Geometric Vision: Virtual Analog Tears (LP; Swiss Dark Nights; Włochy; 16 marca 2015)
Świszczący zimny wicher rozpoczyna („Black Heaven”), oraz kończy („Nenia”) tę niezwykłą płytę – i czyni to najpiękniej, najbardziej „gotycko” od czasu, kiedy w 1999 roku zaszumiał podobnie we wnętrzu albumu Graphite polskiej formacji Closterkeller. Oprócz lodowatego wiatru, najnowszy krążek Geometric Vision funduje nam obszerny seans złożony z tego, co we współczesnej muzyce post punk / cold wave jest chyba najlepsze. Co również bardzo ważne – Virtual Analog Tears to płyta nad wyraz i pociągająco wielowymiarowa.
VAT (tak, po polsku i swojsko, skróćmy tytuł tego albumu) jest drugim długogrającym wydawnictwem w dyskografii włoskiego tria, obok pochodzącego z 2013 roku – i świetnie przyjętego przez słuchaczy – longplay’aDream. Przez ten czas zespół wypracował nader indywidualne, dość zachowawcze brzmienie, będące – w zasadzie – stylistyczną parafrazą post punkowego chłodu spod znaku nagrań Bauhaus (inspiracja, którą słychać głównie we frazach gitarowych); przy czym najnowszy album nieco porzuca, bądź roszerza, tę formułę – co zdecydowanie należy zaliczyć in plus. Muzyka Geometric Vision jest przez to jeszcze bardziej autentyczna i po prostu ciekawsza. Potrafi też zachwycić nastrojowością.
Geometric Vision
Dwanaście kompozycji pomieszczonych na płycie utrzymanych jest konsekwentnie – i w większości – we wspomnianej post punkowej estetyce, w nielicznych przypadkach (utwory: „In Your Silent Room”, tytułowy, oraz „Stupid Song For Dreamers”) nader udanie wzbogaconej chłodnymi brzmieniami syntezatorów. Pierwszy plan albumu zaś, to znakomite partie gitary basowej, rytmiczność automatu perkusyjnego i melancholijny męski wokal. Kwintesencja zimnej fali, którą uzupełniono tu interesującą w wyrazie przestrzenią elektronicznego tła, oraz specyficznym głosem perkusji – w nienarzucających się efektach brzmieniowych osiągniętych za pomocą tego właśnie instrumentu należy, przede wszystkim, upatrywać odrębności stylu nowej płyty Geometric Vision. Album zawiera także wyraźne perły gatunku, są to utwory: „Black Heaven”, „Think”, „Generation A”, oraz – najpiękniejszy, dzięki organowej introdukcji – „Novembre”.
Vitual Analog Tears to wspaniała, przepełniona chłodną wrażliwością, płyta. Zamierzam często do niej powracać – nie tylko w playlistach Transmission / Transmisji.
Peine Perdue: Disparitions (LP; Medical Records; Francja / Niemcy; 20 marca 2015)
Dzięki tej płycie współczesna scena minimal wave objawiła się jako zjawisko niemal filozoficzne. Drugi longplay duetu Peine Perdue to wydawnictwo pełne skupienia, namysłu i twórczych eksperymentów. Disparitions jest również konsekwentną „hermeneutyką nastroju” – drążeniem w szczegółach minimalistycznych brzmień, które ma powołać i wypowiedzieć nastrój, jako jedyną i odwieczną powinność muzyki. Wszystko to sprawia, iż mamy do czynienia z albumem niezwykle wysublimowanym i sprawiającym osobliwą przyjemność obcowania ze sztuką ważną, oraz przesyconą pierwiastkiem kultury.
Disparitions to – podobnie, jak w przypadku wydanego w zeszłym roku debiutu Peine Perdue – dziesięć kompozycji utrzymanych w charakterystycznym dla duetu Stephane i Coco stylu, którego sednem – w warstwie wokalnej – jest nastrojowa i głęboka w wyrazie żeńska melorecytacja z francuskim tekstem, oraz – w obszarze instrumentalnym – syntezatorowy minimalizm budujący aurę swoiście (i nieustannie) „powstrzymywanej taneczności”; owo powstrzymywanie służy zaś temu, aby ta interesująca muzyka nie przekroczyła granicy banału, poza którą jej istnienie byłoby pozbawione sensu. Bez obaw więc – płycizny na tej płycie nie uświadczymy.
Stephane Argillet i Coco Gallo (Peine Perdue)
Są tu natomiast liczne reminiscencje zaczerpnięte z dzieł, które stworzyły nowoczesną „kulturę chłodu”. Linia tych nawiązań prowadzi na Disparitions od wdzięku ról Delphine Seyrig, przez uczuciową otchłań poezji Anny Achmatowej, po czarno-biały koloryt emocji w filmach Rainera Fassbindera, twórcy – przypomnijmy – znakomitego obrazu “Miłość jest zimniejsza niż śmierć” (1969).
Ta płyta jest zaś chyba zimniejsza od obu z nich, a zarazem – “piękna jak samobójstwo” (Lautréamont). Wabliwy urok niewieściego głosu (potencjał erotyczny w muzyce Peine Perdue naprawdę urzeka), okraszonego “łączliwą” elektroniczną scenerią (niczym w “Gumach”, czarnym kryminale Robbe-Grilleta) wprowadza słuchacza w swoisty seans, który długo pozostaje w pamięci i wyobraźni – a więc niczym w dawnym dobrym kinie. Właśnie – film! Disparitions to album wybitnie filmowy, lecz bynajmniej nie w znaczeniu hollywoodzkiego soundtracku. Pewne fragmenty tej płyty mają w sobie muzykę kadrów “Alphaville” (1965) Godarda. Jest to czysta i ujmująca korespondencja sztuk – muzyka przemawia tu niczym obraz. Jestem zachwycony!
Zbyt trudne to wszystko? Ależ kto powiedział, że ma być łatwo? Warto sięgnąć w porze relaksu po ten niezwykły album, chociażby po to, aby zasmakować w owym niezbędnym składniku kulturalnego życia – esprit de finesse. Chwile z tą muzyką zaprocentują i odróżnią nas od poziomu polskich speców od kultury, nie umiejących – w większości – odróżnić psa od kota.
Na początku marca ujrzy ciemność nocy nowy longplay duetu Lebanon Hanover, Besides The Abyss. Zanim więc przyjdzie nam skoczyć do otchłannego wnętrza tej płyty, zapowiadanej intrygująco przez teledysk do utworu „Hollow Sky”, czas doświadczyć lodowatej czerni – ta metafora jest bowiem bliska aurze brzmień tworzonych przez ukrywającego się pod pseudonimem QUAL Williama Maybelline’a, czyli połowę duetu Lebanon Hanover.
Lebanon Hanover – „Hollow Sky” (kadr z teledysku)
QUAL nagrał dotąd sześć kompozycji pomieszczonych w opublikowanym w zeszłym roku i pozbawionym tytułu albumie, dostępnym obecnie wyłącznie jako wersja elektroniczna w serwisie muzycznym Bandcamp, oraz – wcześniej – w postaci kasety magnetofonowej o niewielkim nakładzie. Mimo tak skąpej dyskografii, muzyka solowego projektu Williama Maybelline’a cieszy się sporą popularnością wśród odbiorców, sam zaś artysta często i z powodzeniem koncertuje w Europie. Zawdzięczać to należy swoistemu rozgłosowi, jaki towarzyszy muzyce Lebanon Hanover (ma on jednak bardzo pozytywny wydźwięk – zespół konsekwentnie unika płytkiej sławy), oraz niezaprzeczalnemu talentowi muzyka, dzięki któremu QUAL wskrzesza w nowoczesnej postaci najlepsze wzorce estetyki minimal / cold wave z początku lat osiemdziesiątych. William Maybelline współpracuje także w zakresie aranżacji utworów z berlińskim duetem Monowelt, który – przypomnijmy – wystąpi w Polsce już 21 lutego w Szczecinie, podczas tegorocznej edycji Synths of 80’s.
QUAL podczas koncertu (fot. Vomi Torium)
„Stulecia smutku zamknięte w elektronicznych dźwiękach”, „czarna wieża rozpaczy”, „wołanie o pomoc” – tak QUAL opisuje swoją muzykę i opis ten w pełni oddaje jej atmosferę. „Spit On Me”, „Putrid Perfumes”, czy faworyzowany przeze mnie utwór „Rip Doth Thy Scarlet Claws” – pierwszym planem tych kompozycji jest bez wątpienia wokal: bezkompromisowo zimny i mroczny, a także często groteskowo (jednak bez naruszenia zasady stosowności) przerysowany. Wyrazistość wokalna jednak nie przeszkadza artyście tworzyć brzmień interesujących także w warstwie instrumentalnej, oszczędnych i ekspresyjnych, a nawet o swoistym potencjale tanecznym (bądź lepiej: transowym). W tej muzyce, obok jej niezaprzeczalnej odkrywczości, odnaleźć można też echa nagrań nieco zapomnianych już prekursorów elektronicznego chłodu: Arthura Beauty, czy artystów spod znaku Neue Deutsche Welle – Matthiasa Schustera i Joahima Witta. QUAL, podobnie zresztą jak duet Lebanon Hanover, szczególnie dba także o wizualny aspekt swojej twórczości, w tym zakresie współpracując z utalentowaną grecką autorką wideoklipów Vomi Torium, a jego występy – mimo konsekwentnego minimalizmu – mają formę pełnego ekspresji one-man show.
Liczę na to, że być może kiedyś z odrębną jakością muzyki Williama Maybelline’a zapoznają się na żywo także rodzimi słuchacze.
Snow Ghosts: A Wrecking (LP; Houndstooth; Wielka Brytania; 16 lutego 2015)
Urok tej płyty usidla. A Wrecking to piękny i bardzo ważny album – nie tylko ze względów wyłącznie muzycznych. Przenosi on słuchacza w obszar geograficznego konkretu, w przedziwną pustkę jednego ze „stosów” europejskiej kultury melancholii – na Wybrzeże Jurajskie. Pejzaż owej „zatoki ludzi umarłych”, jak określił niegdyś miejsce powstania A Wrecking – Chesil Beach – angielski poeta Thomas Harding, zapisał się w tej muzyce w nieporównywalny i nader sugestywny sposób. Snow Ghosts ponownie oczarowują.
Brytyjskie trio ma już w swej dyskografii podobny, lecz zarazem całkowicie odmienny, album. To debiutancki longplay tej formacji A Small Murmuration z 2013 roku, zawierający chyba jedną z najbardziej przejmujących kompozycji w dziejach nowej muzyki – przerażajaco piękną mini-suitę „Covenant”. A Wrecking jest niejako kontynuacją tego nastroju, jednak znacznie dojrzalszą i bardziej wartościową.
Snow Ghosts
Album tworzy dwanaście utworów zagranych w bardzo zróżnicowanej, właściwej chyba tylko muzyce Snow Ghosts, konwencji. Punktem wyjścia są dla niej brzmienia wyspiarskiego folku o zdecydowanie ciemnych odcieniach (utwory: „Take A Life”, „Lament”, mogący być tańcem umarłych „The Fleet”, oraz „Drought”), miejscem dojścia zaś… Nieskończoność. Ta samotna wędrówka melancholijnym wybrzeżem prowadzi przez zadziwiająco różnorodne eksperymenty muzyczne, których zasadniczym rdzeniem jest budowanie harmonii w celu jej przełamania („Bowline”, „Heid The Light”, „Circles Out Of Salt”). W tym celu muzycy Snow Ghosts sięgają często po dość nieprawdopodobne zestawienia – w utworze „On Knives” pojawiają się nawet (w pełni udane) nawiązania do stylistyki witch house… Dominantą zaś tej wspaniałej muzyki jest, niezmiennie od lat, eteryczny i wyrazisty wokal Hannah Cartwright.
A Wrecking to jednak, przede wszystkim, efekt olśniewającej i coraz rzadszej we współczesnej wrażliwości korespondencji sztuki i miejsca, jakie ją powołało. To prawdziwie dzieło przeżywania natury przez kulturę. Jestem oczarowany, a jednocześnie… Słucham tej płyty z ukłuciem zazdrości w sercu.
Dlaczego w polskiej muzyce „Międzymorze”, któremu niemal nadprzyrodzone strofy poświęcił niegdyś Stefan Żeromski, jest wciąż nieme? Dlaczego nie słyszę lamentu rdzewiejących dźwigarów Gdańska? Czy pustka polskich miast ma mieć wyłącznie karnawałowo uszminkowaną twarz „disco-polo”? To zbyt bolesny dysonans. Jedyną formacją, która w rodzimej muzyce potrafi oddać pejzaż Międzymorza jest wejherowski duet Eternalovers – ten jednak milczy już zbyt długo. Kogo mam zapytać o to, dlaczego artyści w tym kraju milkną? Jeśli podobna odpowiedzi na to pytanie cisza stanie się regułą, to chyba naprawdę uwierzę, że piękno tu umarło.
Szymon Gołąb
Albumu A Wrecker można wysłuchać przedpremierowo na stronie magazynu Tiny mixtapes.
Tomasz Beksiński: In Memoriam (kompilacja; Polskie Radio; Polska; 2 lutego 2015)
Radiowe seanse Tomasza Beksińskiego są wartością wyłączną i nieporównywalną – także w skali światowej. To suwerenna twórczość nacechowana ludzką wrażliwością, dramatyzmem uczuć i trwałym pięknem. Audycja radiowa, tak jak ją pojmował Tomasz Beksiński, jest dziełem sztuki – bedąc formą podawczą dla sztuki innej, muzyki; formą, a więc tajemnicą konstrukcji artystycznej, dzięki której treść w niej zawarta staje się ważna i przemawia językiem piękna. Czy dziś, szesnaście lat od ostatniej audycji Tomasza te zasady są nadal ważne? Są jeszcze ważniejsze. Czy najnowsze nawiązanie do nastroju Tomaszowych audycji, mająca ukazać się wkrótce kompilacja „In Memoriam”, wskrzesza ów nastrój w sposób pełny i wyrazisty? Posłuchajmy i oceńmy.
Na krążku znalezlo się czternaście (szkoda, że nie symbolicznie – szesnaście) kompozycji szczególnie rozpoznawalnych z seansów Tomasza przypadających na okres jego późnej aktywności na antenie (połowa lat dziewięćdziesiątych) w wieczornym paśmie Programu Trzeciego Polskiego Radia – „Trójce Pod Księżycem”. W sieci została oficjalnie udostępniona już lista utworów, które znajdą się we wnętrzu „In Memoriam”, dzięki czemu możemy sprawdzić, czy zestawienie to spełnia zasady, jakimi kierował się w swej sztuce Tomasz Beksiński. Jakie to zasady?
Tomasz Beksiński – In Memoriam (fotografia z wnętrza płyty)
Dwie podstawowe: „tajemniczość” i „kontrast – nawiązanie”. Pierwszą z nich opisał na długo przed Tomaszem jeden z magów literatury, Bruno Schulz. Parafrazując, mówi ona, iż „najważniejsze w powieści są niewidzialne ptaki, któreprzelatują pomiędzy wersami”. To, co nie zostało wypowiedziane jest więc najistotniejsze, buduje aurę i sens przekazu artystycznego. To „coś” zawiera się w formie i – w przekładzie z mowy literatury na język radia (zasadnym w przypadku seansów Tomasza) – jest konsekwencją kolejności, w jakiej utwory następują po sobie. Kolejność ta nie może być przypadkowa; wyznacza ją tekst danej kompozycji, oraz jej nastrój. Tomasz Beksiński często sięgał po tę zasadę, by wypowiedzieć to, o czym milczą słowa, a mówi – nieraz bardzo wyraźnie – muzyka. Tego rodzaju „ptaki przelatujące pomiędzy wersami” odnaleźć można na „In Memoriam” w kilku połączeniach: fragmentu utworu „Neon Marines” The Legendary Pink Dots (swoistego „hymnu” Tomaszowych audycji) z „Lucretia My Reflection” The Sisters Of Mercy; oraz „Halt Mich” Lacrimosy z „The Game” Deine Lakaien; czy wreszcie w tryptyku: Collage: „Living In The Moonlight” – Closterkeller: „Violette” – Abraxas: „Pokuszenie”. Tajemnicze pokrewieństwa pomiędzy tymi utworami są sednem piękna „In Memoriam”, muzyczną ucztą, dla której warto sięgnąć po tę płytę.
Tomasz Beksiński – In Memoriam (tył okładki)
„Kontrast – nawiązanie” to rozwinięcie tajemnicy, jej konkretny przekład, a zarazem ten uchwytny jedynie ludzką wrażliwością moment, w którym muzyka staje się zarazem płaczem, spojrzeniem w głąb, bezbłędnym komentarzem, albo – po prostu – wymownym nastrojem. Tę, wyrosłą na gruncie brzmienia, twórczą regułę odnajdziemy z pełną wyrazistością w „muzycznych” grafikach Joanny Elżbiety Girej – pokrewnej Tomaszowi wyobraźnią malarki i propagatorki polskiej „gotyckiej” sceny muzycznej. Jest to „technika (…) łączenia delikatnych farb akwarelowych z wyrazistym czarnym tuszem; czyli zasada kontrastów i przeciwności” – jak określiła tę tajemniczą formułę, we wstępie do cyklu swoich prac pod tytułem „Ukryty Wymiar”, zmarła kilka dni temu artystka. Tomasz Beksiński nader często sięgał w audycjach po przejętą z malarstwa alchemię „kontrastu – nawiązania”; stosując ją w jej ekspresyjnych miarach, jako regułę coincidentia oppositorum, niejednokrotnie też z pominięciem „fade out” – ciszy rozdzielającejkompozycje.Oto zestawienie dwóch utworów, które pojawiło się w Tomaszowym seansie latem 1995 roku: Ewa Demarczyk: „Pocałunki”, oraz XIII. Století: „Květy zla”. Tak właśnie brzmią akwarela i czarny tusz…
Na „In Memoriam” odnaleźć można trzy momenty spełniające zasadę „kontrastu – nawiązania”; są to ponownie połączenia: „Lucretia My Reflection” The Sisters Of Mercy – „Halt Mich” Lacrimosy – „The Game” Deine Lakaien; oraz: „Living In The Moonlight” Collage – „Violette” Closterkeller – „Pokuszenie” Abraxas; a także pełen napięcia wygłos kompilacji: „Ammonia Avenue” The Alan Parsons Project – „Stationary Traveller” Camel.
Tomasz Beksiński (w tle “Zielonooka”, obraz Zdzisława Beksińskiego)
Czego brak na tej płycie? Każdy z uważnych słuchaczy audycji Tomasza skomponowałby własne zestawienie o podobnym kształcie, lecz różnym repertuarze i odmiennych konfiguracjach. Muzyka jest pamięcią i łącznością z tym, co niewidzialne. Konkretny, brzmieniowy wyraz tej prawdy odnaleźć można współcześnie każdego dnia, częściej w sieci, naturalnym obecnie środowisku dla muzyki, niż w tradycyjnym radiowym eterze. Redakcje stron Tomasz Beksinski – Tribute (TBT), czy The Twilight Zone – Strefa Zmroku TBT, dbają z pieczołowitością o to, aby nastrój Tomaszowych audycji żył w swoich licznych kontynuacjach. Z punktu widzenia ogromnej pracy, jaką wnoszą przez codzienne budowanie muzycznego repertuaru „w nurcie Tomasza Beksińskiego”, kompilacja „In Memoriam” jawi się jedynie jako płochy dodatek i nikły głos. To jednak rzecz drugorzędna. Najbardziej brak mi na tej płycie… Głosu Tomasza. Jako nastrojowego sedna albumu i momentu, w którym jego forma stałaby się świadomym przekazem, jasno i wyraźnie mówiącym: „pamiętasz mnie? Pamiętasz cokolwiek?”… „File It Under Fun From The Past” Marianne Faithfull i tekst tego utworu, który przetłumaczył Tomasz Beksiński w swej pożegnalnej audycji, to brak zasadniczy i „niewybaczalny”. Mimo to album ten polecam każdemu.