Population: Beyond The Pale (LP; Mass Media Records; Stany Zjednoczone; zwiastun: 27 sierpnia 2014)
Zbliża się jesienny chłód – także w muzyce. Ostatni tydzień sierpnia przyniósł w tym roku kilka naprawdę świetnych wydawnictw z kręgu cold wave / post punk. Podobnie jest z zapowiedzią pierwszej pełnowymiarowej płyty amerykańskiej grupy Population. Wytwórnia Mass Media Records (pod której egidą na początku roku wydała swój debiutancki longplay chociażby duńska formacja Moth) uprzystępniła w sieci pięć z dziesięciu utworów, jakie znajdą się na płycie Beyond The Pale. Czas więc przyjrzeć się bliżej nader interesującej muzyce Population.
Ta pochodząca z Chicago grupa ma w swojej dyskografii (włącznie z zapowiadanym albumem) sześć wydawnictw w formatach ograniczających się do epek i singli; początki zespołu sięgają zaś 2010 roku i nagranej na bardzo wysokim poziomie płyty „Demo”. Estetyka, w obszarze której muzycy Population zdobyli już sporą popularność, to brzmiąca bardzo zachowawczo gitarowa zimna fala, z wyraźną ekspozycją perkusyjnego rytmu – co przywodzi na myśl wczesne dokonania The Sisters Of Mercy, Modern English, czy Eyeless in Gaza.
Keelan McMorrow (Population)
Podobnie najnowszy album (przynajmniej w uprzystępnionych pięciu utworach) zdecydowanie odwołuje się do brzmień z początku lat osiemdziesiątych – i to na Beyond The Pale urzeka przede wszystkim! Świetne jest już otwarcie tej płyty („Spears of Silence”), na której otrzymujemy potężną dawkę powrotu do tego, co w niezależnej muzyce sprzed trzydziestu lat było najlepsze. Beyond The Pale to: zwarta melodyjna fraza; post punkowa moc brzmienia (znakomite połączenie klawiszy i gitar); oraz znak rozpoznawczy zespołu (oraz dawnej stylistyki cold wave) – doskonale chłodny i wyrazisty wokal. To właśnie – i przede wszystkim – dzięki głosowi Keelana McMorrowa do muzyki Population chce się powracać, niczym do mrocznych i swoiście „obłąkańczo romantycznych” kompozycji duetu Lebanon Hanover.
„Classic Remains” – tak zatytułowany jest jeden z utworów na nomen omen klasycznej już płycie A – Z Colina Newmana. Brzmienia Population to właśnie „classic remains” w świeżej, wytrawnej i najlepszej postaci.
Znakomite połączenie – energetyczny positive punk moskiewskiego Sierpnia i ciemne post punkowe przesłanie Salome’s Dance z Sankt Petersburga. Split to nawiązanie i różnica – i w tym sensie obcujemy z albumem niemal idealnym.
Formacja Sierpien nagrała już w tym roku świetną płytę – longplay Zawsze Nasze, wyraźnie inspirowany stylistyką spod znaku puławskiej Siekiery. Album ten ukazał się niedawno w formacie CD nakładem polskiego wydawcy Bat-Cave Productions. Wkład Sierpnia w najnowszy split, a zarazem jego druga część, to trzy rosyjskojęzyczne utwory nieco odmienne od propozycji zawartych na longplay’u. „Буржуазная девочка”–kompozycja otwierająca tę część jest jednocześnie jednym z jej najlepszych momentów; „Burżuazyjna piosenka miłosna” to dawka doskonałej, pełnej energii muzyki, bliższej korzeniom punka, niźli jego późnej, zimnej odmianie.
Pierwsza część albumu, zawierająca również trzy utwory (zaśpiewane tym razem po angielsku) w wykonaniu Salome’s Dance to zupełnie odmienna – choć również punk rockowa – opowieść; to także spore (i bardzo pozytywne) zaskoczenie poziomem wykonawczym debiutantów z Sant Petersburga. Początki grupy Salome’s Dance to rok 2012, zaś w swojej dyskografii ma ona – obok opisywanego splitu – jedynie wydane dwa lata temu demo. Formacja nagrała pełnowymiarowy debiut, którego próbą jest właśnie zestawienie z muzyką Sierpnia. Próba ta, dodajmy, wypadła doskonale; Salome’s Dance prezentują chłodną i ciemną odmianę post punka, z bardzo wyrazistym wokalem i – tak samo, jak w przypadku zespołu z Moskwy – sporym potencjałem energii. „Fear”, utwór zamykający pierwszy rozdział splitu, to jedna z lepszych kompozycji, jakie usłyszałem w ostatnim czasie – zimna i konkretna; urzekająca rockową szczerością przekazu. Zdecydowanie – czekam na więcej nagrań Salome’s Dance.
Czerwień to namiętność, czerń to strach. Te dwa bieguny nowej muzyki rosyjscy artyści połączyli na tej płycie w znakomitą całość.
Wybaczcie mi obcojęzyczny tytuł tej recenzji, jednak po wysłuchaniu debiutanckiej płyty włoskiego duetu Tetrolugosi nie sposób wypowiedzieć cokolwiek innego, niż słowa, którymi groteskowo straszył nas niegdyś Peter Murphy: „alone in darkened room / The count Bela Lugosi’s dead / Undead undead undead”. Noc, samotność, błonkoskrzydłe cienie, lęk i bliski obłędu romantyzm (bo miłość w dzisiejszym „nieświecie” jest niemożliwa) – to wszystko znajduje się we wnętrzu tego wspaniałego albumu.
Sara Paradisi i Camillo Perazzoli wskrzesili coś, co w nowej muzyce zdawało się być już martwe – swobodę łączenia wielu gatunków we współbrzmiącą całość. Muzyka Terolugosi zawiera w sobie ogromny „przestrzał” stylistyczny: odnajdziemy tu minimalistyczny synth (utwór „Tonight the dead can dance”); zimnofalowy ekspresjonizm („The Golden Bug” – introdukcja płyty); przepiękną melancholijną balladę bliską nagraniom Kreativ in den Boden („Till we are buried”); wampiryczną wzniosłość podbitą romantyzmem „gotyckich” klawiszy („The Vampire Bat”, który brzmi dla mnie niczym „Nosferatu” Paula Rolanda); jest na tej płycie także swoisty ukłon w stronę włoskiej klasyki mrocznego rocka progresywnego („Filthy sinners” i „Sumo wrestler” – utwory z wyeksponowanym motywem organów, groteskowym wokalem i żeńską wokalizą – co przypomina dokonania grupy Jacula z początku lat siedemdziesiątych). Mixtum compositum w interpretacji Tetrolugosi nie sprawia jednak wrażenia układanki trudnej i wymuszonej, przeciwnie – tej płyty słucha się z ogromną przyjemnością, podobną do… Pocałunku kobiety ze snu (albo Kobiety Węża).
Camillo Perazzoli i Sara Paradisi (Tetrolugosi)
Doznanie czegoś niezwykłego, bycia wyprowadzonym przez dźwięki poza oczywistość, wrażenie obcowania z tajemnicą – oto dominanty tego albumu. Muzyka Tetrolugosi zawiera w sobie to „coś” – co, w tym wypadku nie jest kolokwializmem, ale wskazaniem na jej zdolność do sięgania w inne, niewidzialne na co dzień obszary. Prym pod tym względem wiodą, przewijające się przez cały album, głosy dzwonków (uwielbiam dzwonki!) i lunarny śpiew thereminu.
Zachwycająca płyta, której należy słuchać nocą, przy świetle księżyca, myśląc o Niej.
„Ogień”! „Czad”! „Petarda”! Te określenia często padają podczas występów łódzkiego duetu minimal wave / electro punk, Alles. Paweł Strzelec i Marcin Regucki, operując bardzo oszczędnymi środkami wyrazu, stworzyli pełną energii estetykę, która wpisuje się w nurt nowej chłodnej fali. Dla tej muzyki „przekaz jest i będzie istotny” –mówi Paweł, dodając, iż tworzone przez niego teksty to nic innego, jak obraz i „efekt codzienności – z jednej strony przerażająca bezcelowość i nieuchronny oczywisty koniec; z drugiej ciągłe zmaganie, stawianie czoła, upadki i powstania”. Poniżej rozmowa z muzykami Alles.
Wasza muzyka to nowa jakość na polskiej scenie. Dlaczego wybraliście właśnie tę stylistykę – minimal wave?
Marcin Regucki (M): Miło nam, że jesteśmy postrzegani w kategoriach nowej jakości. Dziękujemy. Myślę, że ta estetyka krystalizowała się w nas przez dłuższy okres, aż w końcu doszło do spotkania i postanowiliśmy coś z tym zrobić. Moim zdaniem wynika to trochę, czy jest nawet przedłużeniem, fascynacji muzyką i kulturą punk, szczególnie z jej „zimnego” okresu. Zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej cały czas możemy poczuć tego charakterystycznego ducha. Jako że obydwaj lubimy także elektronikę, postanowiliśmy to połączyć i… Wyszedł Alles.
Duet nie powstał w próżni, jesteście dość mocno związani z łódzką sceną muzyczną…
M: Tak, zgadza się. Paweł uczestniczy, czy też uczestniczył w niezliczonej liczbie projektów, ale może niech sam się o tym wypowie; ja natomiast na co dzień jestem gitarzystą w składzie Bruno Schulz.
Paweł Strzelec (P): Pierwszym „poważnym” zespołem, w którym się udzielałem był indie rockowy Pornohagen, z jakim nagrałem trzy płyty. Teraz są Alles i Już Nie Żyjesz. Na koncie mam też solowy album o nazwie Staael. Jest to ambientowa, dość oszczędna muzyka. Zaliczyłem też epizod z zespołem Lilaveneda.
W tym roku odbyła się premiera waszej debiutanckiej płyty. Opowiedzcie nieco o okolicznościach jej powstania, inspiracjach, klimacie… Gdzie i w jakiej postaci jest ona dostępna?
M: Premiera naszego pierwszego albumu „Post” odbyła w lutym. Był on dostępny w postaci kaset magnetofonowych, limit sto sztuk, do zamównienia jedynie na stronie wydawcy, Mecanica Records. Jesienią natomiast będzie można nabyć nową wersję płyty na winylu. Wydawnictwo będzie się trochę różnić od kasety, dodaliśmy nowy utwór kosztem jednego z dotychczasowych, są nowe miksy i nowy mastering. Płyta jest już w tłoczni i zostanie wyprodukowana w ilości pięciuset sztuk.
Jesteśmy po dwóch waszych występach na żywo, podczas Castle Party i Dołów. Synth w wykonaniu Alles zdecydowanie robi wrażenie. Pytanie więc do Marcina: czy trudno było zamienić gitarę na syntezator? Gdzie „nabierałeś szlifu” w tworzeniu tak dobrych dźwięków?
M: Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej – przed Alles – nie grałem na syntezatorze; notomiast uważam, że instrumenty to tylko narzędzia i każde z nich można w jakimś stopniu opanować. Liczą się dźwięki i na nich staram się skupić swoją uwagę. Nad brzmieniem albumu pracowaliśmy z producentem Pawłem Cieślakiem i jemu zawdzięczamy bardzo dużo jeśli chodzi o efekt finalny.
W nurcie „zimnej elektroniki” istnieją formacje, które świadomie archaizują swoje brzmienia – chociażby: Roladex, The Phone, Paradox Obscur – grając na sprzęcie z lat osiemdziesiątych; inne zaś: Non-Human Persons, Circa Tapes, In Death It Ends – poszukują syntezatorowej nowoczesności. Do którego z wyborów bliżej Alles?
M: Bardzo szanujemy wszystkie z wymienionych formacji. Jeśli chodzi o nas, to nie ograniczamy się zbytnio; używamy zarówno starszego sprzętu analogowego – i nie tylko – jak i nowoczesnych konstrukcji; nie stronimy też od komputera. Staramy się stworzyć spójny miks i pogodzić jedno z drugim. Nie ma reguły.
Marcin Regucki i Paweł Strzelec (Alles)
Za warstwę tekstową płyty odpowiada Paweł. Twoje teksty to niemal suwerenna poezja. Czego dotyczą? Czy jest coś ważnego, co chciałbyś przez nie powiedzieć?
P: Te teksty, chociaż to zabrzmi banalnie, to efekt wywołany przez codzienność. Wstaję rano i idę spać wieczorem. Z jednej strony przerażająca bezcelowość i nieuchronny oczywisty koniec; z drugiej ciągłe zmaganie, stawianie czoła, upadki i powstania. Teksty to wypadkowa buntu i pogodzenia.
„No Tomorrow” – tak zatytułowany utwór nagrał niedawno Nic Hamersly. Temat dzisiejszego braku perspektyw przewija się w wielu kompozycjach nowej chłodnej fali; a z punktu widzenia Alles: czy swoją muzykę pojmujecie jako sztukę „zaangażowaną”, czy też koncentrujecie się jedynie na formie, na muzyce bez przekazów towarzyszących?
P: Przekaz jest i będzie istotny. O tym czego dotyczą teksty i jaka jest ich wymowa powiedziałem wcześniej. Powołaliśmy zespół do życia, gdyż chcieliśmy zrealizować swoje wizje zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. Muzycznie oscylujemy między nurtami minimal electro i industrial. Słowa są bliskie stylistyce punk. Możemy zdradzić, że przed nagraniem drugiej płyty planujemy wydanie ep z coverami polskich utworów punk rockowych.
Na koniec – wiem, że jesienią przed Alles większa trasa koncertowa. Gdzie będzie można was usłyszeć?
M: Najbliższe koncerty w październiku: Łódź, Warszawa, Berlin. Potem, w listopadzie, pojawimy się we Wrocławiu na imprezie Return To The Batcave.
Conspiracy Coven: Dark Disco (EP; Norwegia; 18 sierpnia 2014)
Uwielbiam takie płyty – konkretne i zimne. Monochromatyczna ekpresja, potęga wyrazu, oraz wrażenie przebywania we wnętrzu zrytmizowanej ciemności – oto, co można odnaleźć w muzyce Conspiracy Coven.
Dark Disco, debiutancka epka norweskiej formacji zawiera pięć utworów, pod wspólnym – wyłożonym wprost w introdukcji płyty – mottem: „Conspiracy Coven buduje długotrwałą osobistą ochronę przed negatywnymi siłami duchowymi i fizycznymi”. Jak więc nie sięgnąć po tę płytę? Tym bardziej, że deklaracja muzyków rzeczywiście przekłada się na brzmienia doskonale oczyszczające z miazmatów codzienności. No future disco (chyba pora na to określenie gatunkowe) w interpretacji Conspiracy Coven to sedno syntezatorowej odmiany cold wave wzbogaconej o nader wyrazisty męski wokal, nieco bliski estetyce greckiego projektu Impersonate or Die. Pod względem aranżacji instrumentalnej usłyszymy tu zaś bezkompromisowy minimalistyczny chłód, który można znaleźć w nagraniach Circa Tapes i Ortrotasce.
Płyta nie ma słabych momentów, nie nuży też, mimo stylistycznego podobieństwa zawartych na niej kompozycji. Spośród pięciu utworów na „Dark Disco”, faworyzuję dwa – „Coven of Desires” (gotycka wzniosłość i emfaza wokalna – uwielbiam to połączenie!), oraz „Decay” (tak powinien brzmieć post punk zagrany na elektronicznym isntrumentarium). Podejrzewam także, że muzyka Conspiracy Coven doskonale sprawdzi się wykonywana na żywo – jako sedno aury ciemnego wnętrza, przebitego syntetycznym pulsem i ruchomym snopem białego światła. Dark disco.
Wróćmy do przesłania płyty. Jest to jeden z najwspanialszych paradoksów zimnej fali, iż budując dekadenckie muzyczne światy, przywraca słuchaczowi chęć do życia. Pod tym względem brzmienia Prolife, mimo różnic stylistycznych, to także ważny kontekst dla muzyki Conspiracy Coven.