CHŁÓD JEST KOBIETĄ / honeyfrequency: culture and recreation

honeyfrequency: culture and recreation (LP; Rosja; 20 luty 2015)

honeyfrequency - culture and recreation (lp; 2015)

Muzyka honeyfrequency zdecydowanie wymaga odkrycia. Formację tę można określić (z niewielkim jedynie nadużyciem) „rosyjskim Tropic of Cancer”. Jest to trop wyznaczony przez wokalistę moskiewskiej grupy Sierpien, który w niedawno opublikowanej tu rozmowie z powodzeniem poszukiwał w Rosji odpowiedników znanych współczesnych formacji cold wave (w pełni zgadzam się z jednym porównaniem: The Forced Oscillations rzeczywiście brzmią niczym The Sisters of Mercy – a niekiedy nawet lepiej). Czym zaś wyróżnia się muzyka honeyfrequency?

To pochodzące z Magnitogorska trio ma w swojej dyskografii dwa pełnowymiarowe albumy – wydany latem zeszłego roku waiting for lithuanian guy, oraz najnowszy – sprzed paru dni – culture and recreation. Pierwsza płyta zawiera muzykę dość trudną, niemal „eseistyczną” (co podkreślają opisowe tytuły utworów), jednak już dojrzałą, ciemną i piękną. Culture and recreation urzeka zaś po prostu subtelną nastrojowością, tworzoną głównie przez świetny głos wokalistki, teksty (to album niemal w pełni – jeśli nie liczyć tytulatury kompozycji – rosyjskojęzyczny), oraz zachowawcze i przestrzenne brzmienie cold wave – bliskie nagraniom duetu Camelli Lobo, a także formacjom z wczesnego emploi wytwórni 4AD.

Płyta Rosjan może nie trafić do gustu słuchaczy poszukujących muzyki wyrazistej i mocnej. Honeyfrequency jest dźwiękową feerią, pełną gitarowych eksperymentów skontrapunktowanych rytmem automatycznej perkusji – co zbliża tę muzykę do nurtu shoegaze. Ta płyta jest także, pod względem aury, swoistą wewnętrzną podróżą; rozwija swoją opowieść stopniowo, zaś najpiękniejszych jej momentów spodziewajmy się nie od początku, lecz od połowy trwania longplay’a.

Które utwory faworyzuję? „Womb”, „tar”, „steppe”, oraz wygłosowy i zdecydowanie taneczny „spit your dead”. Płyta posiada też swoje sedno i perłę nastroju – to zaśpiewany po rosyjsku (z wyjątkiem kilku słów refrenu) cover kompozycji „we walked in line” z wczesnego repertuaru Joy Division. Utwór ten zdecydowanie wzmacnia wydźwięk albumu szybkim automatycznym rytmem perkusji kontrastowo połączonym z eterycznym głosem wokalistki. To jedna z najlepszych żeńskich interpretacji utworu Joy Division, od czasu cudownego wykonania „Heart And Soul” przez Kendrę Smith na kompilacji „A Means To An End” z 1995 roku.

Culture and recreation to piękna płyta, o wyraźnie kobiecym biegunie nastroju – toteż polecam ją, przede wszystkim, zwolenniczkom nowoczesnych brzmień cold wave / dream pop.

Szymon Gołąb

honeyfrequency – VKontakte

NIEZALEŻNOŚĆ / Sanne de Neige: Ep

Sanne de Neige: Ep (EP; Szwecja; maj 2014)

Sanne de Neige - Ep (2014)

Płyta, której zdecydowanie nie można pominąć. Debiutancka (nie licząc instrumentalnego demo) epka szwedzkiej wokalistki przywraca bowiem rdzenną aerię chłodnej fali; należy do tego rodzaju wydawnictw, które pojawiają się co jakiś czas i przypominają o istocie gatunku, są bezkompromisowe i niechętne rozgłosowi, zaś niektóre z nich – z biegiem czasu – stają się pozycjami klasycznymi.

Album „Ep” to sześć kompozycji utrzymanych w chłodnej, ascetycznej stylistyce bliskiej dokonaniom Tropic of Cancer. Podobnie jak w przypadku projektu Camelli Lobo pierwszym planem tej muzyki jest minimalistyczne post punkowe brzmienie gitary, oraz żeński eteryczny wokal. Utwory posiadają także wyrazisty puls, kojarzący się z najlepszymi czasami automatu perkusyjnego. Już te składniki zachęcają do słuchania – przypomnijmy, że chłodna fala to trzy elementy: notoryczny rytm, minimum instrumentalne i swoisty, nieco „zaświatowy” wokal. Przy użyciu tych oszczędnych środków powołano większość ze znaczących dla gatunku dokonań.

Muzyka Sanne de Neige wpisuje się w tę estetykę w stu procentach, lecz jest jeszcze coś, co na tej płycie szczególnie mnie urzekło. To „artystyczna funkcja pomyłki”, celowe zaznaczenie dezynwoltury względem brzmień mainstreamu – cyzelowanych i nijakich. Ową pomyłką jest tu „przester”, zgrzyt pojawiający się w samym środku albumu – w utworach Cold i Profound. Traktuję to wrażenie dźwiękowe jako zabieg celowy, odróżniający się od innych „grzechów akustycznych” wydawnictwa przygotowanego – właściwie – domowym sposobem. O proweniencji takich pomyłek powinien powstać odrębny tekst, wyliczający je w dokonaniach najlepszych muzyków – obca mi estetyka formacji Nirvana nie jest tu bowiem jedynym przykładem.

Muzyka Sanne de Neige urzeka potencją przestrzeni i chłodu. Wyzwala chęć dłuższego zatrzymania się nad swoją odrębnością – czekam na moment, w którym ręce najlepszych realizatorów wydobędą z niej ową przestrzeń. Wtedy zaczaruje każdego.

Szymon Gołąb

Sanne de Neige – Facebook

PRZED KONCERTEM / Tropic of Cancer: Restless Idylls

Tropic of Cancer: „Restless Idylls” (Blackest Ever Black; Wielka Brytania, Stany Zjednoczone; 2013)

Camella Lobo / teksty, aranżacje, instrumenty elektroniczne, gitara elektryczna

Karl O’Connor (Regis) / produkcja

Obrazek

Istota chłodnej fali.

„Restless Idylls”, pierwsza długogrająca płyta Tropic of Cancer, to osiem utworów, które wypełniają dziedzinę dotąd tragicznie opuszczoną. Ten album zdaje się bowiem stanowić jedyną współczesną kontynuację epitafium Iana Curtisa – płyty „Closer” Joy Division. Kontynuację, jak i twórcze przekroczenie. Estetyka rytmicznej przemienności czerni i bieli, tak w roku 1980, jak i obecnie, najpełniej ujmuje nastroje czasu – co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Zmieniła się jedynie sceneria – dziś jest bardziej niejednoznaczna. Oto More Alone:

Bezdenna samotność oczekiwania na nowy dzień

Ty jesteś przeżytkiem

Ty jesteś sobą, jesteś młody

Jesteś sam.

Możesz tylko słuchać

Czy wpadniesz w to?

Czekam aż przyjdziesz

Twoje…

Jesteś sam

Jesteś sam

Bardziej sam

…opuszczony na zawsze

Wszystko pozostawiam za sobą

Czekam aż przyjdziesz

Jestem tak bardzo samotna

Twoje usta mówią mi, że jestem sama.

Jesteś sama

Jesteś sama

Jesteś sama

Czekam, aż przyjdziesz

Twoje usta mówią mi, że jestem sama.

To zbyt wiele? Rzeczywistość nie jest aż tak straszliwa? Naprawdę nie jest?… To dlaczego jesteś sam, tylko przez to, że straciłeś pracę? Szukasz przecież, kiedyś to musi się zmienić. Odpowiadasz na generowane automatycznie oferty zatrudnienia – w zamian dostajesz oferty towarzyskie. Nawet irytacja nie trwa długo, nie masz siły na złość. Tu naprawdę skończyła się przyszłość. Wciąż brak słów, aby to wypowiedzieć. Jałowość tej ziemi przeraża cię.

Muzyka na „Restless Idylls” podąża za dzisiejszym człowiekiem; słowa, których mu brak tu odnajdują swój wyraz, aby natychmiast przemienić się w nieartykułowany lament. To smutek piękny i prawdziwy zarazem. To też chłód. Automatyczny rytm perkusji, minimalimalistyczne brzmienie gitary, otchłanny głos Camelli. Chłód odmieniany przez wszystkie formy tej urzekającej muzyki. Destylacja pożądania tego, co niewiadome.

Ta płyta nie zna grzechów debiutu, bo też Tropic of Cancer nie jest projektem nowym – działając od 2009 roku ma w swojej dyskografii siedem pomniejszych wydawnictw, jedną kompilację, oraz pełnowymiarowy album. Tu więc nie ma miejsca na nieudolność, przerysowane motywy i brak powagi.

Właśnie – powaga. „Restless Idylls”, „niespokojna sielanka”, to pierwsze imię powagi czasu, który nas otacza – i smutkowi nowej muzyki, która tym imieniem się określiła, nie będzie końca – la tristesse durera.

Szymon Gołąb

Tropic of Cancer wystąpi na jedynym koncercie w Polsce, 13 października w ramach UNSOUND Festival w Krakowie.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: