowej, jak i muzycznej) buduje nastrój tyleż zabawowy (ale pozbawiony banału), co ironiczny, czy wręcz poważny. Tego rodzaju przekazu poszukuję właśnie w polskiej muzyce – i odnalazłem go we wnętrzu tej pięknej i neonowo-melancholijnej płyty.
Faworyzowane utwory: „Tylko korytarze”, „Wielkie oczy”, „Sylwester S”, „Gorzko gorzko”, Tani lot”, „Nic”, oraz „Zassani” – dokładnie w takiej kolejności.
Jedyny koncert duetu Lebanon Hanover w Polsce. Samo wydarzenie na Facebooku to ponad półtora tysiąca zapisanych i obserwujących. Rzeczywiście – dla godziny z muzyką legendy (duet Larissa & William zasługuje na to miano) nowoczesnej zimnej fali – warto było czekać i podejmować trud nawet dalekich podróży. Nomadyzm to zresztą (szczególnie dla współczesnego człowieka) nic „trudnego”… O tym, między innymi, opowiada chłodna poezja utworów Lebanon Hanover. Koncert brytyjskiego duetu był najważniejszym punktem doskonale zorganizowanej imprezy, która zakończyła się… Około wpół do szóstej rano. Można więc było się nasycić? Tak, ale z niewielkimi wyjątkami w tej dobrej strawie, jaką przygotowała nam warszawska Hydrozagadka.
Lebanon Hanover (fot. Łukasz ‚Black’ Maślak)
Lebanon Hanover występował po przygotowującym publiczność (oba kluby – Hydrozagadka i Chmury wypełnione były po brzegi) polskim zespole Undertheskin. Koncertu Krakowian (drugiego już na warszawskiej Pradze) niestety nie słyszałem (mea maxima culpa, praeterit figura hujus mundi – z naciskiem na „hujus” pod adresem komunikacji autobusowej), szkoda – zespół w krótkim czasie zdobył znaczną popularność na nowej scenie cold wave w Polsce. To zaś, co zaprezentowali Brytyjczycy… W zatłoczonej sali można było poczuć się (i nie jest to przesadą) podobnie jak kilkadziesiąt lat temu podczas wystepów Joy Division. Oszczędność środków muzycznych i scenicznych, doskonale (i w ten jedyny, właściwy sobie sposób) grający na basie William, eteryczny głos czarnowłosej Larissy… Pomimo rytmiczności granych utworów publiczność przez znaczną część koncertu stała nieruchomo. Muzyka Lebanon Hanover to rodzaj podskórnej żywiołowości, która apeluje do uczuć, wrażeń, nastrojów – i ten właśnie żywioł zdawał się udzielać słuchaczom. Wspaniale (nie znajduję innego słowa) zabrzmiał na bis utwór „Sunderland”, posłuchajcie:
KATZ – duet didżejski sióstr Nagel (okrojony tej nocy – grała tylko Jagoda, Paula zajmowała się – koncertowo zresztą – organizacją wydarzenia) krótkim setem rozpoczął afterparty w Chmurach i… Powinien być za nie odpowiedzialny w całości. Podobnie jak podczas styczniowej imprezy „Same Old Madness” Jagoda powołała dla tańczących muzyczną ekstazę cold wave, oldschool EBM i post punka w nader zgrabny (i kunsztowny) sposób zmiksowaną w całość. Dobrze, że połowa KATZ powróciła jeszcze na zakończenie afterparty. Pełny parkiet do rana! Taniec!
Wiktor Skok (Jude) i Marcin Regucki (Alles) też zgromadzili na swoich „technicznych” setach z płyt winylowych znaczną publiczność, ale… Złożoną raczej z zaciekawionych niż tańczących. Szczególnie niestrawna była dyskotekowa mieszanka w wykonaniu (z licznymi potknięciami i ekspresją złych emocji) Wiktora Skoka. Marcin zagrał OK, przemycając nawet kilka rytmów cold wave (Boytronic, Inhalt). W ich setach zabrakło przede wszystkim spójności z klimatem koncertu głównego artysty wieczoru. Czasy w których „didżej był bogiem” już dawno minęły.
Co więcej? Tylko drobne napomknięcie, że William Maybelline (czyli Qual, połowa Lebanon Hanover) wystąpi w Chmurach już 15 kwietnia, supportowany przez Sexy Suicide. Warto czekać!