AMERYKAŃSKA CIEMNOŚĆ / Chelsea Wolfe: Birth of Violence

Chelsea Wolfe: Birth of Violence (LP, CD, Digital; Sargent House; Stany Zjednoczone; 13 września 2019)

Opuszczone miejsca nawiedzone przez duchy – to, w skrócie, klimat najnowszej płyty Chelsei Wolfe. Czytaj dalej „AMERYKAŃSKA CIEMNOŚĆ / Chelsea Wolfe: Birth of Violence”

PONAD OTCHŁANIĄ / Chelsea Wolfe: Abyss

Chelsea Wolfe: Abyss (LP; Sargent House; Stany Zjednoczone; 7 sierpnia 2015)

Chelsea Wolfe - Abyss (lp; 2015)

Istnieją artyści, którzy nawet kiedy milczą, tworzą wspaniałą muzykę. Chelsea Wolfe milczała dwa lata, czyli od czasu, kiedy w 2013 roku światło księżyca ujrzał jej trzeci longplay Pain is Beauty. Nowa płyta Abyss jest równie piękna i specyficznie otchłanna (co jest nomen omen elementem nastrojowości wyróżniającej ten album), choć całkowicie inna, wypełniona bardziej intensywnymi – i udanymi – poszukiwaniami. Sedno jednak tego, co Chelsea Wolfe wniosła do współczesnej muzyki, pozostaje niezmienne. Podobnie też, jak w przypadku wcześniejszych dokonań kalifornijskiej wokalistki, to „coś” jest trudne – bądź nawet niemożliwe – do określenia. Tak właśnie brzmi tajemnica.

Chelsea Wolfe (fot. Shaina Hedlund / źródło: LAweekly.com)
Chelsea Wolfe (fot. Shaina Hedlund / źródło: LAweekly.com)

Wyobraź sobie dowolne polskie miasto, jedno z tych gdzie zaimputowano beznadzieję, smutek i pustkę. Czujesz, że nie ma przyszłości. Jest koniec września, w powietrzu czai się już chłód. Nie chcesz jednak myśleć o zimie i jej problemach. Błąkasz się po wyludnionych nieprzyjaznych ulicach. Nagle dostrzegasz, bądź zaczynasz odczuwać to „coś”, dzięki czemu twój krok staje się pewniejszy. Podnosisz głowę. Oto świadomość wewnętrznego życia, którego nikt i nic ci nie odbierze. Dźwięk ponad otchłanią – i nawet, kiedy on umilknie, a ty wrócisz do piekła codzienności, jego sens wciąż się wypełnia. Oto bowiem żyjesz. Sam twój oddech ma znaczenie. Może to dzięki tej muzyce?

Tak właśnie brzmi Abyss, album bezgranicznie smutny, pełen bolesnego piękna, ale przynoszący cudowną nadzieję i skupienie na tym co ważne. „Przetrwać, oto wszystko” – mówił kiedyś poeta. Chelsea Wolfe nawet milcząc tworzyła tę płytę: aurą swoich snów, którymi dzieliła się w rozmowach, otchłannymi kadrami z podróży do Islandii, tajemnicą swojego pięknego smutku. We wnętrzu Abyss, są trzy utwory – zworniki nastroju – który ten rodzaj milczenia zawierają w sobie. To zimno falowy „Grey Days” (podobnie brzmią najlepsze kompozycje z pierwszej płyty Dead Can Dance), oraz ballady: „Survive” i „Simple Death”. Utworów na Abyss jest w sumie trzynaście i wszystkie z nich są godne uwagi.

Ballady dominują na tej płycie i są jej tonem zasadniczym. Za wcześnie na tłumaczenie tekstów, jednak wierzcie mi, że są one pełne najlepszej poezji. Miejscami bardzo intymnej, zgodnie zresztą z zapowiedziami artyski. Poezja ta przynosi odwołania do sfery snów i próby ich zrozumienia – według wykładni psychologii głębi Carla Gustava Junga, a więc stałej intelektualnej fascynacji, na którą Chelsea powołuje się w wywiadach. Płacz strzygi pokąsanej przez węża-kusiciela słychać chociażby we wspaniałej – i najwznioślejszej na płycie – kompozycji „Dragged Out”. Wizją oceaniczną, lub jej wyrazistą sugestią, jest natomiast tytułowy utwór „The Abyss”. Ponownie więc, jak na poprzedniej płycie, otchłanią okazuje się być miłość. To uczucie wyraża na płycie instrumentarium akustyczne, jego przeciwieństwo zaś to brzmienie gitar elektrycznych bliskie wczesnym dokonaniom chociażby His Name Is Alive („duch” najlepszych lat 4AD wyraźnie wypełnia ten album), oraz liryczna elektronika przypominająca współczesne nagrania Emiki.

Wspaniała płyta! W sieci udostępniono, jak dotąd, trzy pochodzące z niej utwory (w tym jeden teledysk), oraz zwiastun. Poczekajcie na premierę Abyss, siódmy sierpnia już niedługo, albo… Postarajcie się zdobyć ten krążek wcześniej – zapewniam, że wcale w tym celu nie trzeba sięgać po piractwo internetowe. Być może fragmenty płyty usłyszycie także w którejś z audycji radiowych; chociaż w to akurat wątpię – polskich dziennikarzy muzycznych ostatnio bardziej przejmuje udzielanie się w różnych organizacjach pozarządowych i rządowych, niż dźwięki muzyki. Szkoda.

Szymon Gołąb

Album w wersji fizycznej (płyta winylowa i CD) będzie do nabycia w sklepie internetowym wytwórni Sargent House.

Pre-order tamże, oraz na stronie Chelsei Wolfe w serwisie Bandcamp.

Chelsea Wolfe – oficjalna strona

Chelsea Wolfe – Facebook

Chelsea Wolfe – Twitter

Google Translate - logo

BÓL JEST PIĘKNY / Chelsea Wolfe: Pain is Beauty

Chelsea Wolfe: Pain is Beauty (LP; Sargent House; Stany Zjednoczone; 2013)

Chelsea Wolfe - Pain is Beauty (lp; 2013)

Pain is Beauty to prawdziwa księga muzycznych tajemnic. Jak głęboko trzeba traktować życie, jakiej powagi użyć do jego opisu, by mogła powstać poezja podobna w swym pięknie temu albumowi? Więcej: w jaki sposób muzyka potrafi tak doskonale ujmować to, co w życiu najistotniejsze – moment, w którym nachyla się ono do śmierci, by potem jeszcze intensywniej trwać?

„Każda katastrofa sprawia, że świat staje się jaśniejszy” – Destruction Make The World Burn Brighter – to jedno z przesłań bólu, który jest pięknem. Oto zaś kolejne – „Dzika miłość”, Feral Love:

„Uciekasz od światła.

Twoje oczy sczerniały jak u zbłąkanego zwierzęcia.

Nie dbasz o nikogo, z wyjątkiem potomstwa

swej potęgi.

Uciekasz od każdego, kto chce cię odnaleźć.

Doczekać nocy, aby móc się schować.

Twoje oczy są czarne, jak u zwierzęcia.

Jak u bestii.

Przejdźmy przez tę wodę,

poprowadzę was do śmierci.

Zbliżamy się do głębi, zbliżamy do rzeki, do deszczu.

Zbliża nas ból”.

Ciemna poezja otwiera ten album i wypełnia go do końca. Ciemna nie oznacza tu jednak – „pozbawiająca nadziei”. To nie bezrefleksyjny mrok, muzyczna konwencja czerni, są tu żywiołami – a skupiony namysł dźwięków nad tajemnicą ludzkiego życia; życia, które na tej płycie istnieje o tyle, o ile zdolne jest do miłości. Zawsze żyję bowiem w czyimś kontekście, nawet będąc głęboko samotnym.

Muzycznym nośnikiem piękna i cierpienia jest kontrast, bądź lepiej – harmonia kontrastów. „Pain is Beauty” to nieustanne napięcie pomiędzy chłodnym mechanicznym pulsem, a akustycznym ciepłem. Rytmowi bliskiemu minimalistycznym brzmieniom chłodnej fali towarzyszą tu oszczędne, lecz wyraziste głosy: skrzypiec, altówki, saksofonu i fortepianu. Przede wszystkim jednak – gitary akustycznej. To właśnie jej brzmienie, w połączeniu z eterycznym głosem Chelsei zachwyca tu najbardziej i sprawia, że całe bogate instrumentarium tego albumu jest jedynie tłem intymnego tonu, jaki tworzą kobiecy śpiew i dźwięki gitary. Tę paradoksalną wartość „elektryzującej akustyczności” słyszę we współczesnej muzyce po raz pierwszy. Z niezrównaną potęgą wyrazu zawiera się ona w utworze They’ll Clap When You’re Gone, jednej z najpiękniejszych kompozycji na tej płycie.

Niedawno, w którymś z wywiadów Chelsea Wolfe wspomniała, że album ten właściwie mógłby mieć tytuł: „Ból staje się pięknem”. Ostatecznie – jest pięknem. Nie znam bardziej wartościowego doświadczenia – nie tylko w muzyce.

Szymon Gołąb

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: