„LORD VADER, YOUR CAR IS READY” / Parrot to the Moon: Chemistry

Parrot to the Moon: Chemistry (EP; Zoey Records; Szwajcaria; 23 października 2015)

Parrot to the Moon - Chemistry (ep; 2015)

Być może obcujemy z jedną z najciekawszych zapowiedzi muzycznych 2015 roku… Epka Chemistry szwajcarskiego tria Parrot to the Moon zawiera muzykę, która nowoczesną odmianę synth / dark popu wprowadza – ze sporą dozą odkrywczości – w nowy rejestr, zapowiadany chociażby przez nagrania Empathy Test i We Are Temporary. Chemistry to także niezwykła muzyczna podróż (i muzyka wybitnie stworzona do relaksu w podróży) – wsiądźmy więc na chwilę do samochodu, aby w pełni poczuć zawartą w niej specyficzną subtelność i siłę. Tytuły dwóch z najpiękniejszych na tej płycie utworów są bowiem właśnie zaproszeniem do drogi i jej przeżywania – to „Interstate” i „Highway 5am”.

Parrot to the Moon (fot. Claudia Link / źródło: materiały prasowe zespołu)
Parrot to the Moon (fot. Claudia Link / źródło: materiały prasowe zespołu)

Obowiązkowo samochód musi być amerykański, a pora nocna (bądź wczesnoporanna) – jak w lirycznych synth popowych opowieściach Depeche Mode. Czarna Impala dysponuje wystarczającą mocą dla tej muzyki (w wersji wzmocnionej do: 6.2 L / V8 / 550 KM), ma też odtwarzacz CD / MP3 z czterema dobrze brzmiącymi głośnikami. „Czarna” (która mimo swej siły jest wciąż kobieca) rozpędza się do prędkości 300 km/h w czasie, w którym Jakub Wojewódzki (polski prezenter radiowo-telewizyjny) nie zdąży nawet „zaszpanować” swoim Lamborghini – wszelka płycizna przestaje zresztą istnieć od pierwszych tonów tej cudownej płyty, która… Rzeczywiście ma w sobie coś bliskiego aksamitnej akceleracji ogromnego silnika V8, ukrytego pod dostojnie wystylizowaną maską – czyli „wszystko inaczej”, niż to się dziś robi w masowych produkcjach motoryzacji i muzyki.

Parrot to the Moon (fot. Claudia Link / źródło: materiały prasowe zespołu)
Parrot to the Moon (fot. Claudia Link / źródło: materiały prasowe zespołu)

Niewiele jeszcze wolno mi powiedzieć o tej płycie; zresztą o pięknie i tajemnicy – podobnie jak o miłości – najlepiej się milczy, nie zaś rapuje wokół. Album zawierać będzie sześć utworów, w tym tytułowy – „Chemistry” – w dwóch wersjach: podstawowej, oraz przygotowanej do emisji radiowej (tzw. „Radio Edit”), a więc blisko o minutę krótszej. Tyle jednak wystarczy, by zaczarować słuchacza. Zagrany w zdecydowanie ciemniejszej tonacji od tej, do której przywykliśmy w nurcie New Romantic (do którego tej płycie bardzo blisko) album Chemistry to przede wszystkim wspaniałe proporcje, balans pomiędzy synth popowym – i niemal tanecznym – pulsem, a balladowością podkreślaną chociażby przez obecność gitary… Mogącej kojarzyć się z nagraniami R.E.M. (w utworze „Interstate”). Elementem organizującym i spajającym całość jest zaś urzekający (nie znajduję innego określenia), pełen romantycznego vibrato, głos wokalisty – i jest to zdecydowanie jeden z najlepszych wokali, jakie usłyszałem w tym roku.

Premiera albumu 23 października. Warto czekać. Bardzo.

Szymon Gołąb

Album dostępny (pre-order) w wersji cyfrowej w serwisie i-Tunes. Wkrótce także w wersji fizycznej (płyta CD).

Parrot to the Moon – oficjalna strona

Parrot to the Moon – Facebook

Google Translate

DOBRY NASTRÓJ / Bill And Murray: A New Kind Of High

Bill And Murray: A New Kind Of High (LP; Other Voices Records; Izrael; 26 września 2015)

Bill And Murray - A New Kind Of High (lp; 2015)

Zaintrygował mnie tytuł tej, wypełnionej ciekawą odmianą synth popu, płyty: A New Kind Of High, czyli „nowa odmiana wzniosłości”. Młody duet z Tel Awiwu postanowił dokonać więc czegoś dość rzadko spotykanego we współczesnej muzyce izraelskiej; otóż zespół ten sugeruje, że jego utwory odznaczają się „wzniosłością” i to „nowej odmiany”. Muzykom z Tel Awiwu udało się to niemal w stu procentach, ale… Powiedzmy najpierw, o co właściwie chodzi z tą „wzniosłością” i dlaczego jest ona ważna?

W którejś ze swoich prac poświęconych symbolowi, Mircea Eliade wspomina o muzyce, która zdolna jest – parafrazując – „przypomnieć nam o czymś ważnym i zdawałoby się dawno już zapomnianym. To wspomnienie, zawarte czasem nawet w płochych nastrojowo popularnych piosenkach sprawia, że stajemy zasłuchani – a niekiedy też w naszych oczach pojawiają się łzy”… Nie znam lepszego opisu muzycznej wzniosłości, która – co charakterystyczne dla tej sztuki – jest wyłącznie nastrojem, bądź delikatną (ale potężną) sugestią. Potrzeba sporego kunsztu, oraz wrażliwości, aby zawrzeć to wrażenie w utworze muzycznym. Istnieją też obszary kultury mniej, lub bardziej podatne na obecność tego, co wzniosłe.

Bynajmniej zaś ambicją nowej muzyki z Izraela (dosłownie i metaforycznie „wyzwolonej”, niczym improwizacje free-jazzowe) nie jest poszukiwanie wzniosłości. Odnajdziemy ją w kręgu brzmień nawiązujących (bądź negujących) zupełnie inny sposób pojmowania tego, co niewidzialne, lub (i) „wytęsknione”. W pojmowaniu tym celuje sztuka wyrosła z prawosławia (dzięki ikonom i zawartej w nich potencji muzycznej), oraz katolicyzmu (przez wpisanie w formułę liturgiczną utworów organowych). W tradycji muzyki żydowskiej nie istnieje „kanon” w takiej formie, w jakiej można byłoby się do niego odwoływać, bądź go negować. Niezrozumiałe? Właśnie! Ma być „niezrozumiałe”, aby było twórcze. Przez to jednak wciąż niewiele wiemy o najnowszych brzmieniach z Izraela, a tym bardziej nie potrafimy określić ich jakości.

Bill And Murray - A New Kind Of High (płyta CD / źródło: materiały wydawcy)
Bill And Murray – A New Kind Of High (płyta CD / źródło: materiały wydawcy)

A New Kind Of High jest więc płytą tym bardziej zasługującą na uwagę, bowiem powstałą w tradycji wciąż dla nas dość egzotycznej… Egzotyka? Osiem utworów pomieszczonych na tym pierwszym długogrającym krążku Izraelczyków to dark pop / synth wave w najczystszej postaci, porównywalnej z dokonaniami (pełnymi wzniosłości, a jakże!) Sleep Thieves, Lydii Ainsworth, czy Vivien Glass. Nie spodziewajmy się tu „klezmerstwa” – utwory urzekają nastrojem rodem z new romantic i synth popową „przejrzystością” linii melodycznych. Jest też element „gaze” obecny w brzmieniu gitar (nieco podobnym do tych, jakimi wyróżniła się w 1995 roku polska grupa Big Day na swojej pierwszej płycie – W świetle i we mgle). Tego rodzaju zestawienie nastrojowe, wzbogacone o subtelny w wyrazie żeński wokal i mocny męski, brzmi odkrywczo i świeżo – mimo, że album złożony jest w części z utworów mających już dobre parę lat.

Muzykę z Izraela często ceni się za eteryczny balladowy nastrój, uzyskiwany głównie dzięki wykorzystaniu instrumentarium akustycznego. Ta swoista „żydowskość” brzmienia jest na A New Kind Of High również obecna – jednak forma jej podania wyklucza wszelką narzucającą się, krzykliwą egzotykę. Ten album to po prostu światowy format muzyczny – nic więc dziwnego, że zespół supportował występy Gary’ego Numana, oraz grał (z powodzeniem) w Europie i Stanach Zjednoczonych.

„Nowy rodzaj wzniosłości” w wykonaniu duetu Bill And Murray to także płyta doskonale poprawiająca nastrój i… Sprawdzająca się w różnych okolicznościach odbioru (polecam do słuchania w podróży). Krążek nie ma słabych momentów. Faworyzuję utwór tytułowy – w jego wygłosie pojawia się fraza przepięknie zaśpiewana po rosyjsku. Takich miłych niespodzianek na A New Kind Of High jest dużo więcej.

Szymon Gołąb

Płyta w wersji fizycznej (CD o limitowanym nakładzie trzystu egzemplarzy) do nabycia na stronie wytwórni Other Voices Records w serwisie Bandcamp.

Bill And Murray – Facebook

Bill And Murray – YouTube

Google Translate

PRZED PREMIERĄ / Molly Nilsson: Zenith

Molly Nilsson: Zenith (LP; Dark Skies Association / Night School Records; Niemcy; 23 października 2015)

Molly Nilsson - Zenith (lp; 2015)

Najnowszy szósty longplay w dyskografii Molly Nilsson, artystki pochodzącej ze Szwecji – ale twórczo związanej z berlińskim renesansem nowej fali – miał ukazać się dwudziestego piątego września; ostatecznie jednak premierę albumu Zenith przesunięto na drugą połowę października… Wydaje się to być uzasadnionym zabiegiem – środek jesieni to czas, w którym spotykają się dwa światy: wspomnienie i tęsknota za latem, oraz zapowiedź i obawa przed zimą. Podobny dualizm wyróżnia muzykę Molly Nilsson – szczególnie zaś słyszalny jest on we wnętrzu jej najnowszego wydawnictwa.

Zenith to piękna płyta; wypełniona poezją, nastrojowa, a zarazen nie pozbawiona elementów tanecznych, a nawet przebojowych – jak chociażby zapowiadający ten krążek utwór „1995”. Wśród trzynastu pomieszczonych tu kompozycji wspomniana przebojowość zdecydowanie wiedzie prym, jest ona jednak mistrzowsko – i w proporcjach właściwym chyba wyłącznie tej berlińskiej artystce – połączona z zimno falową melancholią. Reinterpretacja wzorców elektronicznej odmiany cold wave lat osiemdziesiątych w wykonaniu Molly Nilsson nie ma sobie równych, a to głównie dzięki wyobraźni twórczej ukierunkowanej w stronę niemożliwych wręcz stylistycznych fuzji. Zenith to „cold fusion” w najczystszej postaci! W otwierającym album utworze „The Only Planet” pojawiają się chociażby nawiązania do stylistyki… Reggae. Co więcej – powracają one jeszcze w kilku kolejnych odsłonach tej wspaniałej płyty.

Molly Nilsson (źródło: Facebook / fot. Chris Filippini)
Molly Nilsson (źródło: Facebook / fot. Chris Filippini)

Tradycją powołaną przez Molly Nilsson jest także łączenie instrumentarium elektronicznego z akustycznym – beat i synth towarzyszą na jej płytach brzmieniom, między innymi, akustycznej gitary i cymbałów. Podobnie, lecz chyba najbardziej jak dotąd wyraziście, fuzję tę słychać na najnowszy krążku – co sprawia, że obcujemy z muzyką o nader kameralnym wyrazie, jednak nie pozbawioną zimno falowej zwartości i siły oddziaływania.

Molly Nilsson (źródło: Facebook / fot. Rasa Juskeviciute)
Molly Nilsson (źródło: Facebook / fot. Rasa Juskeviciute)

Zenith nie ma zbędnych momentów, muzycznych „wypełniaczy”. Nawet krótkie (niespełna dwuminutowe) interludia albumu – jak „Titanic” i „Bus 194 (All There Is)” – stanowią swego rodzaju arcydzieła sztuki umieszczania potężnego ładunku emocjonalnego w krańcowo zwartej formie. Jestem zachwycony!

Warto pozwolić, aby jesień dalej rozwijała swe chłodne czary, przede wszystkim po to, aby były one tłem dla tej niezwykłej płyty.

Szymon Gołąb

Album w wersji fizycznej (płyta winylowa i CD) będzie dostępny w sklepach internetowych wytwórni Dark Skies Association, oraz Night School Records.

Molly Nilsson / Dark Skies Association – oficjalna strona / SoundCloud / YouTube

Molly Nilsson – Facebook 

Google Translate

NIENAZWANE PIĘKNO / Tamaryn: Cranekiss

Tamaryn: Cranekiss (LP; Mexican Summer; Stany Zjednoczone; 28 sierpnia 2015)

Tamaryn - Cranekiss (lp; 2015)

Ta płyta jest znakiem tego, co najlepsze w dzisiejszej muzyce. Więcej – potwierdza, że muzyka wciąż jest sztuką mogącą zwyczajnie przynosić radość i wyzwalać dobry nastrój. Cranekiss to album pozbawiony słabych momentów, starannie dopracowany pod względem nastroju i – pomimo spoistości brzmienia – nader różnorodny.

Trzeci w dyskografii Tamaryn długogrający krążek zawiera dziesięć kompozycji, które już od pierwszych tonów otwierającego płytę tytułowego utworu przekonują, że można dziś stworzyć muzykę zdolną poruszyć wyobraźnię podobnie, jak najlepsze dokonania nurtów ethereal i dream pop, jakie przed laty ukazywały się – przede wszystkim – nakładem wytwórni 4AD. Cranekiss w swoich najpiękniejszych momentach przywołuje aurę subtelnego w wyrazie mroku płyt Cocteau Twins, czy Heidi Berry. Nie marzyłem nawet o tym, że usłyszę ponownie tak wspaniałą muzykę! Tę nastrojowość odnaleźć można zwłaszcza w utworach: „Cranekiss”, „Collection”, „Fade Away Slow”, „I Wont Be Find”, oraz zamykającym płytę „Intruder (Waking Up You)”. Przywołanie w nowoczesnej postaci dawnego „klimatu 4AD” (głównie dzięki aranżacjom, eterycznemu wokalowi i charakterystycznym brzmieniom gitar) to byłoby jednak zbyt mało, aby powstała płyta wybitna, a Cranekiss jest – bez wątpienia – albumem wybitnym. Co więc jeszcze o tym decyduje?

Tamaryn (źródło: tamarynmusic.com)
Tamaryn (źródło: tamarynmusic.com)

Tamaryn współpracowała w zeszłym roku (przy okazji realizacji muzycznego krótkiego metrażu „Are You Okay”) z artystami z kręgu Psychic TV i elektronicznej awangardy początku lat osiemdziesiątych. Ta wrażliwość przeniknęła do jej najnowszej płyty pod postacią najbardziej chyba subtelnego mariażu z brzmieniem cold wave, jaki można odnaleźć we współczesnej muzyce. Nie jest łatwo odczytać i opisać szereg magicznych zabiegów, które spowodowały, że oparta na wyrazistej i dość „nierelacyjnej” stylistyce zimna fala (głównie w syntezatorowej odmianie) stanowi istotny żywioł Cranekiss. Tak nieopisanie chłodno i cudownie brzmią utwory: taneczny „Hands All Over Me”, niemal post punkowa ballada „Keep Calling”, oraz nagrany w stylistyce stricte cold wave – najlepszy fragment albumu – „Softcore”.

Wspaniała płyta! Jej tajemnicze, nienazwane jeszcze piękno urzeknie ceniących nagrania: Lydii Ainsworth, Sally Dige, czy Aliny Orlovej.

Szymon Gołąb

Album w wersji fizycznej (CD, płyta winylowa), oraz elektronicznej (mp3) do nabycia w sklepie internetowym wytwórni Mexican Summer.

Tamaryn – oficjalna strona

Tamaryn – Facebook

Tamaryn – Twitter

Google Translate

PRZED PREMIERĄ / Vivien Glass: Jura

Vivien Glass: Jura (LP; Wielka Brytania; 1 października 2015)

Vivien Glass - Jura (lp; 2015)

Choć na tę płytę musimy poczekać do jesieni, to zawartą na niej muzykę można chyba określić jako sedno letniego chilloutu najwyższej jakości. Nowy krążek londyńskiego tria Vivien Glass zawiera wszystko, co przyjemne i łatwo przyswajalne dla ucha: melodyjność, świetny kobiecy wokal, dobrze napisane teksty. Przebojowość tej płyty daleka jest jednak od banału – tym różni się dark pop (gatunek najbliższy dokonaniom Vivien Glass) od pospiesznych masowych produkcji pop-przemysłu stale obecnego w komercyjnych rozgłośniach.

Vivien Glass (źródło: materiały prasowe zespołu)
Vivien Glass (źródło: materiały prasowe zespołu)

Nową płytę Londyńczyków zapowiadał kilka miesięcy temu singiel „Black Magic”. Jest on reprezentatywny dla albumu – zarówno pod względem muzycznym, jak i nastroju wyrażanego przez wideoklip. Posłuchajmy więc i popatrzmy:

Jura będzie drugim lonplay’em w dyskografii Vivien Glass, obok wydanej w 2013 roku płyty „Awake, My Sleeper” – albumu zawierającego chociażby tak znakomite nagrania, jak „Part Machine”. Pod względem tworzonej stylistyki muzycznej zespół jest konsekwentny, podobnie bowiem jak poprzednia płyta, Jura zawiera miksturę nastrojowych ballad (w tej grupie faworyzuję utwory: „Without Sleep”, „Midnight Rainbow”, oraz „Blood Into Gold”) i tanecznych synth popowych kompozycji (zwracają uwagę: najlepszy na płycie utwór „Wolf”, „Taste Youth”, oraz – brzmiący nieco jak nagrania rosyjskiego Brandy Kills – „Winter Wake”).

Vivien Glass na żywo (źródło: materiały prasowe zespołu)
Vivien Glass na żywo (źródło: materiały prasowe zespołu)

Jura zawiera trzynaście kompozycji (przeszło czterdzieści siedem minut muzyki), niewątpliwym zaś atutem albumu jest jego urzekające przestrzennością i dopracowane w szczegółach brzmienie – masteringiem płyty zajął się prawdziwy mistrz konsolety, Mazen Murad, znany chociażby z pracy nad wydawnictwami: Björk, Kasabian, czy The Rolling Stones. Obecnie częstą praktyką, nadużywaną niestety zwłaszcza w Polsce, jest podejmowanie współpracy z „tuzami” realizacji przez zespoły nie mające zbyt wiele do zaprezentowania pod względem muzycznym; w przypadku najnowszego wydawnictwa Vivien Glass oba jednak elementy (pomysłowość muzyków i perfekcja realizacji) doskonale się uzupełniają, tworząc z Jury swoiste arcydzieło porywającej do tańca muzycznej harmonii.

Zdecydowanie warto czekać na tę płytę.

Szymon Gołąb

Trzy utwory z albumu Jura pojawiły się przed premierą w audycji Transmission / Transmisja z ósmego sierpnia 2015, której można aktualnie wysłuchać w archiwum Wave Press (kompozycje: „Black Magic”, „Blood Into Gold” i „Jura” – początek 1 godz. 50 minut trwania programu).

Płyta do nabycia (pre-order) w serwisie iTunes.

Vivien Glass – oficjalna strona

Vivien Glass – Facebook

Vivien Glass – Twitter

Wybrane wideoklipy do utworów z poprzedniej płyty Vivien Glass:

Google Translate

ZIMNA ŻABA / Grand Blanc: Maxi 6 titres

Grand Blanc: Maxi 6 titres (EP; Entreprise; Francja; 15 czerwca 2015)

Grand Blanc - Maxi 6 titres (ep; 2015)

„Człowiek to styl” – jak powiedział Buffon. To samo dotyczy także muzyki, czy – szerzej – wszelkiej sztuki; pozbawiona wyróżnika w postaci stylu byłaby ona najwyżej masowym produktem, do czego dążą chociażby różne korporacje muzyczno – medialne próbujące dopasować muzykę do własnych (i bliżej niesprecyzowanych) „wizji” marketingowych. Efekt? Włączcie jakąkolwiek polską rozgłośnię radiową (nie tylko zresztą polską, o czym już w latach dziewięćdziesiątych pisał Tomasz Beksiński) i posłuchajcie prezentowanej tam muzyki. Cieszy was ona? Naprawdę? W takim razie nie czytajcie tego tekstu. Dobranoc.

Camille (Grand Blanc) - fotografia z cyklu
Camille (Grand Blanc) – fotografia z cyklu „Paris sessions” dla Yves Saint Laurent

Istniejący od 2011 roku paryski kwartet Grand Blanc ma w swojej dyskografii zaledwie trzy albumy formatu EP – i to wszystko, a ile piękna i odkrywczości jest w tej muzyce! Najnowsze wydawnictwo Paryżan zawiera, zgodnie ze swoim tytułem, sześć kompozycji będących zestawieniem dotychczasowego dorobku grupy. Jakie brzmienia proponuje Grand Blanc?

Znajdziemy tu niemal wszystko, co może ekscytować w nowoczesnej muzyce chłodu, cold wave – jednak potraktowane z potężną dawką twórczej inwencji i specyficznie francuskiego (czytać: „artystycznego”) dystansu. Znakomite dialogi wokalne, subtelne kobiece melorecytacje (prym wiedzie ta, która kończy utwór „Degré Zero”), obłędne natchnienie, nuta dekadencji a’la dark cabaret; a wszystko to ujęte w przebogate instrumentarium, w którym styl noise łączy się z zimno falowym automatycznym pulsem perkusji (co najlepiej brzmi w kompozycji „Nord”) i delikatnością bliską „piosence aktorskiej” (bądź odmianie cold wave, jaką – śpiewając po francusku – prezentuje rosyjska grupa le Phonographe). To jednak nie wszystko… Muzycy Grand Blanc doskonale odnajdują się nie tylko w syntezatorowej odmianie zimnej fali, ale także w rytmach wprost tanecznych, synth popowych („Montparnasse”, „Petites frappes”) – i czynią to z naturalnym, oraz niewymuszonym wdziękiem. Dawno nie powstała tak różnorodna, a zarazem spoista nastrojowo płyta. Jestem zachwycony!

Montparnasse - kadr z teledysku (fot. Guillaume Cagniard)
Montparnasse – kadr z teledysku (fot. Guillaume Cagniard)

Czemu „zimna żaba”? O co chodzi? O odrębność francuskiej sceny cold wave (bądź lepiej frogwave) już od kilkudziesięciu lat wyróżniającej się na tle mniej, lub bardziej ujednoliconych dokonań gatunku w innych częściach świata. Sedno chłodu z Francji to awangardyzm, wyrazisty eksperyment i niezrównana umiejętność łączenia tych składników z melodyjnością.

Wspaniała płyta! Faworyzuję utwór „Samedi la nuit”. Za wzniosłość. A votre santé!

Szymon Gołąb

Grand Blanc – Facebook

Grand Blanc – Instagram

Grand Blanc – Twitter

Google Translate - logo

FASCYNACJA CHŁODEM / Sally Dige: Hard to Please

Sally Dige: Hard to Please (LP; Night School Records; Niemcy; 11 maja 2015)

Sally Dige - Hard to Please (lp; 2015)

Kim jest Sally Dige? To niezwykła osobowość artystyczna ukształtowana ze składników kultury Południowej Afryki (z tego rejonu świata pochodzi jej matka, artystka sztuk wizualnych), oraz Europy Zachodniej (jej ojciec jest duńskim farmerem). Jakie to ma konsekwencje dla muzyki tworzonej przez Sally? Nie spodziewajmy się folklorystycznego bajania, czy „multikulturowych” łamańców brzmienia i nastroju… Jej debiutancki longplay to najczystsza ekspresja syntezatorowej muzyki chłodu spod znaku cold / minimal wave, oraz synth / dark pop.

Sally Dige - zdjęcie z wkładki do płyty 7
Sally Dige – zdjęcie z wkładki do płyty 7″ (2012)

Hard To Please jest pierwszym pełnowymiarowym wydawnictwem artystki, której muzyczne doświadczenie sięga roku 2012, kiedy to ukazał się – nakładem znanej wytwórni Fabrika Records – jej debiutancki krążek zatytułowany 7″. Od tego czasu Sally Dige niezmiennie fascynuje słuchaczy minimalistyczną i pełną powabu stylistyką utworów, oraz towarzyszących im aranżacji wizualnych. Widzialność (potraktowana ze smakiem i bez zbędnego epatowania cielesnością) to ważny składnik twórczości tej artystki, podejmującej – w tym zakresie – częstą współpracę z performerami, projektantami, fotografikami, oraz reżyserami z całego niemal świata. Godnym odnotowania talentem do kreacji wizualnych dysponuje również siostra Sally, Johannah Jørgensen.

Sally Dige
Sally Dige

Muzyka na płycie Hard to Please, podobnie jak na poprzednich wydawnictwach Sally Dige, sekunduje jej feerycznym wizjom, a zarazem jest urzekająco zachowawcza. Próżno szukać tu elektronicznych „fajerwerków”, oraz obliczonych na efekt eksperymentów wokalnych i melodycznych. Już otwierająca album tytułowa kompozycja „Hard to Please” zaświadcza, z jaką muzyką będziemy mieli do czynienia – głos Sally jest tu bliski metodzie wokalnej Siouxsie Sioux (co słychać zaś szczególnie wyraźnie we wspaniałym „Immaculate Deception”), a towarzyszące mu syntezatorowe instrumentarium przywołuje aurę klasycznych albumów Depeche Mode. Usłyszymy tu także nastrój nawiązujący do najlepszych dokonań gatunku ethereal spod znaku wczesnych wydawnictw wytwórni 4AD („You Girl”, oraz cudowna wygłosowa ballada – „Dance Of Delusion”). Wszystkie te elementy spaja zaś ogromny potencjał subtelnego piękna i rytmicznej energii. Jestem zachwycony!

Hard to Please to wydawnictwo ważne także z innego powodu; dzięki niemu bowiem Sally Dige ukazała, jak rozwojowym gatunkiem jest obecnie ciemne wcielenie tanecznej elektroniki – dark pop. Artystka uczyniła zdecydowany krok naprzód dla całego tego stylu (i nie ma w tym stwierdzeniu przesady), łącząc piosenkową melodyjność (znaną chociażby z dokonań iamamiwhoami, Aliny Orlovej, czy Darkness Falls) z chłodną ascetyczną ekspresją minimal wave. Pokazała także, że muzyka może nie tylko brzmieć, ale i „wyglądać” – zwłaszcza, kiedy tworzy ją kobiecość odważna, lecz daleka od wulgarnego nachylania tego, co wzniosłe i istotne do nudnych rejestrów „modelingu” i pornografii.

Szymon Gołąb

Album w wersji fizycznej (płyta winylowa i CD) do nabycia w sklepie internetowym Night School Records (pre-order).

Sally Dige – Facebook

Google Translate - logo

SŁOWIAŃSKIE PIĘKNO / Alina Orlova: 88

Alina Orlova: 88 (LP; Снегири-музыка; Litwa; 23 kwietnia 2015)

Alina Orlova - 88 (lp; 2015)

Olśniewająca płyta! Arcydzieło nastroju! Zdecydowanie najlepsze wydawnictwo spośród wszystkich, które ukazały się dotąd w 2015 roku. Najnowszy album Aliny Orlovej, litewskiej wokalistki o polsko – rosyjskich korzeniach, zachwyca wielowymiarowością stylistyczną, połączeniem wokalnej subtelności z instrumentalną wzniosłością, a także reaktywacją – we współczesnym kształcie – nastroju znanego z kompozycji Anny German.

Alina Orlova (fot. Rytis Šeškaitis Photography)
Alina Orlova (fot. Rytis Šeškaitis Photography)

88 jest trzecim longplay’em w dyskografii Aliny Orłowskiej (zrezygnujmy z angielskiej transkrypcji, to niepotrzebnie zwiększa dystans do tej wspaniałej muzyki), obok wydanego w 2008 roku debiutu Laukinis šuo dingo, oraz albumu, który ukazał się dwa lata później – Mutabor. Podobnie, jak poprzednie płyty, 88 to żywioł trójjęzyczny, utwory posiadają teksty po litewsku, rosyjsku i angielsku. W połączeniu z naturalnym wdziękiem tej muzyki, oraz wrażeniem aranżacyjnej lekkości (to „kobieca” muzyka w najczystszej postaci!), 88 stanowi całość nieporównywalną w kontekście niemal wszystkich dokonań współczesnej sceny ethereal / dream pop / dark folk.

Alina Orlova (fot. Rytis Šeškaitis Photography)
Alina Orlova (fot. Rytis Šeškaitis Photography)

We wnętrzu płyty znajdziemy dziesięć kompozycji o znacznej rozpiętości nastrojowej, co jest już cechą zdecydowanie wyróżniającą wszystkie wydawnictwa Aliny Orłowskiej – wokalistki, która z łatwością i wdziękiem potrafi siegać zarówno po rejestry liryczne i balladowe, jak i nowoczesną syntezatorową taneczność. Ta właśnie łatwość i naturalność muzycznych przemian na płycie 88 zachwyca najbardziej. Dark popowy rytm (cudownie zinstrumentalizowany brzmieniem organów utwór „Salome”, oraz stricte taneczny „Good night”) łączy się tu z ciemnym romantyzmem ballad a’la Anna German („Utrom”, „Day” i „Drift”), przy czym podobieństwo metody wokalnej obu artystek – Aliny i Anny – naprawdę zachwyca… Powodując u słuchacza rzadki, w przypadku obcowania ze współczesną muzyką, efekt jednoczesnego odczuwania szczęścia i smutku. To szlachetne doznanie potrafi wyzwolić tylko najczystsze muzyczne piękno. Istotnie, jedynie Anna German potrafiła tak zaśpiewać…

Alina Orlova (fot. Kęstutis Žilionis)
Alina Orlova (fot. Kęstutis Žilionis)

Na podkreślenie zasługuje także całkowity brak w muzycznych kreacjach Aliny Orłowskiej scenicznego blichtru i chybionego, przerysowanego imażu – tak charakterystycznego dziś dla wielu muzyków (również „niezależnych”) na Zachodzie. To naturalne słowiańskie piękno, które urzeka na równi z subtelną i potężną muzyką przez nie powołaną. Oto dymensja serca, głębia odczuwania – przyszłość prawdziwie nowoczesnej sztuki, stworzonej już teraz lekkim gestem głosu i dłoni tej wspaniałej artystki.

Szymon Gołąb

Album do nabycia w serwisach: Wyrgorod (płyta CD), oraz iTunes (wersja elektroniczna).

Alina Orlova – Facebook / Facebook (wersja rosyjskojęzyczna)

Alina Orlova – VKontakte

Fragmentów płyty można wysłuchać po kliknięciu w poniższy obrazek (player VKontakte):

Alina Orlova - 88 (lp; 2015)
Alina Orlova – 88 (kliknij i słuchaj)

Google Translate - logo

KOBIECOŚĆ / Izes: Aż do rana

Izes: Aż do rana (singiel / teledysk; Polska; 4 maja 2015)

Izes - fot. Paweł Klein, Michał Popczyk

Jednym z niewielu rodzimych wydawnictw, na które naprawdę czekam, jest zapowiadany od zeszłego roku nowy album trójmiejskiej – ale pochodzącej z Ciechanowa – wokalistki tworzącej, wraz z zespołem, pod pseudonimem Izes.

Skąd to oczekiwanie? Być może to kwestia tajemnej i niezrozumiałej koincydencji upodobań, bliskiej fascynacji, jaką Tomasz Beksiński obdarzał niegdyś muzykę grupy Big Day. Jest to tym bardziej dziwne, że podobnie jak on, stosuję dość gruby „filtr” wobec polskiej muzyki, uważając ją za bezduszną, przerysowaną i wtórną względem zachodnich wzorców. Więcej – nawet wzorce te nie doczekały się na rodzimym gruncie twórczej interpretacji; wciąż na przykład, pomimo nadaktywnej promocji estetyki gender, nie istnieje w Polsce muzyka wyrażająca ten rodzaj odmienności i powabu (muszę to przyznać, pomimo niechęci z jaką traktuję propagandę gender) na miarę chociażby Lawrence’a Rothmana. Tym bardziej więc warto zwrócić uwagę, iż muzyka Izes to – nie tylko w kontekście dojmujących niedostatków rodzimej sceny – twórczość najwyższej jakości, tak pod względem walorów czysto brzmieniowych, jak i towarzyszącego im imażu.

Izes - kadr z teledysku
Izes – kadr z teledysku „Aż do rana” (fot. Paweł Klein / Michał Popczyk)

Dyskografia Izes to trzy albumy – pochodzący z 2011 roku EP, wydany rok później znakomity longplay Emotional Risk i kolejna epka z roku 2013 I Wanna Hear A Couple Of Hallelujahs. Wszystkie płyty zawierają spoistą nastrojowo i bogatą aranżacyjnie (ciemne brzmienia elektroniczne wzbogacone elementami art rocka i dark jazzu) muzykę z angielskimi tekstami. Muzyka Izes fascynuje głębią i świadomie budowaną tajemniczością swojej aury, jej metoda wokalna zaś to sięganie po różnorodne odcienie ekspresji, od krzyku, aż po szept. Wszystko to sprawia, że wydawnictwa Izes długo pozostają w pamięci słuchaczy, zaś podczas prezentacji radiowej mogą sekundować najlepszym utworom z gatunków: ethereal, darkwave, czy dream / dark pop.

Izes - kadr z teledysku
Izes – kadr z teledysku „Aż do rana” (fot. Paweł Klein / Michał Popczyk)

Podobnie ta niezwykła muzyka brzmi na najnowszym singlu Izes, polskojęzycznym „Aż do rana”. To dobrze, że ta utalentowana wokalistka zaśpiewała tekst w języku ojczystym, słychać bowiem, iż operuje właściwym wyczuciem muzycznej frazy polszczyzny, w której podporządkowane budowaniu nastroju słowa znakomicie współgrają z muzyką, stanowiąc jej dopełnienie i kontrapunkt zarazem. „Aż do rana” porzuca też nieco zbyt wyeksponowany „awangardyzm” wcześniejszych nagrań Izes (zwłaszcza pochodzących z płyty Emotional Risk), nachylając się – jednak w stosownej mierze – ku melodyjnym brzmieniom bliskim nagraniom Miss Li, czy I Break Horses.

Izes - kadr z teledysku
Izes – kadr z teledysku „Aż do rana” (fot. Paweł Klein / Michał Popczyk)

Izes przykłada również znaczną wagę do elementów wizualnych towarzyszących muzyce. Niemal każdy z opublikowanych dotąd w sieci teledysków tej formacji to odrębne i prawdziwe dzieło sztuki, operujące estetyką zbliżoną do wideoklipów szwedzkiej wokalistki iamamiwhoami, rozwiniętą jednak w kierunku bardziej „ciemnych” wizualnych żywiołów – dark cabaret i steampunk. Tę linię artystyczną (poddaną jednak rozwojowej minimalistycznej redukcji) kontynuje także teledysk do utworu „Aż do rana”. Obok tradycyjnie już urzekających kreacji wokalistki na uwagę zasługuje tu właściwe połączenie dynamiki obrazowej i muzycznej, oraz interesujące wprowadzenie abstrakcyjnego planu szczegółowego (motyw „wędrówki dłoni”). Nieodłączne od stylu Izes (i obecne także w najnowszym wideoklipie) jest dozowanie emocjonalnego kontrastu barw i kształtów. W końcowym efekcie poczynionych tu zabiegów, obraz ilustrujący „Aż do rana” hipnotyzuje.

Czekam na więcej nowych utworów Izes. Tę subtelną kobiecą muzykę chłonie się wszystkimi zmysłami.

Szymon Gołąb

Izes – oficjalna strona

Izes – SoundCloud / Bandcamp / Facebook / Twitter

Google Translate - logo

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: