Na początku marca ujrzy ciemność nocy nowy longplay duetu Lebanon Hanover, Besides The Abyss. Zanim więc przyjdzie nam skoczyć do otchłannego wnętrza tej płyty, zapowiadanej intrygująco przez teledysk do utworu „Hollow Sky”, czas doświadczyć lodowatej czerni – ta metafora jest bowiem bliska aurze brzmień tworzonych przez ukrywającego się pod pseudonimem QUAL Williama Maybelline’a, czyli połowę duetu Lebanon Hanover.
Lebanon Hanover – „Hollow Sky” (kadr z teledysku)
QUAL nagrał dotąd sześć kompozycji pomieszczonych w opublikowanym w zeszłym roku i pozbawionym tytułu albumie, dostępnym obecnie wyłącznie jako wersja elektroniczna w serwisie muzycznym Bandcamp, oraz – wcześniej – w postaci kasety magnetofonowej o niewielkim nakładzie. Mimo tak skąpej dyskografii, muzyka solowego projektu Williama Maybelline’a cieszy się sporą popularnością wśród odbiorców, sam zaś artysta często i z powodzeniem koncertuje w Europie. Zawdzięczać to należy swoistemu rozgłosowi, jaki towarzyszy muzyce Lebanon Hanover (ma on jednak bardzo pozytywny wydźwięk – zespół konsekwentnie unika płytkiej sławy), oraz niezaprzeczalnemu talentowi muzyka, dzięki któremu QUAL wskrzesza w nowoczesnej postaci najlepsze wzorce estetyki minimal / cold wave z początku lat osiemdziesiątych. William Maybelline współpracuje także w zakresie aranżacji utworów z berlińskim duetem Monowelt, który – przypomnijmy – wystąpi w Polsce już 21 lutego w Szczecinie, podczas tegorocznej edycji Synths of 80’s.
QUAL podczas koncertu (fot. Vomi Torium)
„Stulecia smutku zamknięte w elektronicznych dźwiękach”, „czarna wieża rozpaczy”, „wołanie o pomoc” – tak QUAL opisuje swoją muzykę i opis ten w pełni oddaje jej atmosferę. „Spit On Me”, „Putrid Perfumes”, czy faworyzowany przeze mnie utwór „Rip Doth Thy Scarlet Claws” – pierwszym planem tych kompozycji jest bez wątpienia wokal: bezkompromisowo zimny i mroczny, a także często groteskowo (jednak bez naruszenia zasady stosowności) przerysowany. Wyrazistość wokalna jednak nie przeszkadza artyście tworzyć brzmień interesujących także w warstwie instrumentalnej, oszczędnych i ekspresyjnych, a nawet o swoistym potencjale tanecznym (bądź lepiej: transowym). W tej muzyce, obok jej niezaprzeczalnej odkrywczości, odnaleźć można też echa nagrań nieco zapomnianych już prekursorów elektronicznego chłodu: Arthura Beauty, czy artystów spod znaku Neue Deutsche Welle – Matthiasa Schustera i Joahima Witta. QUAL, podobnie zresztą jak duet Lebanon Hanover, szczególnie dba także o wizualny aspekt swojej twórczości, w tym zakresie współpracując z utalentowaną grecką autorką wideoklipów Vomi Torium, a jego występy – mimo konsekwentnego minimalizmu – mają formę pełnego ekspresji one-man show.
Liczę na to, że być może kiedyś z odrębną jakością muzyki Williama Maybelline’a zapoznają się na żywo także rodzimi słuchacze.
„Śpiewy z pustych cystern, studni wyczerpanych” – tastrofa z Elliotowskiej „Rapsodii wietrznej nocy” może doskonale służyć za określenie aury brzmień proponowanych przez Monowelt –żeński duet z Berlina, założony w 2012 roku przez Darię Leere i Martę Raya’ę. Formacja ta, mimo, iż nie wydała jeszcze płyty systematyzującej swoją dotychczasową twórczość, zdaje się być jedną z wyraźniejszych „ciemnych gwiazd” najnowszej sceny cold wave / dark synth – o czym świadczy wzrastająca popularność wśród fanów, oraz wyraźny koncertowy potencjał duetu.
Począwszy od zeszłego roku Monowelt regularnie publikuje w sieci wydawnictwa singlowe, zaś najnowsze z nich – „Mauer des Schweigens” – jest kolejnym owocem współpracy, jaką niemieckie artystki podjęły z Williamem Maybellinem z duetu Lebanon Hanover. W podobieństwie do „radykalnie chłodnej” estetyki, w jakiej solowo tworzy w ostatnim czasie Maybelline (pod pseudonimem Qual) znajduje się – na pewno – jeden z kluczy do niezwykłej muzyki Monowelt. Wspomniany radykalizm przyjął w jej przypadku postać nieco monotonnych kompozycji, których podstawowe składniki to: natchniona wokaliza, analogowe brzmienie syntezatorów, oraz puls automatycznej perkusji. Zawsze podczas przysłuchiwania się muzyce, w jakiej pojawiają się – umiejętnie wykorzystane – te trzy „kanoniczne” elementy nowoczesnej odmiany zimnej fali, pytam: czy potrzeba czegoś więcej? W odniesieniu do brzmień Monowelt – na pewno nie.
Monowelt: „Mauer des Schweigens” (okładka singla)
Muzyka niemieckiego duetu nie jest łatwa w odbiorze, sporo w niej niepoprawnego romantyzmu, sprawia też niekiedy wrażenie pewnej siermiężności aranżacyjnej, ale… To właśnie lubię najbardziej, jako czystą łączność z estetyką chłodu lat osiemdziesiątych! Nieskrępowana, niemal katarktyczna ekspresja mrocznej indywidualności zdaje się być podstawowym celem kompozycji Monowelt – celem dziś (w dobie zaniku, nie tylko artystycznego, indywidualizmu) bezcennym.
Spośród niespełna dziesięciu dostępnych w sieci utworów berlińskiego duetu faworyzuję następujące: „Angst”, „Ozean”, „Pustota”, „Heimweh”, oraz „Mauer des Schweigens”.
Cold 15 – najlepsze płyty i oficjalne teledyski cold wave / minimal wave / post punk / synth pop 2014 roku.
Albumy. W mijającym roku ukazało się wiele znakomitych płyt, których cechą wspólną jest rosnący poziom stylistycznego wysublimowania względem wydawnictw z lat poprzednich. Muzyka staje się nieco „trudniejsza”, przeważają utwory o niekiedy dość skomplikowanych aranżacjach – nawet w nurcie muzycznego minimalizmu i chłodu. Nie niweczy to jednak piękna, autentyzmu i szczerego przekazu – wartości zawartych we wnętrzu każdego z wymienionych poniżej albumów. Polska scena zimno falowa? Jej swoistym „objawieniem” i odnowieniem jest płyta Post łódzkiego duetu Alles. W muzyce i tekstach tej formacji zamknięta została znakomita diagnoza dookolnej rodzimej rzeczywistości. Oto najlepsze albumy 2014 roku:
Veil Of Light: Ξ (LP; Szwajcaria); Beläten
Alles: Post (LP; Polska); Mecanica Records
Schonwald: Dream For The Fall (LP; Włochy); Anywave Records / Manic Depression
Manicure: Voshod (LP; Rosja); Sojuz Music
Empathy Test: Throwing Stones (EP; Wielka Brytania); Stars & Letters Records
Relic Pop: Thick as Thieves (LP; Stany Zjednoczone); Plastiq Musiq
Minuit Machine: Live & Destroy (LP; Francja); Desire Records
Peine Perdue: No Souvenir (LP; Francja); Cold Beats Records
Romance Moderne Compilation II (kompilacja; Belgia); Romance Moderne
Nothing. Existed.: No Future (EP; Wielka Brytania); InClub Records
Transfigure: Transfigure (EP; Wielka Brytania); Wool-E Tapes
Lydia Ainsworth: Right From Real (LP; Kanada); Arbutus Records
Some Ember: Some Ember (LP; Stany Zjednoczone); Dream Recordings
Glass Cathedral: Love Ties Me Up (EP; Stany Zjednoczone); unsigned
Poniższa playlista zawiera utwory z wymienionych płyt, w kolejności od miejsca pierwszego do piętnastego:
Oficjalne teledyski. Obraz towarzyszący muzyce jest współcześnie sztuką, jakiej nie można ignorować. Teledysk to, sięgając po metaforę, rodzaj marzenia sennego (niekiedy też koszmaru), do którego prowadzą drzwi wydrążone w murze codzienności. „Muzyczne obrazy” są upajające, pozwalają zapomnieć, oraz zapamiętać – i w tym sensie równe są każdemu dziełu sztuki. Teledysk, jako forma artystyczna, w mijającym roku miał się doskonale. Zwróćmy uwagę, że te krótkie całości sensotwórcze sięgają niejednokrotnie po element yarn – czyli sfabularyzowanej opowieści – przekraczając pod tym względem umiejętności najnowszej literatury, zaprzepaszczonej w faktografii i autobiografizmie. „Magia” opowieści odżywa dziś głównie dzięki „muzycznym obrazom”. Oto piętnaście najlepszych oficjalnych teledysków 2014 roku (w nawiasach znajdują się nazwiska / pseudonimy ich twórców):
People of Nothing: „Haircut the Grass” (Gregory De Maria)
Automelodi: „Métropole sous la pluie” (Emillie Serri)
Sato Sato: „Oblivion” (Sato Sato)
Sixth June: „Drowning” (Laslo Antal)
Veil Of Light: „Cold Skin” (Manuel Vargas Lépiz)
Poniżej playlista zawierająca wymienione teledyski w kolejności od miejsca pierwszego do piętnastego:
Wkrótce ponownie spotkamy się w audycji Transmission / Transmisja, oraz na łamach Wave Press. Artyści, Słuchacze i Czytelnicy – przyjmijcie dziś moc Świątecznych Życzeń!
Olgarym: „Wrocław” – premiera teledysku i rozmowa z artystką.
Jej muzyka zdecydowanie zasługuje na miejsce we wrażliwości słuchaczy. Olgarym. Ma polskie korzenie, mieszka w Paryżu, w swojej muzyce łączy zaś żywioł piosenki artystycznej z melancholią cold wave. Dziś premiera jej pierwszego teledysku. Niejako przy okazji – porozmawiałem z Olgąrym, twórczynią brzmień, które urzekły mnie ostatnio bez reszty…
Kim jest Olgarym? Polką? Francuzką? Czy może, po prostu, artystką?
Urodziłam się we Francji, ale w polskiej rodzinie. Za dnia pracuję jako programistka, a po zmroku zajmuję się muzyką.
Tworzysz w interesującej i nieporównywalnej estetyce, czy masz jakieś muzyczne wzorce, inspiracje?
Słucham różnej stylistycznie muzyki. Miałam chyba sześć lat, kiedy po raz pierwszy usłyszałam Jarre’a i Vangelisa; pamiętam, że ojciec często sięgał po ich płyty. Spodobało mi się brzmienie syntezatorów, zaczęłam więc grać na naszym domowym Bontempi. Potem, w siódmym chyba roku życia, zaczęłam oglądać MTV i stałam się fanką Nirvany, oraz muzyki spod znaku grunge. Wtedy też uczyłam się gry na gitarze.
W następnych latach, tym razem dzięki bratu, odkryłam Radiohead i jest to mój ulubiony zespół do dziś. Uwielbiam głos Thoma Yorke’a i często śpiewam, jako back vocal, jego utwory – to ważna dla mnie nauka. Pamiętam, że kupowałam też sporo płyt wykonawców britpopowych: Suede, Kula Shaker, Pulp, JJ72… Lubiłam ten klimat.
W młodzieńczych latach pomagałam też bratu w jego black metalowym projekcie, odkrywając ten styl równolegle z industrialem. Wiele teledysków w tych klimatach emitował wtedy niemiecki kanał muzyczny Viva Zwei… Tęsknię za taką telewizją.
Dopiero parę lat temu usłyszałam brzmienia spod znaku cold wave i post rocka. Było to jednak dla mnie doznanie „powrotu do korzeni”, jakbym tę muzykę znała od dawna… Dziś mogę też wskazać na wiele innych inspiracji, chociażby ostatnio słuchane: Ash Ra Tempel, Boards of Canada, Zola Jesus, Grimes, Fever Ray, The Knife, Dead Can Dance, Alt-J, Type O Negative i – oczywiście – Radiohead.
Jak określiłabyś swoją muzykę? Co w niej jest dla ciebie ważne?
Najważniejsze jest stworzenie efektu zaskoczenia dla kogoś, kto będzie słuchał moich utworów. Ten efekt musi być precyzyjnie wpisany w strukturę kompozycji. Czasem zdarza się, że nie mogę dokończyć utworu, bo jest zbyt skomplikowany; nie lubię jednak uproszczeń, mimo, iż prostsze rzeczy mogą być „skuteczniejsze”.
Styl w jakim tworzę to „wesoła odmiana cold wave”. Poważnie! Lubię połączenie radości i melancholii.
Olgarym podczas występu na żywo.
Komponujesz i grasz sama, czy też ktoś jeszcze jest zaangażowany w powstawanie tych niezwykłych brzmień?
Rozpoczynałam sama, aby możliwie najszybciej uprzystępnić słuchaczom mój muzyczny świat. Komponowałam za pomocą programu Reason 7 i koncertowałam – głównie w Paryżu.
Obecnie szykuję projekt w nowej odsłonie, współpracuję w tym celu z kilkoma muzykami: klawiszowcem, basistą, gitarzystą i perkusistą. To pozwoli mi poszerzyć styl, wprowadzić nawiązania do rocka progresywnego lat siedemdziesiątych, ambientu, a nawet dodać parę egzotycznych pomysłów rodem z muzyki afrykańskiej. Właściwie nie do końca jest to „nowa forma”, tak chciałam grać od początku, wymagało to jednak zaangażowania w projekt prawdziwych muzyków…
Fakt, komputer może dziś zrobić niemal wszystko, nawet imitować brzmienia rzeczywistych instrumentów. Na koncercie jednak, kiedy słychać określone instrumentarium, ale go nie widać, ludzie często nie wiedzą jak się zachować, bo wykonywana muzyka przestaje brzmieć naturalnie. Na przykład, kiedy niedawno byłam na koncercie Zoli Jesus, to występujący na początku zespół grał bez perkusji – za to z playbackiem. Było to bardzo monotonne, gdyż muzycy nie mogli modulować intensywności brzmienia tego instrumentu na żywo… Podobny problem miałam występując sama; dlatego zawsze chciałam stworzyć zespół i możliwie jak najmniej używać komputera. Poza tym, mam większe poczucie wolności, mogąc dzielić się swoją wizją muzyki z innymi ludźmi – wykonując tę muzykę bezpośrednio przed nimi, na żywo.
Olgarym podczas występu na żywo.
Jakie instrumentarium pojawia się w twoich utworach?
Śpiewam, gram na gitarze, basie i klawiszach. Za niektóre brzmienia syntezatorowe odpowiedzialny jest Roland JP-8000. Wciąż używam też programu Reason 7, aby nagrywać perkusję i różne „dziwne” dźwięki.
Lubię tworzyć harmonię innych instrumentów z syntezatorami, dającą nieco „orkiestrowe” wrażenie. W nowych utworach chciałabym wprowadzić prawdziwą perkusję i połączyć ją z perkusją wirtualną. Zdecydowanie jednak największą trudnością, przed jaką dziś stoję, to usunięcie komputera z roli kapelmistrza, zastępującego rzeczywistych muzyków. Informatyka owszem, daje dużo możliwości, ale zbytnio ogranicza spontaniczność tworzenia. Dlatego bardzo lubię grać z ludźmi.
W sieci można wysłuchać, jak dotąd, jedynie trzech twoich kompozycji – kiedy usłyszymy więcej? Myślisz o wydaniu płyty?
Rzeczywiście, tylko trzy moje solowe utwory dostępne są na SoundCloud. Przygotowuję wraz z zespołem nowe kompozycje, jednak – na razie – nie myślę o płycie. Jestem z generacji right now – wolę być bardziej „w akcji”. Dlatego teraz zdecydowanie poświęcam się koncertowaniu.
Póki co, zapraszam do obejrzenia powstałego właśnie teledysku do utworu „Wrocław”.
Gdzie zatem koncertujesz w najbliższym czasie?
Występuję w Paryżu. Jednak ostatnio coraz trudniej znaleźć miejsce; to stolica, więc gra tu bardzo dużo zespołów. Coraz więcej też muzycznych barów jest zamykanych, ze względu na obostrzenia dotyczące hałasu… Niewiele lokali dopuszcza już występy z perkusją na żywo. Dlatego poważnie myślę o występach w innym europejskim mieście. Może w Warszawie?…
Ten serbski duet to nowy i już sporo znaczący głos na scenie cold / minimal wave. Pomimo, iż w sieci dostępne jest zaledwie kilka utworów Yus Yus, formacja ta – oprócz sporej popularności wśród słuchaczy – może pochwalić się występami obok najbardziej uznanych przedstawicieli gatunku: Xeno & Oaklander, Die Selektion i Peine Perdue… Nic dziwnego, bowiem muzyka Yus Yus działa jak magnes – po prostu przyciąga!
Plakat zapowiadający koncert Yus Yus w klubie Alter Ego (Szczecin; 10.10.2015)
Duet tworzy dwoje artystów – urocza wokalistka Aleksandra Pavlović, oraz Nemanja Stojanović, didżej występujący pod pseudonimem Neomodern. Za minimalistyczną (i wyróżniającą się swoistym seksapilem) oprawę wizualną występów i wydawnictw formacji odpowiada kolektyw designerski Kitsch – Nitsch. To wszystko składa się na twórczość, która jest nowym nurtem jednej z najprężniejszych scen elektronicznych na świecie; brzmienia Yus Yus można bowiem postawić w jednym rzędzie obok serbskich „gigantów gatunku” – Sixth June i Zastranienie.
Najważniejszy jest jednak styl, a ten – w przypadku Yus Yus – daleki jest od łatwych porównań. Serbska interpretacja syntetycznego mroku tradycyjnie wyróżnia się pewną przebojowością, jednak w brzmieniach proponowanych przez Aleksandrę i Nemanję jest ona nieco okrojona na rzecz głębi i ascetycznego pulsu kompozycji. „Symbols Of Death”, „Forever” i „Ticking Clocks” – kolejne single duetu – są właśnie takie: absolutnie minimalistyczne, chłodne, a przy tym „łatwo wpadające w ucho”. Znakiem wywoławczym tej muzyki jest zaś przede wszystkim żenski wokal – charakterystycznie beznamiętny i zarazem pełen powabu. To nieczęste połączenie, wyróżniające estetykę Yus Yus na tle innych wykonawców. Efekt magnetyzuje.
Nie tylko dla ucha… Yus Yus na żywo.
Duet zapowiada nowe wydawnictwa – wiosną przyszłego roku ukaże się (nakładem prężnej argentyńskiej wytwórni Tacuara Records) maxisingiel, potem muzycy planują wydanie długogrającego debiutu. 2015 rok będzie więc zdecydowanie należał do Yus Yus.