Izes: Aż do rana (singiel / teledysk; Polska; 4 maja 2015)
Jednym z niewielu rodzimych wydawnictw, na które naprawdę czekam, jest zapowiadany od zeszłego roku nowy album trójmiejskiej – ale pochodzącej z Ciechanowa – wokalistki tworzącej, wraz z zespołem, pod pseudonimem Izes.
Skąd to oczekiwanie? Być może to kwestia tajemnej i niezrozumiałej koincydencji upodobań, bliskiej fascynacji, jaką Tomasz Beksiński obdarzał niegdyś muzykę grupy Big Day. Jest to tym bardziej dziwne, że podobnie jak on, stosuję dość gruby „filtr” wobec polskiej muzyki, uważając ją za bezduszną, przerysowaną i wtórną względem zachodnich wzorców. Więcej – nawet wzorce te nie doczekały się na rodzimym gruncie twórczej interpretacji; wciąż na przykład, pomimo nadaktywnej promocji estetyki gender, nie istnieje w Polsce muzyka wyrażająca ten rodzaj odmienności i powabu (muszę to przyznać, pomimo niechęci z jaką traktuję propagandę gender) na miarę chociażby Lawrence’a Rothmana. Tym bardziej więc warto zwrócić uwagę, iż muzyka Izes to – nie tylko w kontekście dojmujących niedostatków rodzimej sceny – twórczość najwyższej jakości, tak pod względem walorów czysto brzmieniowych, jak i towarzyszącego im imażu.
Izes – kadr z teledysku „Aż do rana” (fot. Paweł Klein / Michał Popczyk)
Dyskografia Izes to trzy albumy – pochodzący z 2011 roku EP, wydany rok później znakomity longplay Emotional Risk i kolejna epka z roku 2013 I Wanna Hear A Couple Of Hallelujahs. Wszystkie płyty zawierają spoistą nastrojowo i bogatą aranżacyjnie (ciemne brzmienia elektroniczne wzbogacone elementami art rocka i dark jazzu) muzykę z angielskimi tekstami. Muzyka Izes fascynuje głębią i świadomie budowaną tajemniczością swojej aury, jej metoda wokalna zaś to sięganie po różnorodne odcienie ekspresji, od krzyku, aż po szept. Wszystko to sprawia, że wydawnictwa Izes długo pozostają w pamięci słuchaczy, zaś podczas prezentacji radiowej mogą sekundować najlepszym utworom z gatunków: ethereal, darkwave, czy dream / dark pop.
Izes – kadr z teledysku „Aż do rana” (fot. Paweł Klein / Michał Popczyk)
Podobnie ta niezwykła muzyka brzmi na najnowszym singlu Izes, polskojęzycznym „Aż do rana”. To dobrze, że ta utalentowana wokalistka zaśpiewała tekst w języku ojczystym, słychać bowiem, iż operuje właściwym wyczuciem muzycznej frazy polszczyzny, w której podporządkowane budowaniu nastroju słowa znakomicie współgrają z muzyką, stanowiąc jej dopełnienie i kontrapunkt zarazem. „Aż do rana” porzuca też nieco zbyt wyeksponowany „awangardyzm” wcześniejszych nagrań Izes (zwłaszcza pochodzących z płyty Emotional Risk), nachylając się – jednak w stosownej mierze – ku melodyjnym brzmieniom bliskim nagraniom Miss Li, czy I Break Horses.
Izes – kadr z teledysku „Aż do rana” (fot. Paweł Klein / Michał Popczyk)
Izes przykłada również znaczną wagę do elementów wizualnych towarzyszących muzyce. Niemal każdy z opublikowanych dotąd w sieci teledysków tej formacji to odrębne i prawdziwe dzieło sztuki, operujące estetyką zbliżoną do wideoklipów szwedzkiej wokalistki iamamiwhoami, rozwiniętą jednak w kierunku bardziej „ciemnych” wizualnych żywiołów – dark cabaret i steampunk. Tę linię artystyczną (poddaną jednak rozwojowej minimalistycznej redukcji) kontynuje także teledysk do utworu „Aż do rana”. Obok tradycyjnie już urzekających kreacji wokalistki na uwagę zasługuje tu właściwe połączenie dynamiki obrazowej i muzycznej, oraz interesujące wprowadzenie abstrakcyjnego planu szczegółowego (motyw „wędrówki dłoni”). Nieodłączne od stylu Izes (i obecne także w najnowszym wideoklipie) jest dozowanie emocjonalnego kontrastu barw i kształtów. W końcowym efekcie poczynionych tu zabiegów, obraz ilustrujący „Aż do rana” hipnotyzuje.
Czekam na więcej nowych utworów Izes. Tę subtelną kobiecą muzykę chłonie się wszystkimi zmysłami.
Oto płyta w pełni rekompensująca niedosyt nastroju pozostały po nieudanym tegorocznym albumie Johna Carpentera. Debiut Fléau olśniewa głębią i dostojeństwem muzycznej frazy, ożywieniem tradycyjnego analogowego synthu, oraz „filmową” narracją, której najbliżej do apokaliptycznych horrorów Carpentera, czy Davida Cronenberga.
Fléau! Plaga! Jestem szczególnie wrażliwy na formy artystycznej reprezentacji tego ponurego tematu, jak bowiem inaczej – niż właśnie jako „plagę” – określić miary dookolnej rzeczywistości? Plaga widoczna jest w Polsce na każdym kroku, przeradza się w niebezpieczną głupotę, która skutecznie uniemożliwia normalne życie (czy to właśnie nie ten kraj celuje na świecie w ilości samobójstw?), w swoisty – usankcjonowany przez dyktat państwa – kult śmierci. „Jest, jak jest” (czy też często słyszycie te słowa?) i nic tego nie zmieni, obojętnie jakich wykrętów myślowych użyjemy, aby oddalić od siebie świadomość plagi. Pamięć czasu przeszłego zanika. Nie ma przyszłości. Wyobraźnia już nie istnieje. Nastał Rok Zerowy. Słychać wielki śpiew organów w wymarłej świątyni. Wybaczcie mi tę dekadencję, ale tak właśnie jest.
Album Fléau wydany zostanie na kasecie w limitowanym nakładzie stu egzemplarzy.
Fléau to debiutancki album nowego projektu, jednak powołanego przez doświadczonego już muzyka – Mathieu Mégemonta z francuskiej formacji dark gaze, Year of no light. „Rok bez światła”… Ta osobliwie wielowymiarowa, migotliwa muzyczna ciemność udzieliła się również brzmieniom Fléau. Album zachwyca wzniosłością i subtelnością; potęga wyrazu sekunduje tu zaś momentom, w których muzyka nachyla się ku ciszy. To bodaj najdojrzalsza ze wszystkich czysto instrumentalnych „produkcji” powstałych w ostatnim czasie w nurcie, który określić można jako „cinematic wave” – a więc reprezentowanym przez albumy o spoistej i świadomie „filmowej” konstrukcji. We wnętrzu Fléau minimalistyczny syntezatorowy puls (utwór „The Rat”) spotyka się z dostojnie (słowo-klucz dla tej płyty) rozwijającymi się kompozycjami o sporych miarach („Glass Cathedral” to prawie osiem minut muzyki); wszystkim zaś odmianom nastroju towarzyszy tu właściwy potencjał dramatyzmu – mimo swej powagi, album ten nie nuży słuchacza. Zwolenników elektronicznego wintażu na pewno zadowoli starannie dobrane arboretum analogowych syntezatorów, budujące wyraźnie słyszalną „przestrzeń” tej płyty – inną jednak od jej wirtualnej namiastki obecnej w większości współczesnej muzyki elektronicznej.
Przestrzeń… Fléau to przestrzeń interitus, a więc moment rozszczepienia światów. To także muzyka oczekiwania, napięcia i namysłu. Przy dźwiękach tej płyty czekam więc na to, co nieuchronnie nastąpi, kiedy minie już zgiełk plagi. Rok Zerowy, podobnie jak muzyka Fléau, jest wektorem nowego. Jego miano to Anno Domini, czy może Anno satani?
W muzyce warszawskiego duetu NUN (Magdalena Kaos i Olaf Sharx) jest coś niemal erotycznego. Napięcie, energia, syntezatorowa moc… Zespół zapowiada w tym roku wydanie nowej płyty zatytułowanej NUN – Electro, z której pierwszy singiel „Thunder” ukaże się w maju. Udało mi się namówić muzyków na odkrycie nieco większej ilości kart: oto rozmowa z Olafem, oraz – przed premierą – jedna z najnowszych kompozycji NUN, utwór „I Just M”.
NUN – kim jesteście?
Jesteśmy elektronicznym projektem muzycznym działającym od około 2000 roku. Wcześniej graliśmy w składach rockowych – klimaty new wave, później rock psychodeliczny z elementami elektroniki spod znaku new romantic. Po ich rozpadzie założyliśmy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, duet elektro inspirowany sceną electro clash i berlińskim brzmieniem klubowym – łącząc te elementy z głębokimi nawiązaniami do muzyki: Kraftwerk, Depeche Mode, Giorgio Morodera, New Order, czy Gary’ego Numana. To właśnie wczesna twórczość Numana była dla nas głównym motorem do tworzenia, na bardzo prymitywnych wówczas narzędziach i programach komputerowych, podkładów do przyszłego brzmienia NUN. Nazwa duetu także nawiązuje brzmieniem do nazwiska Numan.
Uporządkujmy nieco waszą dyskografię – ile płyt wydaliście dotąd?
Pierwszym albumem na którym pojawił się NUN była Futball EPwydana w Sissy Rec. Był to oddział koncernu BMG od „muzyki alternatywnej”, samo wydawnictwo było zaś czymś w rodzaju tribute to – chodziło o składankę na mistrzostwa świata w piłce nożnej. Początkowo uznawaliśmy, że jest to pomysł zupełnie bez sensu, nie takie były nasze oczekiwania… Jednak z biegiem czasu stwierdziliśmy, że jest on do zaakceptowania, chociażby dlatego, że obok CKOD, Ścianki i Noviki umieszczono nasz cover piosenki mundialowej; był to więc to nie lada sukces dla NUN – pojawić się na płycie obok gwiazd rodzimej alternatywy.
Druga propozycja od tej samej firmy przyszła tym razem od samego Smolika – Magda zaśpiewała na drugiej płycie tego artysty. Kolejne epizody w karierze NUN to dwa utwory na ścieżce dźwiękowej do filmu „Arche” z Robertem Gonerą w roli głównej; później zaś cała masa kompilacji zagranicznych i polskich z muzyką synth pop i electro – na jednej z nich nawet obok The Twins – i wreszcie debiutancka płyta „Sunlight” dla Szweckiego labeluSubstream, wydana w Polsce przez oddział EMI.
Później nagraliśmy sporo singli w Substream, oraz kolejne składanki i singiel dla UniversalLondon z coverem utworu„Nemo” z repertuaruNightwish – zupełnie „inna bajka”, scena klubowo – popowa. Utwór miał dobre noty na Beatport i powodzenie w klubach tanecznych, czego sami doświadczyliśmy grając live acty i sety didżejskie na wielu imprezach.
Następnie zawiesiliśmy działalność na pięć, albo sześć lat z paru powodów, z których jednym była nie zmieniająca się od długiego czasu, zła kondycja sceny elektronicznej w naszym kraju – to trochę nas zmęczyło i znudziło zarazem.
Obecnie wracamy aby podzielić się ze słuchaczami naszą nową muzyką; niedawno też zagraliśmy już drugi raz jako support przed De Vision. Przygotowujemy się też do wydania trzech albumów, oraz paru singli – aż tyle „materiału” uzbierało się do tej pory…
NUN
Jak można określić muzykę, którą obecnie tworzycie?
Jest to inteligentna rozrywkowa muzyka elektroniczna, czyli współczesny elektro pop, na który z kolei składa się wiele składników: brzmienie oparte na deformacjach rodem z Kraftwerk; melodyka piosenki w stylu lat osiemdziesiątych – czyli nawiązania do Erasure i Depeche Mode; elementy motoryki i pulsu szeroko pojętej muzyki tanecznej i trance’u – a la Orbital i Underworld; w połączeniu wreszcie z klimatycznymi inklinacjami do głębokiej zadumy i energii rodem z new wave’owej stylistyki Joy Division, czy New Order.
Przede wszystkim jednak, wasze utwory brzmią bardzo nowocześnie. Jakiego instrumentarium używa NUN?
Posługujemy się standardem czyli: program – komputer – soft; głównie: Pro 53, Novation, Korg i wiele innych. Dodatkowo posiadamy hardwer Novation, Akai i AKG – większość utworów powstała właśnie w oparciu o te brzmienia. Nowoczesność zaś, jak to określiłeś, wynika zapewne z procesu długotrwałego doboru odpowiedniego brzmienia i nakładanych na nie efektów zapętlenia i arpeggiów, aż zostaje uzyskany efekt zbliżony do pożądanego przez nasze uszy. To samo tyczy się nagrywania wokalu. To wszystko składa się na długotrwały proces produkcyjny, bo oprócz tworzenia, tę muzykę się produkuje i postprodukuje w tym samym czasie, inaczej niż dzieje się to w przypadku zespołów rockowych, gdzie na ogół postprodukcją zajmują się odrębni producenci. NUN więc, jako zespół, odpowiada za wiele funkcji i to wykonywanych w tym samym czasie.
NUN
Przed nami nowa płyta NUN – czego można się spodziewać w jej wnętrzu? Opowiedz nieco o powstawaniu tego albumu…
Płyta będzie na pewno kontynuacją tego wszystkiego, co znalazło się na debiutanckim albumie, oraz tego, co wydarzyło się podczas powstawania wielu singli – jednak z zupełnie innym już spojrzeniem na muzykę: czyli nadal elektro, ale z większą dawką innych, odbiegających od surowej stylistyki, dodatków. Znajdzie się tu trochę estetyki klubowej, dużo nowo falowych i rockowych elementów, a struktura piosenek będzie bardziej zbliżona do szeroko pojętej muzyki rozrywkowej, oraz popowej alternatywy. Utwory będą też bardziej rozbudowane w warstwie melodycznej, niż – jak dotąd – wyłącznie brzmieniowej.
NUN to „szara eminencja” polskiej sceny elektronicznej – wspomniałeś, że występowaliście chociażby przed wieloma znaczącymi wykonawcami…
Nie określiłbym tego w ten sposób… Tak, graliśmy z wieloma artystami, których cenimy i którzy są szerzej znani: Camouflage, De Vision, Mesh, Client; a nawet tymi, którzy stanowili dla nas bezpośrednią inspirację: Ladytron, Covenant, Psyche, Apoptygma Berzerk. Myślę, że to dlatego, iż po prostu chcieliśmy tego i nasza muzyka, oraz energia pasowała do tych zespołów, jednak z tego co wiem gros polskich bardzo dobrych zespołów elektronicznych ma podobne doświadczenia za sobą. Czasem nawet łatwiej jest zagrać na zagranicznym festiwalu niż w Polsce, nie jesteśmy w tej dziwnej sytuacji osamotnieni. Po prostu nasza scena elektroniczna od zawsze kuleje i w tym wszystkim nabiera specyficznego swoistego kolorytu, co czasami daje się we znaki naszym artystom mającym bardziej pod górkę niż ci znani lub początkujący z zagranicy.
NUN
Żywiołem NUN jest kontakt z publicznością, czy raczej wolicie studio?
Praca w studiu jest mozolna i długotrwała, ale jeśli efekt jest zadowalający to i żywioł się budzi… Koncert to masa prób, przygotowań i przeróbek studyjnych, a potem „krótka piłka” i tu również żywioł wzrasta lub opada – zależnie od tego, czy wszystko idzie zgodnie z planem i podoba się nam, oraz publiczności. Sądzę, że tworzenie w studiu i granie koncerów to, w przypadku NUN, połączony proces, jedna całość. Jeszcze nie próbowaliśmy tworzyć bez konfrontacji z „żywym tworem” jakim jest publiczność.
Na koniec: gdzie w najbliższym czasie będzie można usłyszeć was na żywo?
25 kwietnia w Progresji w Warszawie, wraz z zespołami Diorama i Torul, oraz najprawdopodobniej – choć to jeszcze niepotwierdzone – 29 maja w warszawskim klubie Nowa Jerozolima w ramach imprezy Fetish FUCKtory.
Hamsas Xiii: Encompass (LP; Blaylox Records; Stany Zjednoczone; 22 kwietnia 2015)
Mająca ukazać się wkrótce płyta Encompass to debiutancki longplay amerykańskiego duetu Hamsas Xiii, który – pomimo, iż funkcjonuje na scenie od dość niedawna – już skupił na sobie uwagę nad wyraz sporej liczby słuchaczy, oraz znaczących mediów muzycznych. Na czym polega fenomen popularności tego zespołu?
Po pierwsze: jego członkiem jest gitarzysta legendarnej „gotyckiej” formacji The Wake, Richard Witherspoon, którego talent gwarantuje, iż muzyka w powstanie której został on zaangażowany, niemal zawsze odznaczać się będzie najwyższym poziomem wykonawczym. Kompozycje autorstwa Witherspoona, często po prostu nie mają sobie równych pod względem osobliwej ciemnej nastrojowości. Po drugie: brzmienia Hamsas Xiii to niejako esencja stylistyki, którą zwykło się utożsamiać z jedną konkretną nazwą – 4AD. Jednakże nie w kształcie, często chybionym, jakim jest obecnie repertuar tej „kultowej” wytwórni – a w tym, do której przywykliśmy dzięki najlepszym płytom wykonawców nagrywających dla tego labelu wpierwszym okresie jego funkcjonowania:Cocteau Twins, Dead Can Dance, czy This Mortal Coil. Muzyka jest bardzo ważną funkcją pamięci; sama będąc wspomnieniem, przywołuje wspomnienia w sposób doskonały – ten właśnie psychologiczny fakt, twórczo wykorzystał duet Hamsas Xiii.
Robyn Bright i Richard Witherspoon (Hamsas Xiii)
Encompass to niezwykły album. W jego wnętrzu odnajdziemy piętnaście nastrojowych kompozycji, których dominantą jest niebywałej wprost urody, żeński wokal. Należy on do Robyn Bright, być może znanej niektórym czytelnikom (choć w to wątpię) z jej udziału w formacji Cockatoo. Głos Robyn wyróżnia się zarazem siłą i subtelnością – tak, iż jego porównanie do wokalu Elizabeth Frazer jest w pełni uzasadnione. Ten „syreni śpiew” (to chyba najwłaściwsze tu określenie) został na Encompass ujęty w ramy równie wspaniałej i różnorodnej muzyki. Jej stylistyczna rozpiętość odnajduje się na skrzyżowaniu gatunków: ethereal, dark wave, cold wave i trip hop. Znajdziemy tu także utwory bliskie orientalnej fascynacji Dead Can Dance („Tigers”, „Eclipse”, „Sacred Circuit”), dzięki czemu album nabiera tajemniczego powabu i potęgi wyrazu. Zaznaczyć jednak należy, iż są to brzmienia bliskie stylistyce tej australijskiej formacji, jednak tylko i wyłącznie tej, która obecna jest na pierwszych wydawnictwach Dead Can Dance, pochodzących z połowy lat osiemdziesiątych. Możliwość słuchania podobnej muzyki, ale powstałej w 2015 roku, jest doznaniem wprost niemożliwym do opisania… Być może na taką właśnie płytę czekałem od lat.
Robyn Bright (Hamsas Xiii)
Różnorodność tego albumu to jego podstawowy żywioł. Klasyczna energia cold wave, chociażby spod znaku Siouxie and the Banshees, również jest obecna na Encompass – w najlepszej z możliwych postaci: eterycznej i rytmicznej zarazem (utwory „Congratulations”, „Exploding Heart”, oraz doskonale hipnotyczny „Waterstone”).
Najpiękniejsza płyta, ze wszystkich, których wysłuchałem dotąd w 2015 roku.
Szymon Gołąb
Fragmenty albumu (wersja elektroniczna) dostępne są aktualnie w serwisie iTunes.
Selofan: Tristesse (LP; Grecja; Fabrika Records; 15 marca 2015)
Najnowszy longplay greckiego duetu Selofan to płyta zimna, poważna i piękna. Ukazuje się ona w niewielkim odstępie czasowym od premiery kolejnego długogrającego krążka Lebanon Hanover – i z nastrojem tego albumu może być jedynie porównywalna. Obcujemy tu bowiem z muzycznym chłodem, oraz liryzmem najwyższej próby.
Tristesse jest drugim pełnowymiarowym wydawnictwem w dyskografii duetu Selofan, obok pochodzącej z 2013 roku płyty Verboten. Jest także swego rodzaju muzycznym „seansem”, nastrojową podróżą do głębii odczuwania smutku, samotności, rozgoryczenia i buntu. Nieprzypadkowo otwarciem tego pięknego albumu jest melorecytacja „Der Steppenwolf”, a więc nawiązanie do tytułu i aury powieści Hermanna Hessego. Pełnemu dekadenckiej melancholii żeńskiemu wokalowi sekundują tu minimalistyczne brzmienia fortepianu i – jako tło – szum starej winylowej płyty. Oto początek Tristesse, co zaś znajdziemy we wnętrzu tej otchłani?
Selofan – Tristesse (tył okładki płyty w wersji winylowej)
Przede wszystkim smutek i piękno. Smutek ostateczny, bezkompromisowy, „wilczy” (szubienicę określano niegdyś właśnie „wilczym drzewem”). Piękno też sięga tu podobnych rejestrów – jest niemal krańcowe, towarzyszy doznaniom stania nad uczuciową przepaścią. Otchłanność tę odnaleźć można zwłaszcza we wspaniałym utworze – dialogu, męsko – żeńskim dwugłosie, „Thunderbird”. Obok automatycznego rytmu perkusji i notorycznego motywu gitary basowej pojawia się tu saksofon, a jego ponura fraza jest jedną z najpiękniejszych spośrod wszystkich, jakie ostatnio słyszałem. Instrument ten, również dzięki albumowi Tristesse, powraca w szeregi brzmień zimno falowych – i współczesna odsłona jego obecności jest doskonała, ironiczna, wypełniona refleksyjnością. Pamiętajmy, iż to właśnie w Wilku Stepowym Hermann Hesse łączy „snobowanie się na jazz” z całą sztucznością, „uszminkowaną śmiercią” i smutkiem kultury przedwojennego świata. Album Tristesse przywołuje te emocje. Być może podkreśla, iż stoimy u wejcia do czasów o podobnych kształtach? Urzekająca jest głębia tej płyty.
Selofan
Nowy longplay formacji Selofan śmiało zagląda do wnętrza czarnej otchłani, być może śmielej, niż Besides The Abyss Lebanon Hanover. Te dwie płyty wiele łączy – nie tylko czas wydania, ale i podobny smak dozowanego w nich smutku. Przy czym Tristesse brzmi zdecydowanie pełniej i piękniej. Jest też albumem niezwykle lirycznym.
Na Tristesse nie istnieją utwory, które faworyzuję – to nader spoiste wydawnictwo porusza wyobraźnię każdym ze swych różnorodnych składników. Dla uporządkowania należy wspomnieć, iż jest to płyta trójjęzyczna, kompozycje mają bowiem teksty greckie, niemieckie i angielskie. Również ten zabieg sprawia, że Tristesse to dzieło (tak, dzieło!) w pewnym sensie uniwersalne.