PRZED FINISAŻEM / Dominika Daszewska – wystawa prac w Hotelu Welskim

Spotkania z pięknem to najcenniejsze chwile codzienności. Warto je zapamiętywać i doceniać. Asumpt ku temu dał wernisaż drugiej mazurskiej wystawy Dominiki Daszewskiej, który odbył się 26 listopada w Hotelu Welskim na Mazurach (Cibórz, przy drodze łączącej Działdowo i Lidzbark Welski).

Dominika Daszewska (fot. Zygmunt Mężykowski)
Dominika Daszewska (fot. Zygmunt Mężykowski)

Dwutygodniowa wystawa osiągnęła swój półmetek. Zakończy się w sobotę 10 grudnia finisażem, podczas którego odbędzie się licytacja prac warszawskiej artystki (jedną z nich Dominika przeznaczyła na cel charytatywny). Przedświąteczny czas sprzyja tego rodzaju akcjom, zaś okazja do spotkania z pięknem zawsze jest doskonała – przyjmijcie więc moje zaproszenie. Teraz jest zaś odpowiedni moment na wspomnienie aury jaka towarzyszyła otwarciu wystawy.

Sztuka. Na wystawie można obejrzeć kilkanaście obrazów i grafik Dominiki Daszewskiej, których wspólnym żywiołem jest… Wielki zachwyt życiem. W tajemnym pokrewieństwie form i barw (wizje Dominiki współtworzą nurt, który przywraca współczesnemu malarstwu w Polsce metafizyczne znaczenia koloru) zawarta jest nieskrępowana „moc bytowa” – a więc jakość sprawiająca, iż obraz istnieje jako rodzaj suwerennego życia, nie zaś jedynie przedmiot do oglądania o (mniej lub bardziej) estetycznych walorach. czytaj więcej…

Reklamy

SEANS W CZTERY OCZY / „Ostatnia Rodzina”

„Ostatnia Rodzina” (reż. Jan P. Matuszyński; Polska; 123 min; produkcja: Aurum Film; dystrybucja: Kino Świat; premiera: 30 września 2016)

"Ostatnia Rodzina" (fot. Hubert Komerski)
„Ostatnia Rodzina” (fot. Hubert Komerski)

Niewiele już czasu pozostało do dnia, w którym na ekranach kin będzie można zobaczyć długo oczekiwaną „Ostatnią Rodzinę”, swoistą – i pełną wyrazu, choć syntetyczną w formie – sagę warszawskiego okresu rodziny Beksińskich. Czy warto obejrzeć ten film? Zdecydowanie – i nie tylko z ciekawości. „Ostatnia Rodzina” to nowa jakość w polskim kinie, podobnie jak były nią w rodzimym eterze (pozostając nadal niedoścignione jako forma artystyczna i rodzaj ekspresji emocjonalnej), audycje Tomasza Beksińskiego.

"Ostatnia Rodzina" (plakat filmu)
„Ostatnia Rodzina” (plakat filmu)

Czas na przygotowanie widzów do seansu i zarazem kilka refleksji po nim. „Ostatnia Rodzina” to spotkanie „w cztery oczy” z najważniejszymi bohaterami tego obrazu – Zdzisławem i Tomaszem Beksińskimi. Aby wyzbyć się jednostronności ujęcia, Wave Press patrzył na historię ich życia także czterema oczami. Nim więc opowiem wam krótko o filmowym Tomaszu Beksińskim, źrenice malarki Dominiki Daszewskiej (lepiej przygotowane do tego od moich) bacznie przyjrzą się portretowi Zdzisława w tym filmie.

Continue reading „SEANS W CZTERY OCZY / „Ostatnia Rodzina””

OBRAZY // Dominika Daszewska: Twarze i wizje – rozmowa (audio)

Poznajcie Dominikę Daszewską – malarkę, fotografkę, performerkę z warszawskiego Żoliborza. Siła jej wizji, oprócz wielu innych właściwości, ma jedną szczególną – jest celebracją życia i oddaleniem śmierci.

Trudno odnaleźć klucz do wizyjnego nurtu w malarstwie Dominiki Daszewskiej, który powstaje od czasu kiedy artystka ukończyła czternasty rok życia. Sednem tego wyrosłego na gruncie interpretacji surrealizmu twórczego żywiołu (traktowanego przez autorkę często w nader osobistym, niemal intymnym wymiarze) jest portret – w całym niemal uniwersum swoich przekształceń.. Triada oczy-twarz-ręka staje się na płótnach warszawskiej malarki punktem wyjścia dla wyrazu nadal dość rzadkiej w rodzimej sztuce siły obrazowania – tym rzadszej, że prowokacyjnie pozbawionej biegunowości.

Dominika Daszewska - wizytówka
Dominika Daszewska – wizytówka (autoportret)

Podobnie trudno wyznaczyć cezurę powstania wizyjnych prac Dominiki Daszewskiej – pytana o to malarka wskazuje na „nieistnienie czasu” jako składnika tworzenia wciąż przyrastającej liczby obrazów. Próby doszukiwania się kluczy w inspiracjach i wykształceniu (solidnym) również skazane są na niepowodzenie. Czy więc do tych wizji można się w jakikolwiek sposób zbliżyć? Odpowiedzieć na wyraźnie zawarte w nich zaproszenie?

Dominika Daszewska – „rys16”

Czytaj więcej…

OBRAZY // Monika Kłobucka: Architektura czerni i bieli

Kontrast czerni i bieli,  podobnie jak brutalizm, to architektoniczny odpowiednik zimnej fali. Oba fenomeny pojawią się na okładkach płyt, w teledyskach, są tematami didżejskich wizualizacji. Skąd ta wrażliwość? Najlepiej zapytać architektkę (ale nie tylko). Poznajcie Monikę Kłobucką. 

Co tworzysz? Czego się uczysz i jakiej muzyki słuchasz?

Studiuję aktualnie architekturę i taki stan nie zmieni się przez kilka lat. Twórczość to bardzo rozległe słowo, więc na wstępie powiem tylko, że poza pracami wykonywanymi na studiach param się rysunkiem. Taki stan rzeczy trwa jakoś od połowy liceum, kiedy to zaczęłam uczęszczać na zajęcia rysunku do pracowni plastycznej Pani Bral. W swoim zbiorze rysunków gromadzę różne tematy i różne techniki; od rysunku ołówkiem, przez węgiel, sepię, tusz, po malarskie i graficzne prace. Staram się rysować rzeczy, które – mówiąc najogólniej” – wpadną mi w oko”. Tematem, do którego najczęściej powracam jest oczywiście architektura, nie stronię jednak od człowieka; chociażby pod postacią różnych portretów. Przedmioty codziennego użytku, takie jak; czajniczki, sztućce, puszki itp. rysowane w nurcie hiperrealizmu również cieszą się u mnie powodzeniem. Zdarza mi się malować martwą naturę, chociaż w malarstwie nie odnajduję satysfakcji tak dużej jak w rysunku, ostatnimi czasy szczególnie – w rysunku czysto graficznym.

Monika Kłobucka
Monika Kłobucka

Wracając jednak do tematu studiów… Architektura to bardzo rozległa dziedzina. Uczymy się nie tylko wszystkich norm, zasad i wytycznych do projektowania. Taki kierunek studiów przygotowuje nas przede wszystkim do bycia i myślenia jak architekt. Jako przyszli architekci musimy mieć wyrobiony pewien smak, poczucie estetyki i świadomość kształtowania przestrzeni. Każdy z nas musi wyrobić sobie pewien gust i osobowość, w tym przypadku architektoniczną. Ciężko mi dziś powiedzieć, jak będzie wyglądał mój, jednakże biorąc pod uwagę własne preferencje kolorystyczne, mogę snuć już jakieś przypuszczenia…

Monika Kłobucka - Kot
Monika Kłobucka – Kot

Jeśli chodzi o muzykę, której słucham to tutaj jest tego całkiem sporo. Zacznijmy od tego, że nie słucham jednego rodzaju muzyki, rzadko też potrafię odtworzyć w pamięci jakąś płytę konkretnego zespołu. Można więc powiedzieć, że przy wyborze kawałka kieruję się bardziej czystym subiektywizmem, aniżeli faktem, że to utwór takiego, lub innego zespołu. Najczęściej zdarza mi się słuchać muzyki raczej ciężkiej, chociaż wszystko uzależnione jest od nastroju. Jeśli miałabym jednak wrzucić jakieś hasła to z pewnością byłyby to: Jacek Kaczmarski, Marilyn Manson, Shannon, Linkin Park, Imagine Dragons, Indila… szanty…i tego typu historie.

Czym jest „architektura czerni i bieli”?

Abstrakcyjna architektura czerni i bieli to architektura kontrastu. Tego typu architektura przyciąga wzrok, bo kontrasty są tym, co ludzkie oko wychwytuje najszybciej. Jednakże, jest to także architektura, którą ciężko wkomponować w jakieś większe założenia. Być może jest to dobra architektura dla wnętrz? Surowe, monochromatyczne wnętrza co jakiś czas powracają do mody. Jakkolwiek by o niej nie mówić, jest architekturą trudną do zastosowania. Nieumiejętnie użyta może spotkać się ze sporą dezaprobatą. Czerń i biel, kontrast, cienie i światła, to wszystko są elementy, które dla mnie osobiście mają ogromne znaczenie. Uważam, że taka architektura mogłaby pełnić funkcję „perełki”, jakiegoś niewielkiego elementu założenia, który uświetnia całość.

Monika Kłobucka - Śmierć przed TV
Monika Kłobucka – Śmierć przed TV

Podobno lubisz poezję… Jaką? Inspirujesz się wierszami?

Myślę, że od najmłodszych lat ciągnie mnie w stronę poezji. Nie ukrywam, że w przeszłości byłam przekonana, że swoją przyszłość będę wiązała przede wszystkim z aktorstwem. Dzisiaj oczywiście sprawy mają się zupełnie inaczej, ale zawsze z chęcią wracam do poezji i recytatorstwa. Przygoda z tym drugim zaczęła się już w drugiej klasie szkoły podstawowej. W poezji tkwi jakaś magia, ale co dla mnie było najważniejsze – tkwi w niej kontrast. Moją ulubioną poetką jest oczywiście Wisława Szymborska – poetka niebanalna, kontrastowa, niekiedy bardzo cyniczna.

Monika Kłobucka - Tik tak
Monika Kłobucka – Tik tak

Nie sięgam po poezję przepełnioną miłością czy szczęściem, szukam z reguły poezji cynicznej, pokazującej coś w prawdziwym, brutalnym świetle, poezji mocno skontrastowanej – która piękno stawia z brzydotą pod jedną ścianą. Moim ulubionym wierszem będzie więc „Nienawiść” Wisławy, wiersz do którego powracam bardzo często i który niejednokrotnie przedstawiałam na konkursach recytatorskich. Myślę, że ciężko nie inspirować się poezją – zawsze pozostawia ona swój odcisk na naszym charakterze. Każdy, kto chociaż raz się w niej zagłębi, mimowolnie będzie się do niej odnosić. Być może nie będzie to analiza i interpretacja, to raczej nie ten typ inspiracji. Myślę, że będzie to próba odtworzenia pewnych doznań, odczuć i wrażeń, które z tej poezji wynikają. Fakt, że przyciągała mnie zawsze poezja kontrastu, według mnie w żadnym wypadku nie jest przypadkowy. Można by więc powiedzieć, że jestem tym, co czytam.

…w takim razie zapytam o poetyckie znaczenie kontrastu…

Poetyckie znaczenie kontrastu – brzmi trochę jak pytanie-pułapka na maturze. Wydaje mi się, że kontrast w poezji ma kilka wymiarów. Przede wszystkim słowny – zestawienie piękna z brzydotą, wykwintności z prostactwem. Jednak dla mnie, jako amatorki recytacji, będzie to zmiana tonu i barwy głosu. Kiedy myślę o przykładzie kontrastu rozumianego w ten sposób w głowie świtają mi ulubione linijki wiersza, o którym już wspominałam, a brzmią one tak:

„Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.”

Architektura i muzyka to naczynia połączone. W jaki sposób?

Muzyka to pewien ciąg następujących po sobie akcentów; gdzieś pojawia się jakaś dominanta, wszystko ma swój rytm i ciąg. Podobnie jest z architekturą – jednomelodyjna architektura byłaby z pewnością nudna, dlatego też architekt, tak jak kompozytor musi zestawiać ze sobą poszczególne elementy architektoniczne w taki sposób, by tworzyć architekturę przyjemną dla oka. Wiemy, że im bardziej zróżnicowana, szczególnie subtelnie, linia melodyczna, tym bardziej utwór „wpada nam w ucho”.

Monika Kłobucka - Kanapka z człowieka
Monika Kłobucka – Kanapka z człowieka

Tak samo jest z architekturą; staramy się tworzyć architekturę płynną, zróżnicowaną ale nie krzykliwą. Architekturę, która ma swój porządek, tak jak utwór muzyczny rytm. Gdzieś wplatamy dominanty, gdzieś zmieniamy tempo i rytm, by zaciekawić, zadziwić lub po prostu przykuć uwagę oglądającego. Myślę, że szczególnie z elewacji budynków można czytać jak z nut. Dział badania muzyki i jej wpływu na architekturę jest przeogromny i ciekawy. Myślę, że umiejętność gry na jakimś instrumencie jest dla architekta jak najbardziej zdolnością działającą na plus – im bardziej wszechstronny jest architekt, tym lepszą architekturę tworzy.

Muzycy nurtów cold wave / post punk często inspirują się „brutalizmem”. Co to jest?

Brutalizm jest nurtem architektury doby późnego modernizmu. Dla brutalistów najważniejsza była konstrukcja i przestrzeń oraz właściwości materiałów, których używali. Mówi się o nich, że z architektury abstrakcji przeszli na ekspresję. Z brutalizmem ściśle powiązany jest także minimalizm. Nie da się ukryć, że był on jednym z najbardziej nielubianych i niezrozumianych nurtów w architekturze. Twarde, surowe kształty, nieregularność, etyka ponad estetyką to wyznaczniki brutalizmu. W brutalizmie nie można udawać, że masy zbrojonego betonu to coś więcej niż tylko materiał konstrukcyjny. Dlatego też brutalistyczne budowle pozbawione są jakiegokolwiek wykończenia, a z bliska można dostrzec teksturę drewna używanego do szalunków odciśniętego na surowym betonie.”

Monika Kłobucka - Image
Monika Kłobucka – Image

Brutalizm był nurtem, który zakładał pewną utopijną wizję społeczeństwa – takiego, w którym estetyka nie byłaby ponad etyką. Krytykuje się go za niedostosowane do ludzkiej skali i zapotrzebowań wizualnych człowieka. Mówi się, że architektura brutalizmu jest przytłaczająca, a z surowym betonem niezbyt dobrze obchodzi się czas. To tyle jeśli chodzi o takie klasyczne wytyczne.

Spróbuję jednak odnieść się do tego nurtu według własnego widzimisię. Uważam, że gust jest rzeczą względną i w związku z tym ciężko powiedzieć, czy to, co dzisiaj uważamy, za klasyczny przykład brzydoty, za jakiś czas nie będzie przykładem dobrej architektury. Nurt brutalizmu został niezrozumiany, być może faktycznie był on niezbyt ludzki. Nie ulega jednak wątpliwości, że był nurtem kontrastu. Uważam, że wiele jego założeń zostało niedocenionych. Warto wspomnieć, że nawet Le Corbusier w ujęciu materiałów po części również był brutalistą. Żaden nurt w architekturze nie jest przypadkowy – stanowi wynik analizy i rozmyśleń jakiejś grupy architektów, dlatego też warto czerpać z brutalizmu, nawet jeśli w całości jako nurt cieszy się złą sławą.

Jakieś plany? Jakaś przyszłość?

Plany na przyszłość są dość proste – projektować. Gdzie i co? Ciężko mi jeszcze powiedzieć. Zależy mi również na tym, żeby chociaż w niewielkim stopniu zajmować się w przyszłości poezją. Być może gdy uda mi się zagospodarować trochę więcej czasu przyłączę się do jakiegoś teatru amatorów. Wszystko jeszcze przede mną!

Rozmawiał: Szymon Gołąb

Za możliwość spotkania z Moniką Kłobucką dziękuję Januszowi Dębskiemu (Galeria „13”, Mława) oraz Zygmuntowi Mężykowskiemu (Miejsko – Gminny Ośrodek Kultury w Lidzbarku).

Wybrane prace artystki (grafika, wizualizacja, malarstwo) można obejrzeć poniżej.

80’s AGAIN! / Mariusz Koryciński: rozmowa

80’s Again! (ogólnopolska konferencja naukowa; Pałac Kazimierzowski, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28, Warszawa; 8-9 marca 2016)

80's Again - logo 1

Wytwórnia muzyczna 80’s Ladies Records, film „Kung Fury”, impreza „Synths Of 80’s”… Na pewno kojarzycie te fenomeny. Fascynacja stylem lat osiemdziesiątych wykracza jednak już poza internet, kluby i sale kinowe. Na początku marca odbędzie się w Warszawie… Konferencja naukowa dedykowana estetyce a’la „ejstis”.

Rozpiętość tematyczna tego dwudniowego wydarzenia (8-9 marca) obejmie różne dziedziny sztuki i rzeczywistości – co oznacza, że „80’s Again!” jest chyba najważniejszym (jak dotąd) pomysłem na przybliżenie szerokiemu gronu polskich odbiorców niezwykłego świata sztuki lat osiemdziesiątych. Zapraszam do lektury obszernego wywiadu z Mariuszem Korycińskim – jednym z organizatorów konferencji.  

„80’s Again!” Skąd pomysł? Kto jest organizatorem?

Jestem miłośnikiem wszystkiego, co związane z latami osiemdziesiątymi, pomyślałem więc, że fajnie byłoby zorganizować konferencję związaną z czymś, co się lubi. Lubię jednak wiele rzeczy, które raczej nie nadawałyby się do konferencyjnych rozważań… więc zdecydowałem się na tę tematykę dlatego, że lata osiemdziesiąte cieszą się sporą popularnością. Powstają przecież filmy inspirowane ówczesną poetyką – jak Gość Wingarda, Dziewczyny śmierci Straussa-Schulsona; internauci zakładają strony i profile poświęcone tamtemu okresowi, jak 80s music/movie Rewind czy The 80’s Guy.

Konferencję da się przygotować samemu, choć to cholernie trudne. Dlatego poprosiłem o pomoc osoby, z którymi już wcześniej współpracowałem. Założyliśmy Klub Filmowy im. Jolanty Słobodzian, do którego należą: Aneta Jabłońska – badająca twórczość Witkacego i Gombrowicza; Ada Brenda-Mańkowska – zajmująca się paradokumentami, Paweł Jaskulski – twórczością Nasfetera i Barańskiego, Maja Garlińska – asertywnością w XIX wieku i Anna Kowalczyk – literaturą drugiej połowy XIX wieku. Pomagają nam też Robert Zybrant – rysownik fotorealista i Karol Gorec – poeta. Z autorem oprawy graficznej konferencji Stefanem Roniszem robię wspólnie krótkie filmy. Jak widać, są to osoby o różnych zainteresowaniach, więc o nudzie nie może być mowy.

80's Again! - plakat 1
80’s Again! (plakat wydarzenia / projekt: Stefan Ronisz / źródło: materiały organizatora)

A o samej Słobodzian dowiedziałem się przypadkowo, rozmawiając z Renatą Lis, autorką książki Ręka Flauberta. Wywiad poszedł w „Odrze”; jest też dostępny w internecie. Pani Renata zapytała mnie, czy słyszałem o Jolancie Słobodzian, a ja nic – pokiwałem głową, że niby znam, bo było mi głupio przyznać się do niewiedzy. Później pobiegłem do biblioteki. Okazało się, że pani Jola była temperamentną osobą, a właściwie, że były dwie, a może nawet trzy panie Jolanty. Ze wspomnień osób z nią związanych wynikało, że jedna Jolka pomagała młodym znaleźć własną drogę w życiu, druga Jolka urabiała innych na swoją modłę itd. Pomyślałem: zaraz, zaraz, czym ona się właściwie zajmowała? Ach, no tak, pokazywała filmy w dekaefie. (śmiech) Bez względu na kontrowersje, jakie wokół niej narosły, pewne jest, że miała pasję, czegoś jej się chciało. To jest zawsze godne i naśladowania, i przypomnienia.

Jakich obszarów tematycznych będzie dotyczyła konferencja?

Stworzyliśmy kilka bloków poświęconych kinu, literaturze, muzyce, grom, dziedzictwu lat osiemdziesiątych oraz temu, co się wtedy działo w Polsce. Otrzymaliśmy bardzo dużo zgłoszeń, wiele spośród nich musieliśmy odrzucić. Nie dlatego, że były słabe, tylko po to, by stworzyć spójne panele dyskusyjne. Całość powinna bowiem tworzyć – uwaga, uwaga, modne słowo – narrację. Fasada budynku może do nas coś mówić, obraz może coś mówić, no i konferencja podobnie. Co mam na myśli?

Organizując tego typu wydarzenia, zazwyczaj stajemy przed wyborem: albo zapraszamy konkretnych badaczy, którzy przedstawią określone, częściowo zasugerowane przez nas zagadnienia, albo otwieramy się na ich zainteresowania. Te strategie można zresztą łączyć, czego nie wykluczamy podczas pracy nad tomem pokonferencyjnym. W każdym razie do tej pory realizowaliśmy tę drugą opcję. Rzuciliśmy hasło „80’s Again!” i czekaliśmy na reakcje. Dlatego nasza konferencja jest w jakimś stopniu odzwierciedleniem tego, co może pociągać w latach osiemdziesiątych. Oczywiście nie wszystkich, tylko tych – jak już mówiłem – którzy zajmują się tamtym czasem. Można nawet powiedzieć, że badamy fetysze naukowców (śmiech). A mówiąc poważnie: warto pamiętać, że w Polsce jest organizowanych wiele konferencji, tematycznie w jakimś stopniu pokrywających się z naszą. Są sesje naukowe o grozie, komiksie, Jamesie Bondzie, zombie, popkulturze. To wspaniałe inicjatywy, np. Tricksterów z Wrocławia czy Facta Ficta z Katowic.

Czy można już zdradzić kilka tytułów wystąpień? Ilu prelegentów zabierze głos? Kogo przeważnie usłyszymy: studentów, pracowników naukowych czy może dziennikarzy, blogerów i artystów?

W konferencji weźmie udział ponad czterdzieści osób: studentów, doktorów. Postanowiliśmy jednak nie podawać ich stopni i tytułów naukowych, by nie stwarzać sytuacji, w której ktoś poczuje się gorszy, dlatego że jest „stopień niżej” od kogoś innego. Lub pomyśli, że skoro mówi do niego doktor, to pewnie ma rację… A ma rację, bo jest doktorem. To błędne koło. Przy czym nie twierdzę wcale, że tak właśnie pomyślą uczestnicy naszej konferencji. Po prostu uważam, że argumenty poszczególnych osób powinny przemawiać same za siebie. Chcemy, żeby podczas naszego spotkania wszyscy czuli się świetnie, nie martwiąc się o literki przed nazwiskiem.

Część uczestników łączy studiowanie z działalnością w fundacjach, stowarzyszeniach, muzeach, kinach. Część wydaje książki, prowadzi blogi, strony internetowe. Plan konferencji, z dokładnym wyszczególnieniem tematów wystąpień, jest oczywiście dostępny na facebookowym profilu Klubu Słobodzian. Wszyscy, którzy chcą posłuchać naszych uczestników i z nimi porozmawiać, są mile widziani. Nie ma żadnych biletów, wcześniejsza rejestracja nie jest wymagana.

Przewidujecie jakieś wydarzenia towarzyszące konferencji? Z tego, co zauważyłem, imprezy muzyczne (i nie tylko) w stylu lat osiemdziesiątych biją w Polsce rekordy popularności – od Szczecina („Synths of 80’s”) aż po Kraków („Unknown Pleasures”)…

Moim marzeniem było zorganizowanie seansu w kinie Kultura, niedaleko UW, i wyświetlenie np. Morderczych klownów z kosmosu. Wyobrażasz to sobie? W świątyni „wysokiego” kina „taki” film? Mogłoby być jak w Krwiożerczej roślinie Franka Oza – na ekranie zamyślona Kulesza z Idy, a przez ekran przebija się wielki, kolorowy klaun. Albo podwójny seans nocnego kina, o którym będę zresztą mówił podczas konferencji: najpierw Ucieczka w noc Landisa, a później Po godzinach Scorsese.

Jednak, jak zwykle, problemem są pieniądze. Pobieramy od referentów minimalną chyba stawkę, z której większość pieniędzy zostanie przeznaczone na tom pokonferencyjny. Chcemy udostępnić go za darmo w internecie, żeby każdy mógł się z nim zapoznać. Nie zależy nam na wyprodukowaniu kolejnego stosu makulatury – i nie użalam się tu wcale nad drzewkami. Czy wiesz, że na jednym z uniwersytetów jest taki pokój, w którym zalegają różne czasopisma naukowe? Uchylę rąbka tajemnicy: nie chodzi o bibliotekę. (śmiech) W tym pokoju są numery, których nikt nie kupił, których nie potrafiono sprzedać oraz takie, które powstały jedynie po to, aby ktoś opublikował w nich swój tekst i miał z tego jakieś profity. To jest normalnie archiwum jak z Indiany Jonesa. Co kwartał podjeżdża ciężarówka z drukarni i fru, cała jej zawartość trafia do tego pokoju. Bezsens, bo przecież w nauce nie o to chodzi.

Ale wracając do problemu pieniędzy – mamy minimalny budżet, zapewniony przez Wydział Polonistyki oraz Instytut Polonistyki Stosowanej. Jesteśmy bardzo wdzięczni za tę pomoc, ona jest dla nas podstawą działania. Znam przypadki, w których organizowano wydarzenia za duże pieniądze: zaczynały się kłótnie, organizatorzy podlegali jakimś wpływom, musieli iść na kompromisy. Nas nikt nie naciska, jesteśmy niezależni. Minusem jest brak imprez towarzyszących, jednak nie wykluczamy, że pojawią się one przy okazji innych inicjatyw. Kolejna już w maju – tym razem konferencja poświęcona Nolanowi. Do kwietnia czekamy na zgłoszenia, serdecznie zapraszam.

Czy tylko neonowa grafika i syntezatory?… Najogólniej – na przykładzie muzyki i filmu – czym wyróżnia się styl 80’s?

Neony i syntezatory rzeczywiście są częścią stylu lat 80. Zależało mi na tym, by możliwie jak najszerzej odwołać się do tej właśnie poetyki – zarówno jeśli chodzi o logotyp koła, jak i oprawę graficzną konferencji. A jednocześnie pragnąłem przywołać konkretne projekty. Dla przykładu: zarówno nazwa, jak i plakat konferencji nawiązują do filmu 18 Again! Paula Flaherty’ego z 1988 roku oraz do promującego go plakatu. Komedia Flaherty’ego opowiada o zamianie ciał: dziadek wciela się w swojego wnuka i na odwrót. To dobrze obrazuje nieco paradoksalną sytuację naszej konferencji – dla części uczestników będzie ona powrotem do dzieciństwa, dla innych – wychowanych w latach 90. – wchodzeniem w buty, które nie dla nich zostały uszyte. Mamy nawet hasło promocyjne – „Z taką konferencją… po co ci wehikuł czasu?”, które też odwołuje się do tagline’u popularnej komedii z lat osiemdziesiątych, nie zdradzę jednak, jakiej.

18 Again! - plakat
18 Again! (plakat filmu / źródło: moviepostershop.com)

Logo Klubu Słobodzian omawiałem ze Stefanem bardzo długo, bo chciałem, żeby wyglądało jak warszawski neon. A chciałem, żeby wyglądało jak warszawski neon, bo zarówno Słobodzian, jak i klub jej imienia związane są ze stolicą. Stąd właśnie pomysł, by przywołać neon biblioteki przy Grójeckiej, który z kolei nawiązuje do stołecznej syrenki. Stefan wykonał świetną robotę. Swoją drogą – w Warszawie jest dużo wspaniałych neonów, zarówno tych starszych – jak siatkarka czy Orbisowy globus, jak i tych nowszych – jak instalacja „WARszawa”, zaprojektowana przez kolektyw Senna.

Mieliśmy w planach także nakręcenie trailera konferencji – znudzeni nastolatkowie wyciągają z szaf swoich rodziców ubrania, winyle i robią imprezę w stylu lat osiemdziesiątych – a wszystko to podlane muzyką z syntezatorów, może nawet z dodatkiem „przepalonego” głosu narratora, jak ze starych amerykańskich zwiastunów.

Po tej dłuższej dygresji spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Uwielbiam filmy i muzykę z lat osiemdziesiątych za ich klimat. Czym jest klimat? O, zdefiniować go to jest dopiero zadanie! Najogólniej rzecz ujmując: sądzę, że klimat mogą mieć takie filmy lub piosenki, których poetyka czymś się wyróżnia. Może wzbudzać w nas tęsknotę za czymś utraconym, minionym lub wymarzonym; może być udziwniona, nierealistyczna, straszna.

W wypadku filmów z lat osiemdziesiątych kolory są pastelowe – niczym w restauracjach po rewolucji Magdy Gessler (śmiech), muzyka – elektroniczna; w mokrych ulicach odbija się światło neonów, a w powietrzu unosi się dym, zacierający ostrość konturów. Typowe produkcje z tamtych czasów kojarzą się z twórczością amerykańskich hiperrealistów, malujących wielkie miasta nocą – co robi choćby Robert Gniewek – lub przeciwnie, bulwary skąpane w słońcu, co jest domeną m.in. Richarda Estesa. Ich obrazy są jak pocztówki z wakacji – czasu, w którym odpoczywasz, bawisz się i po prostu dobrze się czujesz. Wzbudzają więc chyba uczucia sentymentalnopodobne (śmiech).

Robert Gniewek - Munson Diner #3
Robert Gniewek – Munson Diner #3 (1997 / źródło: theguardian.com)

Muzyka elektroniczna z kolei zawsze kojarzyła mi się z przestrzenią. Często artyści tego nurtu sięgali po dyskotekowe brzmienia (bądź też je współtworzyli), ale przecież także eksperymentowali. Wystarczy pomyśleć o OMD – nagrywanie hitów, takich jak Enola Gay czy So in Love, nie przeszkadzało im przy okazji Dazzle Ships testować zdobyczy samplingu. Zresztą twórcy sięgający po elektronikę nie rezygnowali automatycznie z muzyki symfonicznej, rocka czy jazzu, przeciwnie – tworzyli z tych elementów spójną całość. Tak było w wypadku grupy Goblin, Vangelisa, Giorgio Morodera czy Pino Donaggia. Jednym z moich ulubionych przykładów muzyki elektronicznej jest soundtrack do Zagadki nieśmiertelności Tony’ego Scotta – co ciekawe, większość tego, co słyszymy w filmie, nie jest dziełem „oficjalnych” kompozytorów ścieżki dźwiękowej, tylko inżyniera dźwięku – Davida Lawsona. Świetny czas miał wtedy James Horner, choć wiem, że wiele osób uważa inaczej. Bardzo cenię jego muzykę do Imienia róży, Czerwonej gorączki, Komando, Wibracji, Tam, gdzie rzeka jest czarna. Niektóre z tych kompozycji są na granicy jazzu i elektroniki, opierają się na powtarzalności pewnych motywów, mogącej wprowadzić słuchacza niemalże w trans.

Dalej niezbędne ogólniki – jaki ton dominował w sztuce lat osiemdziesiątych, czy był to bunt, czy może raczej rodzaj eudajmonizmu?

Jerzy Płażewski, który pisał o Kinie Nowej Przygody, powiedział wprost – filmy Spielberga, Lucasa, Zemeckisa i im podobnych są eskapistyczne. Ale dla mnie to arbitralne, nic niewarte stwierdzenie. Czy kino, szerzej sztuka, musi się buntować? Czy musi pokazywać świat dookoła nas? Jasne że nie, kino może wszystko – w tym pokazywać siebie. Zresztą wiele osób polemizowało z Płażewskim, twierdząc, że kino, które czyni bohaterami wilkołaki, zombie czy wampiry może być metafizyczne, bo odpowiada naszym ukrytym pragnieniom.

Z muzyką jest podobnie – królował pop, chwytliwe melodie. Wiele osób odrzuca ówczesną muzykę głównego nurtu, ja mam inne zdanie. Uważam, że jest wielką sztuką skomponować wpadające w ucho melodie. Kto sądzi inaczej, niech włączy jakieś polskie radio, Bzdet czy jak mu tam… Bingo, Bingo Beaty Kozidrak to jakiś koszmar. Mówi się też, że na lata osiemdziesiąte przypada spadek formy Davida Bowiego. Koleś komponował wtedy piękne utwory, zwłaszcza do filmów Absolutni debiutanci, Labiryntu i A gdy zawieje wiatr, a ci gadają: nie, nie, zbyt komercyjne, wolimy Johna Cage’a i jego cztery minuty ciszy! Nawet ja potrafię to zagrać.

Kino i muzyka tamtych lat dawały ludziom szczęście, bawiły. Wielu osobom to przeszkadza. Oni uważają, że sztuka powinna być poważna. A już najlepiej, żeby była nudna. Kładziesz się do łóżka, a tam cierpiąca Hannah Arendt. Otwierasz lodówkę, a tam zasmucona Ida. Idziesz się powiesić – a tam już ktoś wisi. (śmiech) Tymczasem dla mnie podstawą sztuki jest zawsze doskonałość formalna – czy film jest dobrze nakręcony? Czy piosenka jest dobrze wyprodukowana? Reszta jest kwestią gustu. Lata osiemdziesiąte dostarczają bardzo wielu przykładów ogromnej pomysłowości i pracowitości artystów.

Jeszcze jedna uwaga dotycząca kina – reżyserzy w tamtym czasie inspirowali się klasycznym Hollywood, sięgali także po wzgardzone przez wielu horrory z lat 50. Stąd często mówi się o nurcie retro itd. Moim zdaniem ich dokonania są przede wszystkim przykładem na ciągłość sztuki, doskonalenie się w oparciu o wybraną tradycję.

Wciąż jednak mówię o kinie i muzyce, a przecież ciekawe rzeczy działy się też np. w malarstwie. Jean-Michel Basquiat tworzył graffiti, popularnością cieszył się neoekspresjonizm.

Na koniec: jakich polskich artystów cenisz jako kontynuatorów „ejtisowego” klimatu? Nie ukrywam, że najbardziej interesuje mnie muzyka…

Ostatnio słuchałem płyty Starships Nightrun87, jest rewelacyjna, od razu pojawiły się w mojej głowie pomysły na teledyski. Zwróciłem też uwagę na okładkę, bo dziewczyna na niej wygląda identycznie jak moja koleżanka z liceum. Zabawiłem się nawet w detektywa, okazało się jednak, że to nie ona. Przy okazji powiem, jakich polskich ejtisowych artystów cenię – Andrzeja Korzyńskiego: solo i z Arp Life, Bohdana Mazurka, Władysława Komendarka. Choć trzeba pamiętać, że byli aktywni także wcześniej i później.

Wracając do pytania, pozwól, że dodam jeszcze zagraniczniaków. Chyba nikogo nie zaskoczę: Perturbator, Disasterpeace, Mike Simonetti, duet Gatekeeper. Często ci artyści – zwłaszcza Perturbator, ale nie tylko – odwołują się, choćby w tytułach swoich utworów, do klasyków muzyki elektronicznej: Goblina, Vangelisa, Johna Carpentera.

Jeśli przypomnimy sobie, że także Goblin czy Vangelis odwoływali się do określonych wzorców, to otrzymamy system luster ustawionych naprzeciwko siebie, odbijających siebie nawzajem. Ja się czuję w takiej poetyce – i w takich strategiach artystycznych – jak u siebie w domu. Bo ja się czuję w latach osiemdziesiątych jak u siebie w domu. W zasadzie mógłbym przenieść się do lat osiemdziesiątych i tam zamieszkać.

Rozmawiał: Szymon Gołąb

80’s Again! – Facebook / wydarzenie

Blog na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: