PRZED FINISAŻEM / Dominika Daszewska – wystawa prac w Hotelu Welskim

Spotkania z pięknem to najcenniejsze chwile codzienności. Warto je zapamiętywać i doceniać. Asumpt ku temu dał wernisaż drugiej mazurskiej wystawy Dominiki Daszewskiej, który odbył się 26 listopada w Hotelu Welskim na Mazurach (Cibórz, przy drodze łączącej Działdowo i Lidzbark Welski).

Dominika Daszewska (fot. Zygmunt Mężykowski)
Dominika Daszewska (fot. Zygmunt Mężykowski)

Dwutygodniowa wystawa osiągnęła swój półmetek. Zakończy się w sobotę 10 grudnia finisażem, podczas którego odbędzie się licytacja prac warszawskiej artystki (jedną z nich Dominika przeznaczyła na cel charytatywny). Przedświąteczny czas sprzyja tego rodzaju akcjom, zaś okazja do spotkania z pięknem zawsze jest doskonała – przyjmijcie więc moje zaproszenie. Teraz jest zaś odpowiedni moment na wspomnienie aury jaka towarzyszyła otwarciu wystawy.

Sztuka. Na wystawie można obejrzeć kilkanaście obrazów i grafik Dominiki Daszewskiej, których wspólnym żywiołem jest… Wielki zachwyt życiem. W tajemnym pokrewieństwie form i barw (wizje Dominiki współtworzą nurt, który przywraca współczesnemu malarstwu w Polsce metafizyczne znaczenia koloru) zawarta jest nieskrępowana „moc bytowa” – a więc jakość sprawiająca, iż obraz istnieje jako rodzaj suwerennego życia, nie zaś jedynie przedmiot do oglądania o (mniej lub bardziej) estetycznych walorach. czytaj więcej…

SEANS W CZTERY OCZY / „Ostatnia Rodzina”

„Ostatnia Rodzina” (reż. Jan P. Matuszyński; Polska; 123 min; produkcja: Aurum Film; dystrybucja: Kino Świat; premiera: 30 września 2016)

"Ostatnia Rodzina" (fot. Hubert Komerski)
„Ostatnia Rodzina” (fot. Hubert Komerski)

Niewiele już czasu pozostało do dnia, w którym na ekranach kin będzie można zobaczyć długo oczekiwaną „Ostatnią Rodzinę”, swoistą – i pełną wyrazu, choć syntetyczną w formie – sagę warszawskiego okresu rodziny Beksińskich. Czy warto obejrzeć ten film? Zdecydowanie – i nie tylko z ciekawości. „Ostatnia Rodzina” to nowa jakość w polskim kinie, podobnie jak były nią w rodzimym eterze (pozostając nadal niedoścignione jako forma artystyczna i rodzaj ekspresji emocjonalnej), audycje Tomasza Beksińskiego.

"Ostatnia Rodzina" (plakat filmu)
„Ostatnia Rodzina” (plakat filmu)

Czas na przygotowanie widzów do seansu i zarazem kilka refleksji po nim. „Ostatnia Rodzina” to spotkanie „w cztery oczy” z najważniejszymi bohaterami tego obrazu – Zdzisławem i Tomaszem Beksińskimi. Aby wyzbyć się jednostronności ujęcia, Wave Press patrzył na historię ich życia także czterema oczami. Nim więc opowiem wam krótko o filmowym Tomaszu Beksińskim, źrenice malarki Dominiki Daszewskiej (lepiej przygotowane do tego od moich) bacznie przyjrzą się portretowi Zdzisława w tym filmie.

Czytaj dalej „SEANS W CZTERY OCZY / „Ostatnia Rodzina””

OBRAZY // Dominika Daszewska: Twarze i wizje – rozmowa (audio)

Poznajcie Dominikę Daszewską – malarkę, fotografkę, performerkę z warszawskiego Żoliborza. Siła jej wizji, oprócz wielu innych właściwości, ma jedną szczególną – jest celebracją życia i oddaleniem śmierci.

Trudno odnaleźć klucz do wizyjnego nurtu w malarstwie Dominiki Daszewskiej, który powstaje od czasu kiedy artystka ukończyła czternasty rok życia. Sednem tego wyrosłego na gruncie interpretacji surrealizmu twórczego żywiołu (traktowanego przez autorkę często w nader osobistym, niemal intymnym wymiarze) jest portret – w całym niemal uniwersum swoich przekształceń.. Triada oczy-twarz-ręka staje się na płótnach warszawskiej malarki punktem wyjścia dla wyrazu nadal dość rzadkiej w rodzimej sztuce siły obrazowania – tym rzadszej, że prowokacyjnie pozbawionej biegunowości.

Dominika Daszewska - wizytówka
Dominika Daszewska – wizytówka (autoportret)

Podobnie trudno wyznaczyć cezurę powstania wizyjnych prac Dominiki Daszewskiej – pytana o to malarka wskazuje na „nieistnienie czasu” jako składnika tworzenia wciąż przyrastającej liczby obrazów. Próby doszukiwania się kluczy w inspiracjach i wykształceniu (solidnym) również skazane są na niepowodzenie. Czy więc do tych wizji można się w jakikolwiek sposób zbliżyć? Odpowiedzieć na wyraźnie zawarte w nich zaproszenie?

Dominika Daszewska – „rys16”

Czytaj więcej…

OBRAZY // Monika Kłobucka: Architektura czerni i bieli

Kontrast czerni i bieli,  podobnie jak brutalizm, to architektoniczny odpowiednik zimnej fali. Oba fenomeny pojawią się na okładkach płyt, w teledyskach, są tematami didżejskich wizualizacji. Skąd ta wrażliwość? Najlepiej zapytać architektkę (ale nie tylko). Poznajcie Monikę Kłobucką. 

Co tworzysz? Czego się uczysz i jakiej muzyki słuchasz?

Studiuję aktualnie architekturę i taki stan nie zmieni się przez kilka lat. Twórczość to bardzo rozległe słowo, więc na wstępie powiem tylko, że poza pracami wykonywanymi na studiach param się rysunkiem. Taki stan rzeczy trwa jakoś od połowy liceum, kiedy to zaczęłam uczęszczać na zajęcia rysunku do pracowni plastycznej Pani Bral. W swoim zbiorze rysunków gromadzę różne tematy i różne techniki; od rysunku ołówkiem, przez węgiel, sepię, tusz, po malarskie i graficzne prace. Staram się rysować rzeczy, które – mówiąc najogólniej” – wpadną mi w oko”. Tematem, do którego najczęściej powracam jest oczywiście architektura, nie stronię jednak od człowieka; chociażby pod postacią różnych portretów. Przedmioty codziennego użytku, takie jak; czajniczki, sztućce, puszki itp. rysowane w nurcie hiperrealizmu również cieszą się u mnie powodzeniem. Zdarza mi się malować martwą naturę, chociaż w malarstwie nie odnajduję satysfakcji tak dużej jak w rysunku, ostatnimi czasy szczególnie – w rysunku czysto graficznym.

Monika Kłobucka
Monika Kłobucka

Wracając jednak do tematu studiów… Architektura to bardzo rozległa dziedzina. Uczymy się nie tylko wszystkich norm, zasad i wytycznych do projektowania. Taki kierunek studiów przygotowuje nas przede wszystkim do bycia i myślenia jak architekt. Jako przyszli architekci musimy mieć wyrobiony pewien smak, poczucie estetyki i świadomość kształtowania przestrzeni. Każdy z nas musi wyrobić sobie pewien gust i osobowość, w tym przypadku architektoniczną. Ciężko mi dziś powiedzieć, jak będzie wyglądał mój, jednakże biorąc pod uwagę własne preferencje kolorystyczne, mogę snuć już jakieś przypuszczenia…

Monika Kłobucka - Kot
Monika Kłobucka – Kot

Jeśli chodzi o muzykę, której słucham to tutaj jest tego całkiem sporo. Zacznijmy od tego, że nie słucham jednego rodzaju muzyki, rzadko też potrafię odtworzyć w pamięci jakąś płytę konkretnego zespołu. Można więc powiedzieć, że przy wyborze kawałka kieruję się bardziej czystym subiektywizmem, aniżeli faktem, że to utwór takiego, lub innego zespołu. Najczęściej zdarza mi się słuchać muzyki raczej ciężkiej, chociaż wszystko uzależnione jest od nastroju. Jeśli miałabym jednak wrzucić jakieś hasła to z pewnością byłyby to: Jacek Kaczmarski, Marilyn Manson, Shannon, Linkin Park, Imagine Dragons, Indila… szanty…i tego typu historie.

Czym jest „architektura czerni i bieli”?

Abstrakcyjna architektura czerni i bieli to architektura kontrastu. Tego typu architektura przyciąga wzrok, bo kontrasty są tym, co ludzkie oko wychwytuje najszybciej. Jednakże, jest to także architektura, którą ciężko wkomponować w jakieś większe założenia. Być może jest to dobra architektura dla wnętrz? Surowe, monochromatyczne wnętrza co jakiś czas powracają do mody. Jakkolwiek by o niej nie mówić, jest architekturą trudną do zastosowania. Nieumiejętnie użyta może spotkać się ze sporą dezaprobatą. Czerń i biel, kontrast, cienie i światła, to wszystko są elementy, które dla mnie osobiście mają ogromne znaczenie. Uważam, że taka architektura mogłaby pełnić funkcję „perełki”, jakiegoś niewielkiego elementu założenia, który uświetnia całość.

Monika Kłobucka - Śmierć przed TV
Monika Kłobucka – Śmierć przed TV

Podobno lubisz poezję… Jaką? Inspirujesz się wierszami?

Myślę, że od najmłodszych lat ciągnie mnie w stronę poezji. Nie ukrywam, że w przeszłości byłam przekonana, że swoją przyszłość będę wiązała przede wszystkim z aktorstwem. Dzisiaj oczywiście sprawy mają się zupełnie inaczej, ale zawsze z chęcią wracam do poezji i recytatorstwa. Przygoda z tym drugim zaczęła się już w drugiej klasie szkoły podstawowej. W poezji tkwi jakaś magia, ale co dla mnie było najważniejsze – tkwi w niej kontrast. Moją ulubioną poetką jest oczywiście Wisława Szymborska – poetka niebanalna, kontrastowa, niekiedy bardzo cyniczna.

Monika Kłobucka - Tik tak
Monika Kłobucka – Tik tak

Nie sięgam po poezję przepełnioną miłością czy szczęściem, szukam z reguły poezji cynicznej, pokazującej coś w prawdziwym, brutalnym świetle, poezji mocno skontrastowanej – która piękno stawia z brzydotą pod jedną ścianą. Moim ulubionym wierszem będzie więc „Nienawiść” Wisławy, wiersz do którego powracam bardzo często i który niejednokrotnie przedstawiałam na konkursach recytatorskich. Myślę, że ciężko nie inspirować się poezją – zawsze pozostawia ona swój odcisk na naszym charakterze. Każdy, kto chociaż raz się w niej zagłębi, mimowolnie będzie się do niej odnosić. Być może nie będzie to analiza i interpretacja, to raczej nie ten typ inspiracji. Myślę, że będzie to próba odtworzenia pewnych doznań, odczuć i wrażeń, które z tej poezji wynikają. Fakt, że przyciągała mnie zawsze poezja kontrastu, według mnie w żadnym wypadku nie jest przypadkowy. Można by więc powiedzieć, że jestem tym, co czytam.

…w takim razie zapytam o poetyckie znaczenie kontrastu…

Poetyckie znaczenie kontrastu – brzmi trochę jak pytanie-pułapka na maturze. Wydaje mi się, że kontrast w poezji ma kilka wymiarów. Przede wszystkim słowny – zestawienie piękna z brzydotą, wykwintności z prostactwem. Jednak dla mnie, jako amatorki recytacji, będzie to zmiana tonu i barwy głosu. Kiedy myślę o przykładzie kontrastu rozumianego w ten sposób w głowie świtają mi ulubione linijki wiersza, o którym już wspominałam, a brzmią one tak:

„Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.”

Architektura i muzyka to naczynia połączone. W jaki sposób?

Muzyka to pewien ciąg następujących po sobie akcentów; gdzieś pojawia się jakaś dominanta, wszystko ma swój rytm i ciąg. Podobnie jest z architekturą – jednomelodyjna architektura byłaby z pewnością nudna, dlatego też architekt, tak jak kompozytor musi zestawiać ze sobą poszczególne elementy architektoniczne w taki sposób, by tworzyć architekturę przyjemną dla oka. Wiemy, że im bardziej zróżnicowana, szczególnie subtelnie, linia melodyczna, tym bardziej utwór „wpada nam w ucho”.

Monika Kłobucka - Kanapka z człowieka
Monika Kłobucka – Kanapka z człowieka

Tak samo jest z architekturą; staramy się tworzyć architekturę płynną, zróżnicowaną ale nie krzykliwą. Architekturę, która ma swój porządek, tak jak utwór muzyczny rytm. Gdzieś wplatamy dominanty, gdzieś zmieniamy tempo i rytm, by zaciekawić, zadziwić lub po prostu przykuć uwagę oglądającego. Myślę, że szczególnie z elewacji budynków można czytać jak z nut. Dział badania muzyki i jej wpływu na architekturę jest przeogromny i ciekawy. Myślę, że umiejętność gry na jakimś instrumencie jest dla architekta jak najbardziej zdolnością działającą na plus – im bardziej wszechstronny jest architekt, tym lepszą architekturę tworzy.

Muzycy nurtów cold wave / post punk często inspirują się „brutalizmem”. Co to jest?

Brutalizm jest nurtem architektury doby późnego modernizmu. Dla brutalistów najważniejsza była konstrukcja i przestrzeń oraz właściwości materiałów, których używali. Mówi się o nich, że z architektury abstrakcji przeszli na ekspresję. Z brutalizmem ściśle powiązany jest także minimalizm. Nie da się ukryć, że był on jednym z najbardziej nielubianych i niezrozumianych nurtów w architekturze. Twarde, surowe kształty, nieregularność, etyka ponad estetyką to wyznaczniki brutalizmu. W brutalizmie nie można udawać, że masy zbrojonego betonu to coś więcej niż tylko materiał konstrukcyjny. Dlatego też brutalistyczne budowle pozbawione są jakiegokolwiek wykończenia, a z bliska można dostrzec teksturę drewna używanego do szalunków odciśniętego na surowym betonie.”

Monika Kłobucka - Image
Monika Kłobucka – Image

Brutalizm był nurtem, który zakładał pewną utopijną wizję społeczeństwa – takiego, w którym estetyka nie byłaby ponad etyką. Krytykuje się go za niedostosowane do ludzkiej skali i zapotrzebowań wizualnych człowieka. Mówi się, że architektura brutalizmu jest przytłaczająca, a z surowym betonem niezbyt dobrze obchodzi się czas. To tyle jeśli chodzi o takie klasyczne wytyczne.

Spróbuję jednak odnieść się do tego nurtu według własnego widzimisię. Uważam, że gust jest rzeczą względną i w związku z tym ciężko powiedzieć, czy to, co dzisiaj uważamy, za klasyczny przykład brzydoty, za jakiś czas nie będzie przykładem dobrej architektury. Nurt brutalizmu został niezrozumiany, być może faktycznie był on niezbyt ludzki. Nie ulega jednak wątpliwości, że był nurtem kontrastu. Uważam, że wiele jego założeń zostało niedocenionych. Warto wspomnieć, że nawet Le Corbusier w ujęciu materiałów po części również był brutalistą. Żaden nurt w architekturze nie jest przypadkowy – stanowi wynik analizy i rozmyśleń jakiejś grupy architektów, dlatego też warto czerpać z brutalizmu, nawet jeśli w całości jako nurt cieszy się złą sławą.

Jakieś plany? Jakaś przyszłość?

Plany na przyszłość są dość proste – projektować. Gdzie i co? Ciężko mi jeszcze powiedzieć. Zależy mi również na tym, żeby chociaż w niewielkim stopniu zajmować się w przyszłości poezją. Być może gdy uda mi się zagospodarować trochę więcej czasu przyłączę się do jakiegoś teatru amatorów. Wszystko jeszcze przede mną!

Rozmawiał: Szymon Gołąb

Za możliwość spotkania z Moniką Kłobucką dziękuję Januszowi Dębskiemu (Galeria „13”, Mława) oraz Zygmuntowi Mężykowskiemu (Miejsko – Gminny Ośrodek Kultury w Lidzbarku).

Wybrane prace artystki (grafika, wizualizacja, malarstwo) można obejrzeć poniżej.

80’s AGAIN! / Mariusz Koryciński: rozmowa

80’s Again! (ogólnopolska konferencja naukowa; Pałac Kazimierzowski, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28, Warszawa; 8-9 marca 2016)

80's Again - logo 1

Wytwórnia muzyczna 80’s Ladies Records, film „Kung Fury”, impreza „Synths Of 80’s”… Na pewno kojarzycie te fenomeny. Fascynacja stylem lat osiemdziesiątych wykracza jednak już poza internet, kluby i sale kinowe. Na początku marca odbędzie się w Warszawie… Konferencja naukowa dedykowana estetyce a’la „ejstis”.

Rozpiętość tematyczna tego dwudniowego wydarzenia (8-9 marca) obejmie różne dziedziny sztuki i rzeczywistości – co oznacza, że „80’s Again!” jest chyba najważniejszym (jak dotąd) pomysłem na przybliżenie szerokiemu gronu polskich odbiorców niezwykłego świata sztuki lat osiemdziesiątych. Zapraszam do lektury obszernego wywiadu z Mariuszem Korycińskim – jednym z organizatorów konferencji.  

„80’s Again!” Skąd pomysł? Kto jest organizatorem?

Jestem miłośnikiem wszystkiego, co związane z latami osiemdziesiątymi, pomyślałem więc, że fajnie byłoby zorganizować konferencję związaną z czymś, co się lubi. Lubię jednak wiele rzeczy, które raczej nie nadawałyby się do konferencyjnych rozważań… więc zdecydowałem się na tę tematykę dlatego, że lata osiemdziesiąte cieszą się sporą popularnością. Powstają przecież filmy inspirowane ówczesną poetyką – jak Gość Wingarda, Dziewczyny śmierci Straussa-Schulsona; internauci zakładają strony i profile poświęcone tamtemu okresowi, jak 80s music/movie Rewind czy The 80’s Guy.

Konferencję da się przygotować samemu, choć to cholernie trudne. Dlatego poprosiłem o pomoc osoby, z którymi już wcześniej współpracowałem. Założyliśmy Klub Filmowy im. Jolanty Słobodzian, do którego należą: Aneta Jabłońska – badająca twórczość Witkacego i Gombrowicza; Ada Brenda-Mańkowska – zajmująca się paradokumentami, Paweł Jaskulski – twórczością Nasfetera i Barańskiego, Maja Garlińska – asertywnością w XIX wieku i Anna Kowalczyk – literaturą drugiej połowy XIX wieku. Pomagają nam też Robert Zybrant – rysownik fotorealista i Karol Gorec – poeta. Z autorem oprawy graficznej konferencji Stefanem Roniszem robię wspólnie krótkie filmy. Jak widać, są to osoby o różnych zainteresowaniach, więc o nudzie nie może być mowy.

80's Again! - plakat 1
80’s Again! (plakat wydarzenia / projekt: Stefan Ronisz / źródło: materiały organizatora)

A o samej Słobodzian dowiedziałem się przypadkowo, rozmawiając z Renatą Lis, autorką książki Ręka Flauberta. Wywiad poszedł w „Odrze”; jest też dostępny w internecie. Pani Renata zapytała mnie, czy słyszałem o Jolancie Słobodzian, a ja nic – pokiwałem głową, że niby znam, bo było mi głupio przyznać się do niewiedzy. Później pobiegłem do biblioteki. Okazało się, że pani Jola była temperamentną osobą, a właściwie, że były dwie, a może nawet trzy panie Jolanty. Ze wspomnień osób z nią związanych wynikało, że jedna Jolka pomagała młodym znaleźć własną drogę w życiu, druga Jolka urabiała innych na swoją modłę itd. Pomyślałem: zaraz, zaraz, czym ona się właściwie zajmowała? Ach, no tak, pokazywała filmy w dekaefie. (śmiech) Bez względu na kontrowersje, jakie wokół niej narosły, pewne jest, że miała pasję, czegoś jej się chciało. To jest zawsze godne i naśladowania, i przypomnienia.

Jakich obszarów tematycznych będzie dotyczyła konferencja?

Stworzyliśmy kilka bloków poświęconych kinu, literaturze, muzyce, grom, dziedzictwu lat osiemdziesiątych oraz temu, co się wtedy działo w Polsce. Otrzymaliśmy bardzo dużo zgłoszeń, wiele spośród nich musieliśmy odrzucić. Nie dlatego, że były słabe, tylko po to, by stworzyć spójne panele dyskusyjne. Całość powinna bowiem tworzyć – uwaga, uwaga, modne słowo – narrację. Fasada budynku może do nas coś mówić, obraz może coś mówić, no i konferencja podobnie. Co mam na myśli?

Organizując tego typu wydarzenia, zazwyczaj stajemy przed wyborem: albo zapraszamy konkretnych badaczy, którzy przedstawią określone, częściowo zasugerowane przez nas zagadnienia, albo otwieramy się na ich zainteresowania. Te strategie można zresztą łączyć, czego nie wykluczamy podczas pracy nad tomem pokonferencyjnym. W każdym razie do tej pory realizowaliśmy tę drugą opcję. Rzuciliśmy hasło „80’s Again!” i czekaliśmy na reakcje. Dlatego nasza konferencja jest w jakimś stopniu odzwierciedleniem tego, co może pociągać w latach osiemdziesiątych. Oczywiście nie wszystkich, tylko tych – jak już mówiłem – którzy zajmują się tamtym czasem. Można nawet powiedzieć, że badamy fetysze naukowców (śmiech). A mówiąc poważnie: warto pamiętać, że w Polsce jest organizowanych wiele konferencji, tematycznie w jakimś stopniu pokrywających się z naszą. Są sesje naukowe o grozie, komiksie, Jamesie Bondzie, zombie, popkulturze. To wspaniałe inicjatywy, np. Tricksterów z Wrocławia czy Facta Ficta z Katowic.

Czy można już zdradzić kilka tytułów wystąpień? Ilu prelegentów zabierze głos? Kogo przeważnie usłyszymy: studentów, pracowników naukowych czy może dziennikarzy, blogerów i artystów?

W konferencji weźmie udział ponad czterdzieści osób: studentów, doktorów. Postanowiliśmy jednak nie podawać ich stopni i tytułów naukowych, by nie stwarzać sytuacji, w której ktoś poczuje się gorszy, dlatego że jest „stopień niżej” od kogoś innego. Lub pomyśli, że skoro mówi do niego doktor, to pewnie ma rację… A ma rację, bo jest doktorem. To błędne koło. Przy czym nie twierdzę wcale, że tak właśnie pomyślą uczestnicy naszej konferencji. Po prostu uważam, że argumenty poszczególnych osób powinny przemawiać same za siebie. Chcemy, żeby podczas naszego spotkania wszyscy czuli się świetnie, nie martwiąc się o literki przed nazwiskiem.

Część uczestników łączy studiowanie z działalnością w fundacjach, stowarzyszeniach, muzeach, kinach. Część wydaje książki, prowadzi blogi, strony internetowe. Plan konferencji, z dokładnym wyszczególnieniem tematów wystąpień, jest oczywiście dostępny na facebookowym profilu Klubu Słobodzian. Wszyscy, którzy chcą posłuchać naszych uczestników i z nimi porozmawiać, są mile widziani. Nie ma żadnych biletów, wcześniejsza rejestracja nie jest wymagana.

Przewidujecie jakieś wydarzenia towarzyszące konferencji? Z tego, co zauważyłem, imprezy muzyczne (i nie tylko) w stylu lat osiemdziesiątych biją w Polsce rekordy popularności – od Szczecina („Synths of 80’s”) aż po Kraków („Unknown Pleasures”)…

Moim marzeniem było zorganizowanie seansu w kinie Kultura, niedaleko UW, i wyświetlenie np. Morderczych klownów z kosmosu. Wyobrażasz to sobie? W świątyni „wysokiego” kina „taki” film? Mogłoby być jak w Krwiożerczej roślinie Franka Oza – na ekranie zamyślona Kulesza z Idy, a przez ekran przebija się wielki, kolorowy klaun. Albo podwójny seans nocnego kina, o którym będę zresztą mówił podczas konferencji: najpierw Ucieczka w noc Landisa, a później Po godzinach Scorsese.

Jednak, jak zwykle, problemem są pieniądze. Pobieramy od referentów minimalną chyba stawkę, z której większość pieniędzy zostanie przeznaczone na tom pokonferencyjny. Chcemy udostępnić go za darmo w internecie, żeby każdy mógł się z nim zapoznać. Nie zależy nam na wyprodukowaniu kolejnego stosu makulatury – i nie użalam się tu wcale nad drzewkami. Czy wiesz, że na jednym z uniwersytetów jest taki pokój, w którym zalegają różne czasopisma naukowe? Uchylę rąbka tajemnicy: nie chodzi o bibliotekę. (śmiech) W tym pokoju są numery, których nikt nie kupił, których nie potrafiono sprzedać oraz takie, które powstały jedynie po to, aby ktoś opublikował w nich swój tekst i miał z tego jakieś profity. To jest normalnie archiwum jak z Indiany Jonesa. Co kwartał podjeżdża ciężarówka z drukarni i fru, cała jej zawartość trafia do tego pokoju. Bezsens, bo przecież w nauce nie o to chodzi.

Ale wracając do problemu pieniędzy – mamy minimalny budżet, zapewniony przez Wydział Polonistyki oraz Instytut Polonistyki Stosowanej. Jesteśmy bardzo wdzięczni za tę pomoc, ona jest dla nas podstawą działania. Znam przypadki, w których organizowano wydarzenia za duże pieniądze: zaczynały się kłótnie, organizatorzy podlegali jakimś wpływom, musieli iść na kompromisy. Nas nikt nie naciska, jesteśmy niezależni. Minusem jest brak imprez towarzyszących, jednak nie wykluczamy, że pojawią się one przy okazji innych inicjatyw. Kolejna już w maju – tym razem konferencja poświęcona Nolanowi. Do kwietnia czekamy na zgłoszenia, serdecznie zapraszam.

Czy tylko neonowa grafika i syntezatory?… Najogólniej – na przykładzie muzyki i filmu – czym wyróżnia się styl 80’s?

Neony i syntezatory rzeczywiście są częścią stylu lat 80. Zależało mi na tym, by możliwie jak najszerzej odwołać się do tej właśnie poetyki – zarówno jeśli chodzi o logotyp koła, jak i oprawę graficzną konferencji. A jednocześnie pragnąłem przywołać konkretne projekty. Dla przykładu: zarówno nazwa, jak i plakat konferencji nawiązują do filmu 18 Again! Paula Flaherty’ego z 1988 roku oraz do promującego go plakatu. Komedia Flaherty’ego opowiada o zamianie ciał: dziadek wciela się w swojego wnuka i na odwrót. To dobrze obrazuje nieco paradoksalną sytuację naszej konferencji – dla części uczestników będzie ona powrotem do dzieciństwa, dla innych – wychowanych w latach 90. – wchodzeniem w buty, które nie dla nich zostały uszyte. Mamy nawet hasło promocyjne – „Z taką konferencją… po co ci wehikuł czasu?”, które też odwołuje się do tagline’u popularnej komedii z lat osiemdziesiątych, nie zdradzę jednak, jakiej.

18 Again! - plakat
18 Again! (plakat filmu / źródło: moviepostershop.com)

Logo Klubu Słobodzian omawiałem ze Stefanem bardzo długo, bo chciałem, żeby wyglądało jak warszawski neon. A chciałem, żeby wyglądało jak warszawski neon, bo zarówno Słobodzian, jak i klub jej imienia związane są ze stolicą. Stąd właśnie pomysł, by przywołać neon biblioteki przy Grójeckiej, który z kolei nawiązuje do stołecznej syrenki. Stefan wykonał świetną robotę. Swoją drogą – w Warszawie jest dużo wspaniałych neonów, zarówno tych starszych – jak siatkarka czy Orbisowy globus, jak i tych nowszych – jak instalacja „WARszawa”, zaprojektowana przez kolektyw Senna.

Mieliśmy w planach także nakręcenie trailera konferencji – znudzeni nastolatkowie wyciągają z szaf swoich rodziców ubrania, winyle i robią imprezę w stylu lat osiemdziesiątych – a wszystko to podlane muzyką z syntezatorów, może nawet z dodatkiem „przepalonego” głosu narratora, jak ze starych amerykańskich zwiastunów.

Po tej dłuższej dygresji spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Uwielbiam filmy i muzykę z lat osiemdziesiątych za ich klimat. Czym jest klimat? O, zdefiniować go to jest dopiero zadanie! Najogólniej rzecz ujmując: sądzę, że klimat mogą mieć takie filmy lub piosenki, których poetyka czymś się wyróżnia. Może wzbudzać w nas tęsknotę za czymś utraconym, minionym lub wymarzonym; może być udziwniona, nierealistyczna, straszna.

W wypadku filmów z lat osiemdziesiątych kolory są pastelowe – niczym w restauracjach po rewolucji Magdy Gessler (śmiech), muzyka – elektroniczna; w mokrych ulicach odbija się światło neonów, a w powietrzu unosi się dym, zacierający ostrość konturów. Typowe produkcje z tamtych czasów kojarzą się z twórczością amerykańskich hiperrealistów, malujących wielkie miasta nocą – co robi choćby Robert Gniewek – lub przeciwnie, bulwary skąpane w słońcu, co jest domeną m.in. Richarda Estesa. Ich obrazy są jak pocztówki z wakacji – czasu, w którym odpoczywasz, bawisz się i po prostu dobrze się czujesz. Wzbudzają więc chyba uczucia sentymentalnopodobne (śmiech).

Robert Gniewek - Munson Diner #3
Robert Gniewek – Munson Diner #3 (1997 / źródło: theguardian.com)

Muzyka elektroniczna z kolei zawsze kojarzyła mi się z przestrzenią. Często artyści tego nurtu sięgali po dyskotekowe brzmienia (bądź też je współtworzyli), ale przecież także eksperymentowali. Wystarczy pomyśleć o OMD – nagrywanie hitów, takich jak Enola Gay czy So in Love, nie przeszkadzało im przy okazji Dazzle Ships testować zdobyczy samplingu. Zresztą twórcy sięgający po elektronikę nie rezygnowali automatycznie z muzyki symfonicznej, rocka czy jazzu, przeciwnie – tworzyli z tych elementów spójną całość. Tak było w wypadku grupy Goblin, Vangelisa, Giorgio Morodera czy Pino Donaggia. Jednym z moich ulubionych przykładów muzyki elektronicznej jest soundtrack do Zagadki nieśmiertelności Tony’ego Scotta – co ciekawe, większość tego, co słyszymy w filmie, nie jest dziełem „oficjalnych” kompozytorów ścieżki dźwiękowej, tylko inżyniera dźwięku – Davida Lawsona. Świetny czas miał wtedy James Horner, choć wiem, że wiele osób uważa inaczej. Bardzo cenię jego muzykę do Imienia róży, Czerwonej gorączki, Komando, Wibracji, Tam, gdzie rzeka jest czarna. Niektóre z tych kompozycji są na granicy jazzu i elektroniki, opierają się na powtarzalności pewnych motywów, mogącej wprowadzić słuchacza niemalże w trans.

Dalej niezbędne ogólniki – jaki ton dominował w sztuce lat osiemdziesiątych, czy był to bunt, czy może raczej rodzaj eudajmonizmu?

Jerzy Płażewski, który pisał o Kinie Nowej Przygody, powiedział wprost – filmy Spielberga, Lucasa, Zemeckisa i im podobnych są eskapistyczne. Ale dla mnie to arbitralne, nic niewarte stwierdzenie. Czy kino, szerzej sztuka, musi się buntować? Czy musi pokazywać świat dookoła nas? Jasne że nie, kino może wszystko – w tym pokazywać siebie. Zresztą wiele osób polemizowało z Płażewskim, twierdząc, że kino, które czyni bohaterami wilkołaki, zombie czy wampiry może być metafizyczne, bo odpowiada naszym ukrytym pragnieniom.

Z muzyką jest podobnie – królował pop, chwytliwe melodie. Wiele osób odrzuca ówczesną muzykę głównego nurtu, ja mam inne zdanie. Uważam, że jest wielką sztuką skomponować wpadające w ucho melodie. Kto sądzi inaczej, niech włączy jakieś polskie radio, Bzdet czy jak mu tam… Bingo, Bingo Beaty Kozidrak to jakiś koszmar. Mówi się też, że na lata osiemdziesiąte przypada spadek formy Davida Bowiego. Koleś komponował wtedy piękne utwory, zwłaszcza do filmów Absolutni debiutanci, Labiryntu i A gdy zawieje wiatr, a ci gadają: nie, nie, zbyt komercyjne, wolimy Johna Cage’a i jego cztery minuty ciszy! Nawet ja potrafię to zagrać.

Kino i muzyka tamtych lat dawały ludziom szczęście, bawiły. Wielu osobom to przeszkadza. Oni uważają, że sztuka powinna być poważna. A już najlepiej, żeby była nudna. Kładziesz się do łóżka, a tam cierpiąca Hannah Arendt. Otwierasz lodówkę, a tam zasmucona Ida. Idziesz się powiesić – a tam już ktoś wisi. (śmiech) Tymczasem dla mnie podstawą sztuki jest zawsze doskonałość formalna – czy film jest dobrze nakręcony? Czy piosenka jest dobrze wyprodukowana? Reszta jest kwestią gustu. Lata osiemdziesiąte dostarczają bardzo wielu przykładów ogromnej pomysłowości i pracowitości artystów.

Jeszcze jedna uwaga dotycząca kina – reżyserzy w tamtym czasie inspirowali się klasycznym Hollywood, sięgali także po wzgardzone przez wielu horrory z lat 50. Stąd często mówi się o nurcie retro itd. Moim zdaniem ich dokonania są przede wszystkim przykładem na ciągłość sztuki, doskonalenie się w oparciu o wybraną tradycję.

Wciąż jednak mówię o kinie i muzyce, a przecież ciekawe rzeczy działy się też np. w malarstwie. Jean-Michel Basquiat tworzył graffiti, popularnością cieszył się neoekspresjonizm.

Na koniec: jakich polskich artystów cenisz jako kontynuatorów „ejtisowego” klimatu? Nie ukrywam, że najbardziej interesuje mnie muzyka…

Ostatnio słuchałem płyty Starships Nightrun87, jest rewelacyjna, od razu pojawiły się w mojej głowie pomysły na teledyski. Zwróciłem też uwagę na okładkę, bo dziewczyna na niej wygląda identycznie jak moja koleżanka z liceum. Zabawiłem się nawet w detektywa, okazało się jednak, że to nie ona. Przy okazji powiem, jakich polskich ejtisowych artystów cenię – Andrzeja Korzyńskiego: solo i z Arp Life, Bohdana Mazurka, Władysława Komendarka. Choć trzeba pamiętać, że byli aktywni także wcześniej i później.

Wracając do pytania, pozwól, że dodam jeszcze zagraniczniaków. Chyba nikogo nie zaskoczę: Perturbator, Disasterpeace, Mike Simonetti, duet Gatekeeper. Często ci artyści – zwłaszcza Perturbator, ale nie tylko – odwołują się, choćby w tytułach swoich utworów, do klasyków muzyki elektronicznej: Goblina, Vangelisa, Johna Carpentera.

Jeśli przypomnimy sobie, że także Goblin czy Vangelis odwoływali się do określonych wzorców, to otrzymamy system luster ustawionych naprzeciwko siebie, odbijających siebie nawzajem. Ja się czuję w takiej poetyce – i w takich strategiach artystycznych – jak u siebie w domu. Bo ja się czuję w latach osiemdziesiątych jak u siebie w domu. W zasadzie mógłbym przenieść się do lat osiemdziesiątych i tam zamieszkać.

Rozmawiał: Szymon Gołąb

80’s Again! – Facebook / wydarzenie

OBRAZY // Anita Zawadzka: Jak namalować powietrze?

Malarstwo tworzącej w Wielkim Łęcku (wieś leżąca na tak zwanych „Bliskich Mazurach”) Anity Zawadzkiej ma wszelkie cechy, aby na dłużej zatrzymać wzrok.

Bez tytułu. © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. © Anita Zawadzka (2015)

Na początku grudnia odbędzie się wernisaż pierwszej wystawy tej młodej, aktywnej zaledwie od dwóch lat, artystki – jest to więc właściwy moment na interpretacyjne przygotowanie przyszłych odbiorców jej sztuki. Element irrealny, czy wręcz psychodeliczny, obecny w pracach Anity Zawadzkiej daje zaś asumpt do stosowania w opisie tego malarstwa dość nieprecyzyjnego (z punktu widzenia wciąż popularnego w Polsce dyskursu materialistycznego) pojęcia „duszy”. To właśnie niewidzialność duszy sprowokowała podstawowe pytanie, jakie można zadać obcując z obrazami tej mazurskiej artystki: „jak namalować powietrze”?

Przejrzystość przedmiotu.

Anita Zawadzka, nieco podobnie jak niegdyś czynił to Janusz Kaczmarski (pejzażysta reprezentujący nurt „nowej figuracji” w powojennym malarstwie polskim) w dość interesujący sposób obchodzi się z materią portretowanych przedmiotów – niejako pozbawiac ją ciężaru, „roztapiając” rzecz we wrażeniu. Wrażeniowość, klucz do malarstwa tej artystki, szczególnie wyraźnie objawia się zaś w jej pracach o tematyce abstrakcyjnej, często operujących zabiegiem zmiennej optyki widzenia. To popularna technika, jednak malarka wykorzystuje ją w sposób szczególny.

Muzyka i widzenie. Pozorna prostota.

Trudno porzucić wrażenie właśnie, że przedmiot jest tu potraktowany jedynie jako punkt wyjścia dla swoistej onirycznej improwizacji na jego temat. Jest to wybitnie muzyczna formuła tworzenia, co pozwala umiejscowić prace Anity Zawadzkiej w kręgu sztuki posługującej się korespondencją obraz – dźwięk. Zwracają uwagę także narzędzia tych przemian – kształt i barwa. O ile deformacje kształtów nie są (dla podobnych operacji artystycznych) niczym zaskakującym, o tyle barwa modyfikuje tu rzeczywistość w sposób często urzekający suwerennością wizji.

Barwa to koloryt emocjonalny – podstawowy element opisu snów, wrażeń i utworów muzycznych. Podobnie więc, jak w „poezji” nowoczesnej muzyki, ciemny wyraz doznań (obecny, choć nie natarczywie) w pracach Anity Zawadzkiej, wyzwala w nich wrażenie obcowania z „innym wymiarem” rzeczy i zjawisk. Muzyka i malarstwo radzą sobie z tym przekształceniem podobnie – operując wspomnianą już barwą i rytmem. Dźwięk posiada barwę, barwa zaś brzmi. To właśnie „korespondencja sztuk”.

Nie jest łatwo uprzystępnić w opisie coś, czego nie widać (bądź też to, co znajduje się „pod podszewką” widzialnego). Potrzeba tu poezji, muzyki, bądź obrazów podobnych właśnie do tych, jakie tworzy Anita Zawadzka. Paradoksalnie, najłatwiej niewidzialne „unaocznia” muzyka. Oto Marie Davidson, kompozycja „Perséphone”. Słuchając zwróćmy uwagę na monotonię linii melodycznej (ekwiwalent portretowanego przedmiotu) i narrację, dialog wokalny (element nadrealistyczny, przekształcający ów przedmiot). Kluczowe jest zaś pytanie: co dzieje się tu z melodią? Dość podobnie powstają właśnie „muzyczne obrazy” Anity Zawadzkiej.

Twórczość wolna. Lokalność.

Częstym składnikiem (i specyfiką) polskiego dyskursu o sztuce współczesnej jest ideologizacja. Szczególnie polityczna – a w dalszych ciągach: religijna, społeczna, seksualna… Malarstwo Anity Zawadzkiej – dzięki operowaniu wpisaną w pejzaże, martwą naturę, czy abstrakcję – „materią niewidzialnego” przekracza wymiar treści doraźnych. Jest perfekcyjnie uniwersalne i ponadczasowe. Artystka (wykształcona w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych) pozostaje twórczynią zakorzenioną w tematyce lokalnej, co również swoiście chroni jej malarstwo od miazmatów ogólnopolskich „zagadnień artystycznych” – po raz kolejny potwierdzając też nowoczesną regułę sztuki, przenoszącą centrum w sferę peryferiów.

Szymon Gołąb

Anita Zawadzka – Facebook

Anita Zawadzka – Wernisaż wystawy malarstwa w MGOK Lidzbark – Facebook / wydarzenie

Bez tytułu. © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2015)
Martwa natura. Akryl na kartonie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2013)
Martwa natura. Akryl na kartonie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2013)
Martwa natura. Akryl na płótnie (100 / 150). © Anita Zawadzka (2015)
Martwa natura. Akryl na płótnie (100 / 150). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (80 / 80). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (80 / 80). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2015)

OBRAZY // Joanna Elżbieta Girej (Pani Nożownik) – Z zaświatów

Joanna Elżbieta Girej / Pani Nożownik (źródło - mirrorphobic.pl)
Joanna Elżbieta Girej / Pani Nożownik (źródło – mirrorphobic.pl)

W piątek, 11 września, w Klubie Bolko (Świdnicki Ośrodek Kultury) odbędzie się koncert polskiej zimno falowej formacji This Cold, (po raz pierwszy w historii tego zespołu będzie to występ akustyczny), połączony z wernisażem wystawy grafik Joanny Elżbiety Girej – artystki, promotorki i autorki bloga znacząco zasłużonej dla rodzimej sceny dark independent. Wydarzenie nosi tytuł „Z zaświatów”, bowiem przypada ono w dzień dwudziestych szóstych urodzin Joanny, która odeszła od nas nagle w styczniu tego roku. To odpowiedni moment, aby przypomnieć talent, wrażliwość i pasję Pani Nożownik.

Jej ślady. Czym jest kultura? Intuicja podpowiada, że – przede wszystkim – przeciwieństwem znikania, a więc ruchu prowadzącego do złowrogiej pustki. Kultura wypełnia, jest obecnością, „stawaniem” i „dzianiem się”. Jest wreszcie formą subtelnego życia, jakie należy traktować z szacunkiem i otaczać je opieką. Muzyka zaś, to jedna z najbardziej ulotnych postaci kultury. Rozumiała to Joanna, pisząc wielokrotnie o „pomocnej dłoni” wyciągniętej w stronę artystów, czy też powtarzając swoim czytelnikom i słuchaczom: „wspierajmy polską muzykę alternatywną”. Mirrorphobic Productions, jej wytwórnia muzyczna, powstała właśnie po to, aby wspierać i pomagać. Ta formuła „działania w kulturze” odchodzi w niepamięć – przynajmniej na rodzimym gruncie. Nie znam dziś nikogo, kto nie mając chorobliwych „medialnych”, czy „korporacyjnych” ambicji potrafiłby po prostu wspierać i pomagać. Ślady więc, które pozostawiła Pani Nożownik są wyraźne i powinny stać się swoistym znakiem pożądanej przemiany – podobnie, jak były nim jej muzyczne upodobania.

Z zaświatów - wystawa i koncert pamięci Joanny Elżbiety Girej (Świdnica / 11.09.2015)
„Z zaświatów” – wernisaż wystawy i koncert pamięci Joanny Elżbiety Girej (plakat wydarzenia)

Jej muzyka. Trzeba powiedzieć wprost: nie ma Tomasza Beksińskiego – nie ma w Polsce muzyki w radiu; nie ma Joanny – nie ma tu dobrego miejsca z muzyką w sieci. Zbyt duże uproszczenie? Jest jednak wielu, którzy mogą się pod nim podpisać. Dla odwiedzających strony jej bloga była przewodniczką po współczesnym muzycznym „gotyku”; była „panią od muzyki” – zresztą tej najpiękniejszej. Prowadząc przez kilka lat audycję Tryton w internetowej rozgłośni RadioJazz.fm (podobno w sieci, inaczej niż w życiu, nic nie znika…) wiele razy sięgałem po muzyczne sugestie Joanny. Pasja zawsze rodzi kompetencję, o czym zapominają obecni „specjaliści do spraw mediów”. Ta właśnie pasja sprawiła, że Pani Nożownik dysponowała nie tylko niespotykanie szeroką wiedzą muzyczną, ale także rzadkim darem wrażliwości na dźwięki, który pozwala odzielić jakość od pseudoartystycznej mielizny i autentyzm muzycznego przekazu od komercyjnego naśladownictwa. Na swoim blogu muzykę prezentowała z podobną naturalnemu oddechowi lekkością i wdziękiem – przymiotami jakże odległymi od rejestrów, jakimi dysponuje dzisiejsze dziennikarstwo muzyczne w Polsce. Znajdowała skarby. Brzmienia This Cold, czy Eternalovers bynajmniej nie są w grupie jej odkryć jedynymi tak cennymi składnikami. Posłuchajmy zresztą – oto Eternalovers, duet którego płytę wydała Joanna, w utworze „Kochać i tracić” z tekstem Leopolda Staffa:

…oraz This Cold z albumu Cranes:

Jej obrazy. „Technika, którą lubię najbardziej, i w której najlepiej się odnajduję to łączenie delikatnych farb akwarelowych z wyrazistym czarnym tuszem. Czyli zasada kontrastów i przeciwności” – tak Joanna opisywała swoje grafiki. Jej wizje podporządkowane są nastrojowości bliskiej malarstwu romantycznemu, chociażby spod znaku wyobraźni Caspara Davida Friedricha. Konwulsyjnie powyginane konary, opuszczone zamki, dziwne kwiaty – czasem stary cmentarz, raz też osobliwa kołyska będąca zarazem trumną… Oto stałe rekwizytorium jej twórczości, którą przez to należy określić jako w pełni „gotycką”. Prace Pani Nożownik sprawiają wrażenie pewnej niemal dziecięcej „naiwności” widzenia – jako zaś, że operują przede wszystkim nastrojem, są „proste” w wyrazie i odbiorze. Ile kunsztu należy włożyć w tworzenie, by osiągnąć tego rodzaju nastrojowy konkret i „prostotę” – o tym wiedziała zapewne jedynie autorka tych niezwykłych obrazów… Odbiorcy pozostawiła wrażenie obcowania ze sztuką stosunkowo łatwą w interpretacji, choć przywołującą emocje o znacznym ciężarze: „to (…) ukłon dla smutku, mroku, ciarkotwórczej tajemnicy, rozpaczy i przepięknej czerni, których tak wszyscy się boją” – pisała o ostatnim cyklu swoich prac, „Ukrytym wymiarze” z 2014 roku. Wszechobecna w jej twórczości plastycznej jest także muzyka; Joanna traktowała ją niezmiennie jako źródło inspiracji i zasadę „korespondencji” dźwięku i obrazu.

Te prace będą przemawiały do nas już wyłącznie „z zaświatów”. Pozostało kilka epitafiów – przejmujący utwór „Her Touch” Agaty Pawłowicz (This Cold), seans z lutowej audycji Transmission / Transmisja… W życiu nie wszystko jednak znika, inaczej niż w internecie. Trwa kultura, którą stworzyła. Żyje wyobraźnia, jaka wkrótce stanie się dla wielu znakiem przemiany. Wierzę, że ku lepszemu. Pani Nożownik potrafiła bowiem widzieć dalsze ciągi rzeczywistości – zakryte dla większości z nas.

Szymon Gołąb

This Cold akustycznie – koncert pamięci Joanny Elżbiety Girej (Pani Nożownik) – wydarzenie / Facebook

This Cold – oficjalna strona / Facebook

Pani Nożownik – oficjalna strona / Facebook

Mirrorphobic Productions – oficjalna strona / blog / Facebook

Wybrane Prace Joanny Elżbiety Girej:

„Lui Lai” © Joanna Elżbieta Girej (2012)
„(bez) senność IV” © Joanna Elżbieta Girej (2013)
„List z raju” © Joanna Elżbieta Girej (2013)
„Na wieży” © Joanna Elżbieta Girej (2013)
„Zwieciadło III” © Joanna Elżbieta Girej (2014)
„Nieodwracalny” © Joanna Elżbieta Girej (2014)
„Z miłości” © Joanna Elżbieta Girej (2014)

Google Translate

„WIELOMÓWNY MROK” / Zdzisław Beksiński: „Opowiadania”

Zdzisław Beksiński: „Opowiadania” (Wydawnictwo Bosz – wersja drukowana / Virtualo – wersja e-book; Olszanica / Warszawa; maj 2015)

Zdzisław Beksiński - Opowiadania (książka / e-book 2015)

Kilkanaście dni temu odbyła się premiera „Opowiadań”, które Zdzisław Beksiński napisał w latach 1963 – 64. Warto sięgnąć po tę lekturę, zaś obcowanie z tekstami sanockiego wizjonera w wersji elektronicznej najbliższe jest chyba intencjom ich twórcy, szczególnie chętnie korzystającego z wszelkich odmian nowoczesnej techniki. Przypomnijmy – Beksiński jest chociażby jednym z prawodawców artystycznej grafiki komputerowej w Polsce, i to właśnie jemu należy zawdzięczać wprowadzenie tej dziedziny twórczej na poziom prawdziwej i wymownej sztuki.

Zdzisław Beksiński we wnętrzu warszawskiej pracowni (około roku 2005)
Zdzisław Beksiński we wnętrzu warszawskiej pracowni (około roku 2005)

E-book zawiera dwadzieścia pięć tekstów, z których przynajmniej część można odnaleźć w sieci – dlaczego jednak należy wybrać ich nowe, poddane edycji, wydanie? Proza Zdzisława Beksińskiego to wytrawna, choć ciężka lektura. Autor ze swobodą poety obchodził się z tradycyjnymi normami składniowymi – tak, iż choć konstrukcja zdań wyszłych spod pióra Beksińskiego urzeka klarownością, to z całkowitą nonszalancją potraktowana została chociażby zasada podziału tekstu na akapity. „Strumień świadomości” w interpretacji sanockiego artysty ma wyraziste konsekwencje znaczeniowe, podąża za kształtami „wielomównego mroku” (opowiadania obfitują w doskonałe metafory!), jednak zdecydowanie zaburza postulat komunikatywności, czyniąc niestety większość dostępnych w internecie utworów, nieczytelnymi. Obcowanie z edytowaną wersją „Opowiadań” sprawia zaś czytelnikowi prawdziwą przyjemność – oto bowiem przed jego oczami otwiera się nie tylko dokument pewnego typu wyobraźni, czy metody twórczej, ale także wspaniała wizyjna literatura w najlepszej z możliwych postaci.

Zdzisław Beksiński w swojej pierwszej pracowni w Sanoku (około roku 1962)
Zdzisław Beksiński w swojej pierwszej pracowni w Sanoku (około roku 1962)

Wielu artystów sztuk wizualnych próbuje pisarstwa, niewielu jednak wykracza w tych próbach poza poziom eksperymentu, przelotnego flirtu z inną dziedziną ekspresji. Zdzisław Beksiński powołał natomiast literaturę sensu stricto, którą od większości dzisiejszych „produkcji słownych” odróżnia chociażby fakt, iż przenosi ona swoje znaczenia poza ramy czasu w jakim powstała – a nawet tego, w którym aktualnie ją odczytujemy. Obok więc potencjału zdolnego wyzwolić czytelniczą przyjemność, opowiadania malarza z Sanoka zawierają pewien element zasadniczy, dzięki któremu są wartościowym i suwerennym nurtem jego dzieła – przynoszą mianowicie artystycznie ujętą wiedzę i naukę. Spełniają tym samym odwieczną zasadę literatury, docere, według której ma ona „nauczać”, bądź „pouczać”.

Zdzisław Beksiński - fragment maszynopisu opowiadania
Zdzisław Beksiński – fragment maszynopisu opowiadania „Plac egzekucji” (fot. Copyright © Muzeum Historyczne w Sanoku)

O czym naucza Zdzisław Beksiński? Przede wszystkim o destrukcyjnym znaczeniu przywiązania do pozorów, szkodliwości poddańczego hołdowania różnorodnym aberracjom w widzeniu i pojmowaniu dookolnego świata. Piętnuje wielorakie formy popularnej obecnie „psychologii wpływu”, przekształcone w jego tekstach w trwałe kalectwo intelektualne bezimiennych bohaterów („everymanów” – zgodnie z metodą Kafki i Orwella). Pod tym względem doskonały jest, pomieszczony w e-booku, trzyczęściowy cykl literackich obrazów wojny, zatytułowany „Kronikarz wydarzeń”. Beksiński mówi też o czarnej, czy wręcz piekielnej (wprost i bez eufemizowania) mocy propagandy, z zadziwiającą aktualnością łącząc ten ponury fenomen współczesności z technikami stosowanymi w marketingu, czy „psychologii reklamy”. Jeśli czytelnikiem „Opowiadań” będzie ktoś odczuwający przesyt owych technik w życiu codziennym, zwłaszcza zaś w „przestrzeni medialnej”, to w pierwszym rzędzie winien on sięgnąć po znakomity tekst „Bakterie”.

W tym niezwykłym opowiadaniu Beksiński wnikliwie i z plastyczną dosadnością sportretował proces powstawania buntu i emocjonalnego sprzeciwu względem wszechobecnej współcześnie „bladze” (Gombrowiczowskie nawiązania w prozie malarza są nader wyraźne), ustanawiają jednocześnie – i prowokacyjnie – nienawiść jako konsekwencję życia wśród zakłamania, ale i ostateczną instancję człowieczeństwa prowadzącą do wyzwolenia spod wpływu wielokierunkowej manipulacji. „Bakterie” to doskonała proza, pozwalająca chociażby zrozumieć procesy emocjonalne prowadzące do powstania popularnego obecnie w internecie „hejtu”. Przykładów tego rodzaju aktualności jest w „Opowiadaniach” zdecydowanie więcej.

Zdzisław Beksiński - autoportret w czapce milicjanta (lata sześćdziesiąte)
Zdzisław Beksiński – autoportret w czapce milicjanta (lata sześćdziesiąte)

Teksty Zdzisława Beksińskiego stanowią też swego rodzaju „szkicownik mistrza” – jego metody pisarskie są bowiem niejednokrotnie zbieżne z technikami, które stosował w sztukach wizualnych. Należy też dodać, że w przypadku niektórych opowiadań, literatura wprost wyprzedza i zapowiada wizje malarstwa. Beksiński pisał na długo przed popularnym „okresem fantastycznym” swojej twórczości, zaś potencjał obrazotwórczy zawarty we fragmentach prozatorskich (zwłaszcza opowiadania: „Na końcu ogrodu”, „Wilki”, Plac egzekucji”, „Śnieg”, czy wreszcie „Kobieta z portretu”) tę feerię mrocznej wyobraźni wyraźnie antycypuje, unaoczniając jej podstawowe składniki i formy. Lektura „Opowiadań” wskazać może także głębszą zbieżność pomiędzy literaturą i malarstwem Zdzisława Beksińskiego.

Katedra - jeden ze stałych rekwizytów malarstwa Zdzisława Beksińskiego (obraz olejny z 1983 roku)
Katedra – jeden z rekwizytów malarstwa Zdzisława Beksińskiego (obraz olejny z 1983 roku)

W opublikowanej wkrótce po śmierci artysty korespondencji mailowej, jaką Beksiński prowadził z jedną ze znanych wówczas dziennikarek, pojawia się wątek metody twórczej mistrza – a mianowicie komponowania obrazów zgodnie z zasadą „wieszaka”. Tak malarz określił stałe elementy swoich przedstawień: katedrę, krzyż, oraz szkielet. Zgodnie z jego słowami, przywołanymi w jednym z maili, sposób wizualnego ujęcia tych składników miał odwoływać się do ich funkcjonowania w powszechnej świadomości – jako obrazów lęku, czci, wzniosłości, czy obrzydzenia… Uważny czytelnik dostrzeże w „Opowiadaniach” podobną, zastosowaną niezwykle kunsztownie, metodę. Rolę „wieszaków” w tekstach „Centrala snów” i wspomnianym już tryptyku „Kronikarz wydarzeń” spełniają powszechnie używane (przynajmniej w polszczyźnie drugiej połowy XX wieku) stałe związki frazeologiczne – „ołowiana głowa” i zwrot „śnić czyjeś sny”.

Kości jako forma architektoniczna na obrazie Zdzisława Beksińskiego z 1981 roku.
Kości jako forma architektoniczna na obrazie Zdzisława Beksińskiego z 1981 roku.

Podobnych zbieżności „metodologicznych” na linii literatura – malarstwo można znaleźć dużo więcej; to chociażby sprawia, że lektura „Opowiadań” jest obowiązkowa dla każdego, kogo fascynuje tajemnica dzieła Zdzisława Beksińskiego – jego niesłabnąca popularność (mimo przywoływania treści trudnych), oraz stała aktualność, czy wręcz metafizyczny i ponadczasowy walor talentu, którym dysponował sanocki wizjoner.

Szymon Gołąb

Zdzisław Beksiński: „Opowiadania” w wersji elektronicznej (e-book) do nabycia w sklepie internetowym Virtualo.

Fotografie portretowe, oraz zdjęcia obrazów pochodzą ze strony Zdzisława Beksińskiego na portalu VKontakte.

Zdzisław Beksiński – Facebook / YouTube (kanał Andy’ego Tesznera)

CZTERY E-BOOKI ZDZISŁAW BEKSIŃSKI: „OPOWIADANIA” DO WYGRANIA W KONKURSIE VIRTUALO.

  • Aby wziąć udział w konkursie proszę skomentować ten wpis za pomocą umieszczonej poniżej skrzynki komentarzy Facebooka – z użyciem funkcji „opublikuj także na Facebooku” („Also post on Facebook„).

  • Autorom najciekawszych komentarzy odpowiem z prośbą o wysłanie wiadomości na mój adres e-mail.

  • W odpowiedzi na wiadomość otrzymają Państwo bezpłatny kod do pobrania e-booka ze strony internetowej dystrybutora tego wydawnictwa, firmy Virtualo.

  • Konkurs trwa do poniedziałku, 25 maja 2015 włącznie.

Google Translate - logo

OBRAZY // Misior Cudak: Przewodniczka

"Złapać trochę Słońca" © Misior (2015)
„Złapać trochę Słońca” © Misior (2015)

Spośród wszystkich postaci wypełniających dziś rodzimą wyobraźnię artystyczną, jedną z najbardziej wyrazistych jest urzekająca eterycznym pięknem i konsekwentnością swych kroków bohaterka twórczości Misiora Cudaka. Jej suwerenne istnienie (bowiem mamy tu do czynienia z odrębnym, nie tylko artystycznym, bytem) ważne jest także dlatego, iż podkreśla niematerialny, duchowy wymiar kobiecości (i życia w ogóle); dymensję, którą współczesna humanistyka traktuje nieodłącznie od fenomenów zamieszkiwania i tożsamości. Przewodniczka (tak określmy tę wieloimienną czarodziejkę) milczącą mową cielesności wskazuje miejsce z którego pochodzi i do którego zmierza ten, kto ją podziwia. Fascynacja artysty jej pojawami stała się również początkiem równie fascynującej, choć dość hermetycznej, sztuki.

Filozofia tworzenia. Niewiele wiemy o Misiorze, poza tym, że jest on prawdziwym „tytanem pracy” regularnie publikującym swoją twórczość w sieci. Konsekwencja i swego rodzaju altruistyczna regularność to postawa wyróżniająca obecnie polską (przede wszystkim, choć nie tylko) sztukę, w ujęciu której dzieło niejednokrotnie stanowi wartość niemal warunkującą duchowe przetrwanie wśród chaosu znaczeniowego i bytowego. Jest to tym bardziej godne zauważenia, bowiem artyzm nie znajduje obecnie wsparcia poprzez posiadanie swojego miejsca w powszechnym dyskursie, wyznaczanym przez chybione „autorytety” i czystą przypadkowość. Miarą niezależności artysty jest więc wysiłek ukierunkowany ku obecności utworu w świadomości choćby pojedynczego odbiorcy – nagroda zaś za podjęcie tego wysiłku to nieraz chwilowe tylko uwolnienie od poczucia nicości. Dzisiejsza sztuka, jeśli tylko zdołała zaistnieć w postaci dzieła, organizuje życie w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. W rysunkach Misiora formy wyobrażeniowe wyłaniają się często z amorficznego tła o niejednokrotnie złowrogich konturach – ten zabieg obecny w sztuce o inklinacjach mistycznych niemal od jej początków, nabiera tu dodatkowego i szczególnego sensu, co więcej – jest on w rzeczy samej sensotwórczy.

"Posłuchaj kocie, co mówią ci ciocie" © Misior (2014)
„Posłuchaj kocie, co mówią ci ciocie” © Misior (2014)

Tworzenie filozofii. Misior Cudak to prawodawca swoistej ontologii (bądź anty-ontologii) o wdzięcznie tajemniczych, a nawet – zgodnie z przydomkiem artysty – „cudacznych” kształtach. Zaznaczmy, iż nie jest to jednak skazą Misiorowego dzieła, wręcz przeciwnie – stanowi o jego nieporównywalnej aerii. Czym jest cudaczność? Odróżnieniem od cudu. Obsesyjną powtarzalnością tego, co cudowne – aż do momentu, w którym następuje zużycie przywoływanych przez twórcę znaczeń, a otchłań (ku której dzieło Misiora nieustannie grawituje, jednocześnie ją kontestując) stanie się widzialna. To, iż ten moment nigdy nie nastąpi, czego można się domyślać patrząc na potęgę wyobraźni tego twórcy, jest miarą talentu i artystycznej samowiedzy. Misior z właściwą sobie dosadnością, lecz także dystansem, „dozuje” i uprzystępnia w swych przedstawieniach tę treść, która stanowi ich sedno – widzialność tajemnicy. Misiora nie tyle się odkrywa i poznaje, co podąża za zawartymi w jego rysunkach „hermami” – pradawnymi znakami kierunku, jaki winniśmy obrać, by nie zbłądzić. Trywialne sformułowanie, iż „zło czai się wszędzie” jest tu na pewno jednym z takich drogowskazów – przestróg. Metafizyczna konsekwentność obecna w pracach (tak wizualnych, jak i muzycznych) Misiora ma zaś swoje wyraźne źródła w tradycji myśli, oraz sztuki – poddane są one jednak głębokiej indywidualizacji, dalekiej od estetyki cytatu, nawiązania, kalki. Pierwszym planem owych źródeł jest średniowieczna ludowa kosmogonia, elucydariusz, a więc swoiste mixtum compositum wiary i przesądu, objawienia i doktryny, boskiej cudowności piękna i szatańskiej przewrotności zła. Elucydariusz jest także formą podawczą, nastrojem w jakim prezentowane są treści Misiorowych dzieł – kto pamięta postać Agnieszki z „Katedry Najświętszej Marii Panny w Paryżu” Wiktora Hugo, temu wspomnienie owej uroczej istoty powinno wystarczyć do pogłębionej „lektury” wyobraźni Misiora. Studia nad średniowiecznymi traktatami są zbędnę, by intuicyjnie „odpoznać” ich sens zawarty w dziełach Misiora. Drugą warstwę źródłową stanowi „submisywna” estetyka rysunków Brunona Schulza – w przypadku wyobraźni Misiora jednak zdecydowanie wykraczająca poza rekwizytorium poddaństwa względem tego, co kryje się za manifestacją kobiecego piękna. „Submisywność” w dziele tym została uwznioślona, podniesiona do rangi niemal mistycznej i wpisana w niełatwą symbolikę, której odczytanie możliwe jest chyba wyłącznie za pomocą intuicyjnego wartościowania: „to mi się podoba”, „przepiękne”; albo odwrotnie: „straszne”, przerażające”. Z wyobraźni Schulza pochodzi także ekspresyjny kontrast, którym Misior nader często się posługuje – w stopniu jednak niewykraczającym poza miarę twórczej stosownosci. W żadnym wypadku – podkreślmy ponownie – nie mamy tu do czynienia z kalką wyobraźni. Trzecią wreszcie, wartą unaocznienia sferą nawiązań jest tradycja tworzenia form powabnych – w tym znaczeniu, jakie nadaje im psychologia głębi.

"W piwnicy rozumu" © Misior (2013)
„W piwnicy rozumu” © Misior (2013)

Przewodniczka. Jej wieloimienne istnienie stanowi sedno powabu wpisanego w rysunki Misiora Cudaka. Istnienie to najstosowniej byłoby przemilczeć, bądź opisać za pomocą „niewypowiedzianej dyskrecji”, którą w odniesieniu do podobnego majestatu posługiwał się Rainer Maria Rilke. „Albowiem piękno jest tylko przerażenia początkiem, straszliwy jest każdy anioł” – jak poeta ten wypowiedział naturę owego (nie)bytu na kartach „Elegii duinejskich”. Eteryczna smukłostopa dziewczyna, która – poproszona o to w najmniej odpowiedniej chwili – nigdy nie „usiądzie”, może na moment jedynie „przysiąść” (czyni zaś to na podobieństwo kota abisyńskiego, lub ważki – szczególnie tej z gatunku Libellula Depressa), wędruje lekkim powabnym krokiem przez dzieje świata, a gdzie tylko spojrzy (nigdy wprost – przeważnie choć odrobinę, ale z ukosa) tam wyrasta bujne życie, lub roi się śmierć. Ingeborga, Izyda, Rozalinda i Aneta z „Anioła zagłady” Stanisława Srokowskiego; Rea z kolejnej powieści tegoż autora – „Lęk” (kreacja może najbliższa Misiorowym zjawom); „Imago” Karola Spittelera; „Gradiva” Wilhelma Jensena; „Ona” Henry’ego Ridera Haggarda (o której Clive Nolan napisał pełną rozmachu „rock operę”); Angelika Karola Irzykowskiego; „Annabel” i „Ligeja” Edgara Poego; Aporia postmodernistów; Modestia ojców Kościoła; Nadkobieta Tomasza Beksińskiego; „Alda, Dark Lady of the Outer Worlds” Juliana Savarina (najbliższa swym dźwiękowym portretom w muzyce Misiora); Uśmiechająca Się w finalnej scenie „All That Jazz”; czy wreszcie ta, której imię zdobi tytuł ostatniej płyty Dead Can Dance… Ela, Elucinda, Elucidarium – iskra twórczości i tęsknoty powracająca pod tymi imionami w Misiorowym dziele jest zwiastowaniem i zapowiedzią, a także obrazem tego, co zdarza się w najważniejszych momentach ludzkiego życia (gdyż są one z nią nierozłącznie związane, jako z ich sprawczynią). Jej powrót jest subtelny i potężny zarazem (jej krok niweluje estetyczną różnicę między wzniosłością, a wdziękiem). Ta nieporównywalna istota nie była dotąd obecna w polskiej współczesnej sztuce z tak uroczo zakrytą wyrazistością, jak to spełnia się w rysunkach i kompozycjach Misiora. Oto powróciła. Obawiam się, a jednocześnie mam nadzieję.

"Elucidarium, Irlill i inni" © Misior (2014)
„Elucidarium, Irlill i inni” © Misior (2014)

Zło z chaosu. W dziele Misiora Cudaka istnieją wyraziste symbole zła. Jak zwykle, kiedy obcuje się z tajemnicą (kobieta jest przecież tajemnicą, a zarazem instrumentem na którym gra szatan – jak chciał Maximillian Rudwin) ich obecność zaznacza stąpanie po terra incognita – ziemi niepewnej, niepoznanej, a często jałowej. Symbole zła odnoszą się do filozofii bez rozwiązania; do mroku – bądź nadmiaru jasności – a więc warunków, w których wzrok okazuje się bezradny. Zło jest ściśle związane z chaosem znaczeń i rzeczywistością, w jakiej dominuje element „nie” (pamiętajmy, że Misior jest polskim artystą, a obecność złego w jego pracach jest także mimowolnym tego podkreśleniem). Artysta sam niejednokrotnie przestrzega odbiorców, których mogłyby zniechęcić – bądź odstręczyć – okultystyczne odniesienia jego rysunków. Ten jednak składnik wspomnianej „filozofii bez rozwiązania” zdaje się zanikać w najnowszych Misiorowych pracach, wypierany przez czystą naoczność złego. Równie znamienne jest to, iż szala aksjologiczna tych przedstawień nachyla się ku pięknu (i to olśniewającemu), dla którego brzydota zła jest jedynie tłem, mrokiem nieodłącznie związanym z przerażeniem w obliczu obcowania z tajemnicą. Czyżby więc istniała w tych współczesnych formach klasyczna równość piękna i dobra, oraz zła i brzydoty? Tak, pod warunkiem, że nie będziemy zbyt często spoglądać na twarz Eli.

"Bogini i diabeł (wersja 2)" © Misior (2013)
„Bogini i diabeł (wersja 2)” © Misior (2013)

Muzyka – przekroczenie zastanego. Kriccagiya to nazwa właściwie jednoosobowego projektu muzycznego, który powołał Misior Cudak. Prawem korespondencji sztuk, ta niezwykła orientalizująca muzyka przekłada się na obrazy, sama stanowiąc swoiste, bogate aranżacyjnie dźwiękowe ilustracje, bliskie estetykom: art rock, dark ambient, oraz dark / occult folk. Muzyka Misiora to temat odrębny, może też stać się wkrótce ożywczym tonem obecnej polskiej alternatywy. Jakość wykonawcza, oraz pasja do eksperymentu idą tu w parze z potęgą wyobraźni zdolnej powoływać nadprzyrodzonej urody mini – suity zdominowane przez eterycznie brzmiące instrumentarium. Nawet perkusyjne tremolo, wyraźnie przejęte ze stylistyki trash metalowej, brzmi tu subtelnie i z właściwym tej muzyce wdziękiem. Wyobraźnia muzyczna Misiora zdaje się nie mieć odniesień, jeśli zaś będziemy – mimo wszystko – ich poszukiwać, to warto wskazać na najlepsze dokonania mistycyzującej rockowej progresji początku lat siedemdziesiątych: Brainticket, Paula Gaffey’ego, Julian’s Treatment, Curved Air, czy Trees. Najważniejsze jednak w kompozycjach Misiora Cudaka są teksty, a szczególnie te ich fragmenty, które traktują o uroczych powrotach Eli – to muzyczne momenty o nieporównywalnym rejestrze doznań. Muzyka i obraz potrafią więc współbrzmieć, o czym zaświadcza ta niezwykła sztuka stworzona dla „Tej-Której-Słowo-Jest-Rozkazem”.

Szymon Gołąb

Misior – Facebook

Kriccagiya – Facebook

"Wanda nad przepaścią" © Misior (2015)
„Wanda nad przepaścią” © Misior (2015)
"Tajemnice 4 ścian" © Misior (2014)
„Tajemnice 4 ścian” © Misior (2014)
"Słoneczna Pani" © Misior (2014)
„Słoneczna Pani” © Misior (2014)
"Przypływ" © Misior (2014)
„Przypływ” © Misior (2014)
"Nadziejanka i jej brytanokrólik" © Misior (2014)
„Nadziejanka i jej brytanokrólik” © Misior (2014)
"Hrabia Julian i Leya" © Misior (2013)
„Hrabia Julian i Leya” © Misior (2013)
"Chaos w szafie" © Misior (2015)
„Chaos w szafie” © Misior (2015)
"Bogini i diabeł na górskiej drodze" © Misior (2015)
„Bogini i diabeł na górskiej drodze” © Misior (2015)
"Lucyfer szuka wody" © Misior (2014)
„Lucyfer szuka wody” © Misior (2014)
"Eumilia i Fexotill przy stoliku do diablaka" © Misior (2015)
„Eumilia i Fexotill przy stoliku do diablaka” © Misior (2015)
"Podaj diabłu chusteczkę" © Misior (2014)
„Podaj diabłu chusteczkę” © Misior (2014)
"Elucinda" © Misior (2013)
„Elucinda” © Misior (2013)

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: