„LORD VADER, YOUR CAR IS READY” / Parrot to the Moon: Chemistry

Parrot to the Moon: Chemistry (EP; Zoey Records; Szwajcaria; 23 października 2015)

Parrot to the Moon - Chemistry (ep; 2015)

Być może obcujemy z jedną z najciekawszych zapowiedzi muzycznych 2015 roku… Epka Chemistry szwajcarskiego tria Parrot to the Moon zawiera muzykę, która nowoczesną odmianę synth / dark popu wprowadza – ze sporą dozą odkrywczości – w nowy rejestr, zapowiadany chociażby przez nagrania Empathy Test i We Are Temporary. Chemistry to także niezwykła muzyczna podróż (i muzyka wybitnie stworzona do relaksu w podróży) – wsiądźmy więc na chwilę do samochodu, aby w pełni poczuć zawartą w niej specyficzną subtelność i siłę. Tytuły dwóch z najpiękniejszych na tej płycie utworów są bowiem właśnie zaproszeniem do drogi i jej przeżywania – to „Interstate” i „Highway 5am”.

Parrot to the Moon (fot. Claudia Link / źródło: materiały prasowe zespołu)
Parrot to the Moon (fot. Claudia Link / źródło: materiały prasowe zespołu)

Obowiązkowo samochód musi być amerykański, a pora nocna (bądź wczesnoporanna) – jak w lirycznych synth popowych opowieściach Depeche Mode. Czarna Impala dysponuje wystarczającą mocą dla tej muzyki (w wersji wzmocnionej do: 6.2 L / V8 / 550 KM), ma też odtwarzacz CD / MP3 z czterema dobrze brzmiącymi głośnikami. „Czarna” (która mimo swej siły jest wciąż kobieca) rozpędza się do prędkości 300 km/h w czasie, w którym Jakub Wojewódzki (polski prezenter radiowo-telewizyjny) nie zdąży nawet „zaszpanować” swoim Lamborghini – wszelka płycizna przestaje zresztą istnieć od pierwszych tonów tej cudownej płyty, która… Rzeczywiście ma w sobie coś bliskiego aksamitnej akceleracji ogromnego silnika V8, ukrytego pod dostojnie wystylizowaną maską – czyli „wszystko inaczej”, niż to się dziś robi w masowych produkcjach motoryzacji i muzyki.

Parrot to the Moon (fot. Claudia Link / źródło: materiały prasowe zespołu)
Parrot to the Moon (fot. Claudia Link / źródło: materiały prasowe zespołu)

Niewiele jeszcze wolno mi powiedzieć o tej płycie; zresztą o pięknie i tajemnicy – podobnie jak o miłości – najlepiej się milczy, nie zaś rapuje wokół. Album zawierać będzie sześć utworów, w tym tytułowy – „Chemistry” – w dwóch wersjach: podstawowej, oraz przygotowanej do emisji radiowej (tzw. „Radio Edit”), a więc blisko o minutę krótszej. Tyle jednak wystarczy, by zaczarować słuchacza. Zagrany w zdecydowanie ciemniejszej tonacji od tej, do której przywykliśmy w nurcie New Romantic (do którego tej płycie bardzo blisko) album Chemistry to przede wszystkim wspaniałe proporcje, balans pomiędzy synth popowym – i niemal tanecznym – pulsem, a balladowością podkreślaną chociażby przez obecność gitary… Mogącej kojarzyć się z nagraniami R.E.M. (w utworze „Interstate”). Elementem organizującym i spajającym całość jest zaś urzekający (nie znajduję innego określenia), pełen romantycznego vibrato, głos wokalisty – i jest to zdecydowanie jeden z najlepszych wokali, jakie usłyszałem w tym roku.

Premiera albumu 23 października. Warto czekać. Bardzo.

Szymon Gołąb

Album dostępny (pre-order) w wersji cyfrowej w serwisie i-Tunes. Wkrótce także w wersji fizycznej (płyta CD).

Parrot to the Moon – oficjalna strona

Parrot to the Moon – Facebook

Google Translate

COŚ / Unidentified Man: Dissociative Identity

Unidentified Man: Dissociative Identity (LP; Wool-E Tapes; Belgia; 17 października 2015)

Unidetified Man - Dissociative Identity (lp; 2015)

Pamiętacie horror „Coś” (w oryginale „The Thing”; reżyseria John Carpenter; Stany Zjednoczone; rok 1982)? Od zawsze bałem się przedstawionego w nim świata i tego, jak arktyczny chłód łączy się tam z niepewnością każdego kroku. Nie jestem też odosobnionym przykładem widza, u którego sceny z tego filmu wywołują niemal paniczny strach, połączony jednak z nutą fascynacji. Te wszystkie organiczne przekształcenia, wielość form, wcielony w „coś” strach… Podobny w wyrazie jest debiutancki longplay Unidentified Man – jednoosobowego projektu minimal synth / cold wave z Belgii.

Niezidentyfikowany człowiek... Unidetified Man podczas koncertu (źródło: Facebook)
Niezidentyfikowany człowiek… Unidetified Man podczas koncertu (źródło: Facebook)

Odpowiedzialny za ten projekt Jurgen De Winter (świetne pseudo!) wydał już pod egidą Unidentified Man ośmioutworowy album Remedy For Melancholy (marzec 2014) zapisując się w pamięci słuchaczy muzyką zimną, minimalistyczną i bezkompromisową w powoływanym „klimacie”. W przypadku najnowszej płyty jest podobnie, ale… Znacznie obszerniej, bądź nawet (można odnieść takie wrażenie) zbyt obszernie. Dissociative Identity zawiera aż czternaście kompozycji, czyli prawie pięćdziesiąt minut ujednoliconej nastrojowo – ale nie aranżacyjnie – muzyki. Trzeba jednak wziąć pod uwagę jakość zamieszczonych tu brzmień, wtedy rozmiar przestanie budzić podejrzenie, a nawet stanie się formą prowokującą dość niezwykłą podróż… W rejony muzycznej Arktyki (dodajmy: nie ma na Dissociative Identity „wypełniaczy nastroju”, choć zdarzają się momenty nieco słabsze).

Dwa żywioły dominują we wnętrzu tej płyty: zimny, beznamiętny i rytmiczny automatyzm, podkreślony wokalem Jurgena (tak właśnie brzmi większość pomieszczonych na Dissociative Identity utworów), oraz instrumentalne syntezatorowe pasaże – równie chłodne i minimalistyczne w wyrazie (wśród nich można właśnie odnaleźć wspomniane słabsze momenty albumu). Elementami ubarwiającymi całość są zaś dwie kompozycje, w których swojego niezwykłego głosu użyczyła Kriistal Ann – nieco sentymentalna (a nawet parodystyczna) ballada „Baby Tonight”, oraz najlepszy fragment płyty – cudownie wzniosły, ciemny i fatalistyczny w nastroju cover klasycznej kompozycji Absolute Body Control, „Melting Away”. Tym utworem jestem bezgranicznie urzeczony.

https://soundcloud.com/unidentified-man-official/absolute-body-control-melting-away-unidentified-man-kriistal-ann-cover

Dissociative Identity jest więc próbą (miejscami nieco amorficzną) połączenia trzech sposobów interpretacji gatunku minimal synth nadającą mu zdecydowanie ciemny odcień. Album brzmi niczym „nieociosane” nagrania syntezatorowych pionierów z lat z początku osiemdziesiątych – i dzięki temu właśnie jest godny polecenia. Dziś tak już się nie gra, bądź też – dopiero zaczyna się tak grać.

Szymon Gołąb

Album w wersji cyfrowej do nabycia na stronie Unidentified Man w serwisie Bandcamp. Wersja fizyczna (kaseta magnetofonowa o limitowanym nakładzie stu egzemplarzy) ukaże się 17 października, przy okazji Record Store Day, i będzie dostępna za pośrednictwem strony wytwórni Wool-E Tapes.

Unidentified Man – Facebook

Unidentified Man – SoundCloud / SoundCloud (profil alternatywny)

Google Translate

DOBRY NASTRÓJ / Bill And Murray: A New Kind Of High

Bill And Murray: A New Kind Of High (LP; Other Voices Records; Izrael; 26 września 2015)

Bill And Murray - A New Kind Of High (lp; 2015)

Zaintrygował mnie tytuł tej, wypełnionej ciekawą odmianą synth popu, płyty: A New Kind Of High, czyli „nowa odmiana wzniosłości”. Młody duet z Tel Awiwu postanowił dokonać więc czegoś dość rzadko spotykanego we współczesnej muzyce izraelskiej; otóż zespół ten sugeruje, że jego utwory odznaczają się „wzniosłością” i to „nowej odmiany”. Muzykom z Tel Awiwu udało się to niemal w stu procentach, ale… Powiedzmy najpierw, o co właściwie chodzi z tą „wzniosłością” i dlaczego jest ona ważna?

W którejś ze swoich prac poświęconych symbolowi, Mircea Eliade wspomina o muzyce, która zdolna jest – parafrazując – „przypomnieć nam o czymś ważnym i zdawałoby się dawno już zapomnianym. To wspomnienie, zawarte czasem nawet w płochych nastrojowo popularnych piosenkach sprawia, że stajemy zasłuchani – a niekiedy też w naszych oczach pojawiają się łzy”… Nie znam lepszego opisu muzycznej wzniosłości, która – co charakterystyczne dla tej sztuki – jest wyłącznie nastrojem, bądź delikatną (ale potężną) sugestią. Potrzeba sporego kunsztu, oraz wrażliwości, aby zawrzeć to wrażenie w utworze muzycznym. Istnieją też obszary kultury mniej, lub bardziej podatne na obecność tego, co wzniosłe.

Bynajmniej zaś ambicją nowej muzyki z Izraela (dosłownie i metaforycznie „wyzwolonej”, niczym improwizacje free-jazzowe) nie jest poszukiwanie wzniosłości. Odnajdziemy ją w kręgu brzmień nawiązujących (bądź negujących) zupełnie inny sposób pojmowania tego, co niewidzialne, lub (i) „wytęsknione”. W pojmowaniu tym celuje sztuka wyrosła z prawosławia (dzięki ikonom i zawartej w nich potencji muzycznej), oraz katolicyzmu (przez wpisanie w formułę liturgiczną utworów organowych). W tradycji muzyki żydowskiej nie istnieje „kanon” w takiej formie, w jakiej można byłoby się do niego odwoływać, bądź go negować. Niezrozumiałe? Właśnie! Ma być „niezrozumiałe”, aby było twórcze. Przez to jednak wciąż niewiele wiemy o najnowszych brzmieniach z Izraela, a tym bardziej nie potrafimy określić ich jakości.

Bill And Murray - A New Kind Of High (płyta CD / źródło: materiały wydawcy)
Bill And Murray – A New Kind Of High (płyta CD / źródło: materiały wydawcy)

A New Kind Of High jest więc płytą tym bardziej zasługującą na uwagę, bowiem powstałą w tradycji wciąż dla nas dość egzotycznej… Egzotyka? Osiem utworów pomieszczonych na tym pierwszym długogrającym krążku Izraelczyków to dark pop / synth wave w najczystszej postaci, porównywalnej z dokonaniami (pełnymi wzniosłości, a jakże!) Sleep Thieves, Lydii Ainsworth, czy Vivien Glass. Nie spodziewajmy się tu „klezmerstwa” – utwory urzekają nastrojem rodem z new romantic i synth popową „przejrzystością” linii melodycznych. Jest też element „gaze” obecny w brzmieniu gitar (nieco podobnym do tych, jakimi wyróżniła się w 1995 roku polska grupa Big Day na swojej pierwszej płycie – W świetle i we mgle). Tego rodzaju zestawienie nastrojowe, wzbogacone o subtelny w wyrazie żeński wokal i mocny męski, brzmi odkrywczo i świeżo – mimo, że album złożony jest w części z utworów mających już dobre parę lat.

Muzykę z Izraela często ceni się za eteryczny balladowy nastrój, uzyskiwany głównie dzięki wykorzystaniu instrumentarium akustycznego. Ta swoista „żydowskość” brzmienia jest na A New Kind Of High również obecna – jednak forma jej podania wyklucza wszelką narzucającą się, krzykliwą egzotykę. Ten album to po prostu światowy format muzyczny – nic więc dziwnego, że zespół supportował występy Gary’ego Numana, oraz grał (z powodzeniem) w Europie i Stanach Zjednoczonych.

„Nowy rodzaj wzniosłości” w wykonaniu duetu Bill And Murray to także płyta doskonale poprawiająca nastrój i… Sprawdzająca się w różnych okolicznościach odbioru (polecam do słuchania w podróży). Krążek nie ma słabych momentów. Faworyzuję utwór tytułowy – w jego wygłosie pojawia się fraza przepięknie zaśpiewana po rosyjsku. Takich miłych niespodzianek na A New Kind Of High jest dużo więcej.

Szymon Gołąb

Płyta w wersji fizycznej (CD o limitowanym nakładzie trzystu egzemplarzy) do nabycia na stronie wytwórni Other Voices Records w serwisie Bandcamp.

Bill And Murray – Facebook

Bill And Murray – YouTube

Google Translate

CZERŃ, CHŁÓD, SYNTH / Luminance: Sans Visage

Luminance: Sans Visage (LP; Die Blinden Records; Belgia; 1 października 2015)

Luminance - Sans Visage (lp; 2015)

Znana rodzimym słuchaczom (chociażby z zeszłorocznego występu na wrocławskim festiwalu Return To The Batcave) belgijska grupa Luminance nie tylko „trzyma formę”, ale i wciąż podnosi muzyczną poprzeczkę. Najnowszy longplay tego zespołu zawiera dziewięć utworów oferujących chyba niespotykaną dotąd w nowoczesnej muzyce miksturę brzmień cold wave i synth pop. Już poprzedzający długogrającą płytę split Luminance i Psyche zapowiadał latem tego roku, jak znakomitego nastroju należało się spodziewać:

W obszernej dyskografii Luminance album Sans Visage jest wydawnictwem szczególnie dojrzałym, znakomicie brzmiącym i różnorodnym pod względem nastroju. We wnętrzu Sans Visage można znaleźć niemal cały przekrój nowej „muzyki chłodu” i to w nader interesujących aranżacjach – poszczególne utwory z tej płyty spodobają się zarówno zwolennikom syntezatorowego ascetyzmu spod znaku nagrań Blok 57 (kompozycja „No Second Act”); potęgi brzmienia Depeche Mode – zwłaszcza z Playing the Angel – (znakomity „Conjure the Spell”, przypominający siłę wyrazu „Nothing’s Impossible” ze wspomnianego krążka Depeche Mode); melodyjnego synth popu („Left Out” z tekstem i wokalem Darrina C. Hussa z grupy Psyche); czy wreszcie nowoczesnej odmiany minimal wave („The Grey”, The Perfect Blend”, oraz finalny – zaśpiewany po francusku – „Hymne au Sang”). Ten eliminujący monotonię rozrzut stylistyczny połączony jest na Sans Visage w spoistą nastrojowo całość – a to, między innymi, dzięki doskonałemu, nieco na tej płycie „obłąkańczemu” i pełnemu melancholii głosowi wokalisty.

Luminance (źródło: Facebook)
Luminance (źródło: Facebook)

Wspaniały album! Czarny, chłodny, nastrojowy i po mistrzowsku łączący brzmienia gitarowe z elektronicznymi. Faworyzuję utwór „Conjure the Spell” – pozostaje on w pamięci na długo, niemal jak doskonale „to, co najważniejsze” puentujący „Ghosteps” z repertuaru Bat Nouveau.

Szymon Gołąb

Album w wersji fizycznej (płyta winylowa) do nabycia za pośrednictwem serwisu Discogs; wersja cyfrowa dostępna na stronie zespołu w serwisie Bandcamp.

Luminance – Facebook

Luminance – SoundCloud

Google Translate

PRZED PREMIERĄ / Molly Nilsson: Zenith

Molly Nilsson: Zenith (LP; Dark Skies Association / Night School Records; Niemcy; 23 października 2015)

Molly Nilsson - Zenith (lp; 2015)

Najnowszy szósty longplay w dyskografii Molly Nilsson, artystki pochodzącej ze Szwecji – ale twórczo związanej z berlińskim renesansem nowej fali – miał ukazać się dwudziestego piątego września; ostatecznie jednak premierę albumu Zenith przesunięto na drugą połowę października… Wydaje się to być uzasadnionym zabiegiem – środek jesieni to czas, w którym spotykają się dwa światy: wspomnienie i tęsknota za latem, oraz zapowiedź i obawa przed zimą. Podobny dualizm wyróżnia muzykę Molly Nilsson – szczególnie zaś słyszalny jest on we wnętrzu jej najnowszego wydawnictwa.

Zenith to piękna płyta; wypełniona poezją, nastrojowa, a zarazen nie pozbawiona elementów tanecznych, a nawet przebojowych – jak chociażby zapowiadający ten krążek utwór „1995”. Wśród trzynastu pomieszczonych tu kompozycji wspomniana przebojowość zdecydowanie wiedzie prym, jest ona jednak mistrzowsko – i w proporcjach właściwym chyba wyłącznie tej berlińskiej artystce – połączona z zimno falową melancholią. Reinterpretacja wzorców elektronicznej odmiany cold wave lat osiemdziesiątych w wykonaniu Molly Nilsson nie ma sobie równych, a to głównie dzięki wyobraźni twórczej ukierunkowanej w stronę niemożliwych wręcz stylistycznych fuzji. Zenith to „cold fusion” w najczystszej postaci! W otwierającym album utworze „The Only Planet” pojawiają się chociażby nawiązania do stylistyki… Reggae. Co więcej – powracają one jeszcze w kilku kolejnych odsłonach tej wspaniałej płyty.

Molly Nilsson (źródło: Facebook / fot. Chris Filippini)
Molly Nilsson (źródło: Facebook / fot. Chris Filippini)

Tradycją powołaną przez Molly Nilsson jest także łączenie instrumentarium elektronicznego z akustycznym – beat i synth towarzyszą na jej płytach brzmieniom, między innymi, akustycznej gitary i cymbałów. Podobnie, lecz chyba najbardziej jak dotąd wyraziście, fuzję tę słychać na najnowszy krążku – co sprawia, że obcujemy z muzyką o nader kameralnym wyrazie, jednak nie pozbawioną zimno falowej zwartości i siły oddziaływania.

Molly Nilsson (źródło: Facebook / fot. Rasa Juskeviciute)
Molly Nilsson (źródło: Facebook / fot. Rasa Juskeviciute)

Zenith nie ma zbędnych momentów, muzycznych „wypełniaczy”. Nawet krótkie (niespełna dwuminutowe) interludia albumu – jak „Titanic” i „Bus 194 (All There Is)” – stanowią swego rodzaju arcydzieła sztuki umieszczania potężnego ładunku emocjonalnego w krańcowo zwartej formie. Jestem zachwycony!

Warto pozwolić, aby jesień dalej rozwijała swe chłodne czary, przede wszystkim po to, aby były one tłem dla tej niezwykłej płyty.

Szymon Gołąb

Album w wersji fizycznej (płyta winylowa i CD) będzie dostępny w sklepach internetowych wytwórni Dark Skies Association, oraz Night School Records.

Molly Nilsson / Dark Skies Association – oficjalna strona / SoundCloud / YouTube

Molly Nilsson – Facebook 

Google Translate

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑