Ian Curtis odszedł 18 maja 1980 roku – czterdzieści lat temu. W artykule dedykowanym jego pamięci (tekst przytaczam w całości poniżej) Tomasz Beksiński napisał: „niesamowite wizje, którymi przesiąknięte są kompozycje Joy Division, powinny spełniać rolę swoistego katharsis – oswoić człowieka z najczarniejszą stroną rzeczywistości, zmusić go, by spróbował otworzyć drzwi zatrzaśnięte muprosto w twarz, aby nie poddawał się, nie odchodził w milczeniu„.
Bleib Modern: All Is Fair In Love And War (LP; Wave Records; Niemcy; 9 maja 2015)
Kiedy na początku roku formacja Bleib Modern (jeszcze wtedy działająca jako duet) zapowiedziała, że wiosną ukaże się jej pierwszy długogrający krążek, intuicja wielu słuchaczy i pasjonatów zimnej fali podpowiadała, iż to może być nader ciekawe, ważne wydawnictwo. Istotnie, album All Is Fair In Love And War w pełni zasługuje na uwagę.
W wersji elektronicznej i winylowej płyta zawiera dziesięć kompozycji (wydanie CD powiększono o trzy bonusowe utwory) utrzymanych w spoistej i rdzennej stylistyce cold wave / post punk nawiązującej do brzmienia tych gatunków w latach osiemdziesiątych. Zespół (tworzący obecnie w pięcioosobowym składzie) całkowicie zrezygnował z eksperymentów z syntezatorami i tanecznym rytmem, koncentrując się na tworzeniu nastroju przy pomocy tradycyjnego instrumentarium: rozbudowanej i „wielobarwnej” sekcji gitarowej, oraz perkusji (tak „żywej”, jak i automatycznej). Elementom tym towarzyszy znakomity, perfekcyjnie chłodny i beznamiętny męski głos, trafiający w gusta zwolenników klasycznie zimno falowej metody wokalnej, znanej chociażby z nagrań The Sisters Of Mercy.
Bleib Modern
All Is Fair In Love And War to smutna płyta o nieporównywalnym nastroju. Muzyka sekunduje tu tekstom, których lejtmotywem jest utrata – ów nieuchronny składnik życia odmieniany jest tu chyba przez wszystkie przypadki doznań i przemyśleń. Tematyka ta sprawia, że obcujemy z albumem tyleż operującym stylistycznym konkretem, co nader lirycznym, czy wręcz romantycznym. To dalekie, ale uzasadnione skojarzenie – nastrój zawarty na All Is Fair In Love And War spodoba się tym, którzy cenią „uczuciowy ton” kompozycji New Model Army, Eyeless In Gaza, czy wczesnych dokonań The Waterboys.
Bleib Modern – All Is Fair In Love And War – tył okładki (fot. Rafał Karcz)
Warto wspomnieć, że tej wspaniałej muzyce towarzyszy równie niezwykła oprawa wizualna – płytę ilustrują prace autorstwa utalentowanego polskiego fotografika Rafała Karcza. Tajemniczość i subtelnie dozowana perwersja portretowanych przez niego aktów jest swoistym zaproszeniem do ciemnej (choć wzbogaconej o pastelowe odcienie) głębi odczuwania, będącej sednem nowego brzmienia Bleib Modern.
Oto płyta w pełni rekompensująca niedosyt nastroju pozostały po nieudanym tegorocznym albumie Johna Carpentera. Debiut Fléau olśniewa głębią i dostojeństwem muzycznej frazy, ożywieniem tradycyjnego analogowego synthu, oraz „filmową” narracją, której najbliżej do apokaliptycznych horrorów Carpentera, czy Davida Cronenberga.
Fléau! Plaga! Jestem szczególnie wrażliwy na formy artystycznej reprezentacji tego ponurego tematu, jak bowiem inaczej – niż właśnie jako „plagę” – określić miary dookolnej rzeczywistości? Plaga widoczna jest w Polsce na każdym kroku, przeradza się w niebezpieczną głupotę, która skutecznie uniemożliwia normalne życie (czy to właśnie nie ten kraj celuje na świecie w ilości samobójstw?), w swoisty – usankcjonowany przez dyktat państwa – kult śmierci. „Jest, jak jest” (czy też często słyszycie te słowa?) i nic tego nie zmieni, obojętnie jakich wykrętów myślowych użyjemy, aby oddalić od siebie świadomość plagi. Pamięć czasu przeszłego zanika. Nie ma przyszłości. Wyobraźnia już nie istnieje. Nastał Rok Zerowy. Słychać wielki śpiew organów w wymarłej świątyni. Wybaczcie mi tę dekadencję, ale tak właśnie jest.
Album Fléau wydany zostanie na kasecie w limitowanym nakładzie stu egzemplarzy.
Fléau to debiutancki album nowego projektu, jednak powołanego przez doświadczonego już muzyka – Mathieu Mégemonta z francuskiej formacji dark gaze, Year of no light. „Rok bez światła”… Ta osobliwie wielowymiarowa, migotliwa muzyczna ciemność udzieliła się również brzmieniom Fléau. Album zachwyca wzniosłością i subtelnością; potęga wyrazu sekunduje tu zaś momentom, w których muzyka nachyla się ku ciszy. To bodaj najdojrzalsza ze wszystkich czysto instrumentalnych „produkcji” powstałych w ostatnim czasie w nurcie, który określić można jako „cinematic wave” – a więc reprezentowanym przez albumy o spoistej i świadomie „filmowej” konstrukcji. We wnętrzu Fléau minimalistyczny syntezatorowy puls (utwór „The Rat”) spotyka się z dostojnie (słowo-klucz dla tej płyty) rozwijającymi się kompozycjami o sporych miarach („Glass Cathedral” to prawie osiem minut muzyki); wszystkim zaś odmianom nastroju towarzyszy tu właściwy potencjał dramatyzmu – mimo swej powagi, album ten nie nuży słuchacza. Zwolenników elektronicznego wintażu na pewno zadowoli starannie dobrane arboretum analogowych syntezatorów, budujące wyraźnie słyszalną „przestrzeń” tej płyty – inną jednak od jej wirtualnej namiastki obecnej w większości współczesnej muzyki elektronicznej.
Przestrzeń… Fléau to przestrzeń interitus, a więc moment rozszczepienia światów. To także muzyka oczekiwania, napięcia i namysłu. Przy dźwiękach tej płyty czekam więc na to, co nieuchronnie nastąpi, kiedy minie już zgiełk plagi. Rok Zerowy, podobnie jak muzyka Fléau, jest wektorem nowego. Jego miano to Anno Domini, czy może Anno satani?
Wspaniała płyta, pełna ciemnego natchnienia i aury tajemniczości wywiedzionych z wnętrza syberyjskiej tajgi. Album, który doskonale unaocznia, że nowoczesna muzyka może być z powodzeniem zakorzeniona w tradycji – nie tylko gatunku, ale także miejsca, w którym powstała.
Хтонь to drugi longplay w dyskografii pochodzącej z Syberii formacji Сруб powołanej przez Jelizawetę i Igora Szaprańskich. Jest on zasadniczo kontynuacją długogrającego debiutu Syberian, który ukazał się nieco ponad rok temu, przynosząc interesujący mariaż stylistyk cold wave, post punk i dark folk. Album Хтонь również odwołuje się do tego nastroju, jednak w znacznie bardziej zdynamizowany i przez to odmienny sposób.
We wnętrzu płyty, dostępnej na razie wyłącznie do wysłuchania w wersji elektronicznej, znajdziemy dziewięć kompozycji poprzedzonych instrumentalnym wstępem, „Горицвет”. Pojawiające się w tym utworze tradycyjne akustyczne i eteryczne brzmienia doskonale zapowiadają aurę albumu będącego swoistą opowieścią, bądź też zbiorem legend przełożonych na „język” muzyki. Tajemniczość zrodzonej w chłodzie syberyjskiej natury (i takiej też wyobraźni) to osnowa dla płyty zawierającej solidną dawkę melodyjnego post punka w interesujących, oraz rzadko spotykanych w brzmieniach wykonawców zachodnich, aranżacjach.
Igor Szaprański (Сруб)
Odmienność podkreślona została tu głównie przez wykorzystanie tradycyjnego akustycznego instrumentarium (prym wiodą wspaniałe skrzypce i flet) znakomicie, co także należy podkreślić, połączonego ze „składem” rockowym: gitarą basową, oraz przeważnie „żywą” – choć wyraźnie wyeksponowaną – perkusją. Właśnie! Хтонь to jedno z niewielu współczesnych zimno falowych wydawnictw, gdzie ręcznie obsługiwana perkusja brzmi w sposób w pełni transowy, jest istotnym pulsem utworów; kompozycje „Изгнание” i „Грот” posiadają największy na płycie potencjał transowości, bliski estetyce formacji She Past Away. Aranżacje instrumentalne tworzą równoległy, pod względem doskonałości, plan wobec tego, co stanowi zdecydowany wyróżnik muzyki Сруб – wokalu Igora Szaprańskiego. Jego silny, lecz zarazem „podbity” melancholijnym wyrazem głos urzeka; nader interesująca jest także metoda wokalna, oparta na częstym skandowaniu tekstu. Dzięki Igorowi Szaprańskiemu muzyka Сруб rzeczywiście brzmi poteżnie!
Хтонь to perła zimnej fali. Kolejny album, który zaświadcza, że Сруб to ścisła czołówka tej sceny – nie tylko w Rosji, ale i w skali światowej.
Daybed: Weird Sailing (LP; Beläten │ Post Avantgarde Pop; Niemcy; 23 kwietnia 2015)
Chłodny minimalistyczny rytm, melodyjność i zwiewny urok żeńskiego wokalu – oto trzy składniki tej doskonałej strawy, jaką jest długo oczekiwana nowa płyta berlińskiego duetu Daybed.
Weird Sailing to drugie wydawnictwo w dyskografii tej prawdziwie międzynarodowej formacji (Clara – współtwórczyni doskonałej formacji minimal / cold wave Soma Sema – pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, Tim z Nowej Zelandii, grają w Niemczech, zaś ich nowy album wydał label ze Szwecji), obok pochodzącej z 2010 roku debiutanckiej epki Preludes. Już pierwszy album duetu pokazywał, że w przypadku Daybed mamy do czynienia z brzmieniami świadomie nawiązującymi do syntezatorowej stylistyki new wave z wczesnych lat osiemdziesiątych, oraz – z równie świadomą – ich reinterpretacją. Podobne odczucie towarzyszy także kontaktowi z nowym krążkiem. Wpływy i fascynacje muzyczne nie są zresztą przez Daybed ukrywane; berlińscy muzycy chętnie dzielili się nimi ze słuchaczami na Facebooku, umilając prawdziwymi perłami vintagesynthu (i nie tylko) oczekiwanie na własne pełnowymiarowe wydawnictwo:
Warto było czekać na tę płytę. Weird Sailling to jedenaście melodyjnych kompozycji rozpisanych na syntezatory, automat perkusyjny, gitarę elektryczną (rzadko), oraz uroczy – nieco zbliżony do metody wokalnej Karin Oliver z His Name Is Alive – głosy Clary (męski wokal pojawia się tu jedynie towarzysząco i to sporadycznie). Pomimo, iż żywiołem albumu jest zdecydowanie piosenkowa lekkość, to udało się berlińskiemu duetowi zawrzeć w swojej muzyce osobliwą tajemniczość. Z czego ona wynika? Przede wszystkim ze wspomnianej już reinterpretacji wzorców estetycznych new wave. Pod tym względem album zawiera wiele twórczego potencjału i nieoczekiwanych zwrotów „muzycznej akcji”, obecnych przede wszystkim w warstwie wokalnej, ale także instrumentalnej (chociażby doskonałe perkusyjne tremolo w utworze „Come To Me”, czy wielowymiarowe – konotujące swoistą wzniosłość – brzmienia syntezatorów w „Cellophane”).
Faworyzuję, obok wymienionych „Come To Me” i „Cellophane” utwory: tytułowy, „No Luck”, „Days Pass”, „The Art Of Worldly Wisdom”, „Seasons”, oraz „When I See You”.