ZA KURTYNĄ CHŁODU / Excuses: Excuses

Excuses: Excuses (EP; Function Operate; Stany Zjednoczone; 2012)

Excuses - Excuses (ep; 2012)

Tytuł recenzji, jak nigdy chyba, odpowiada opisywanej muzyce. „Za kurtyną”, z oddali, niewidzialnie. Ta fraza wielokrotnie pojawia się (o ile dobrze pamiętam) na stronach książki „Przejmujący z oddali” autorstwa Annik Honore, zmarłej niedawno „klasycznej” biografistki Iana Curtisa i Joy Division. Muzyka Excuses przywołuję tę aurę – jest właśnie przejmująca w niewidzialny, ukryty sposób. Hipnotyzuje i wyzwala emocje jedynie przeczuwalne, skrywane pod podszewką codzienności.

Excuses to jednoosobowy projekt ze Stanów Zjednoczonych, za który odpowiedzialny jest Matthew Rowe – muzyk posiadający wszelkie predyspozycje, by stać się wkrótce jednym z bardziej rozpoznawalnych twórców sceny cold wave / post punk. Jego utwór „We Are Fuel” otwiera wydaną w lipcu tego roku kompilację Artificial Selections wytwórni Chromatin Records – i znajduje się tam w naprawdę doborowym otoczeniu: Tuxedo Gleam, Glass Cathedral, Impersonate or Die, White Christian Male… Kompozycja Excuses wyróżnia się tradycyjną dark wave’ową formą, eksponującą brzmienie instrumentów klawiszowych, z notorycznym refrenem przywodzącym na myśl styl Sisters Of Mercy. Epka Excuses to jednak zupełnie odmienna jakość, którą należy przypomnieć.

Sześć utworów składających się na tę płytę, wydaną już dwa lata temu przez Function Operate – wytwórnię, która ostatnio niestety znikła z horyzontu – to przede wszystkim: automatyczny rytm, post punkowe riffy i chłodny wokal – a więc pożądany, wśród zwolenników gatunku, minimalizm. Mimo jednolitości atmosfery są to bardzo zróżnicowane brzmienia. Na Excuses usłyszeć można zarówno kompozycje swoiście porywające, silnie zrytmizowane – otwierający „No Reciprocation”, „Before I Die” (mój faworyt”), oraz „Three Lines” – jak i swoiste perły post punkowej „ballady” – „Cristy”. Całość zaś brzmi bardzo szorstko i surowo, kojarząc się z „garażowym” graniem zimnofalowych zespołów lat osiemdziesiątych – i jest to jeden z największych smaków tej płyty. Brzmienia są tu „płaskie”, automatyczny rytm nie niweczy nastroju nadmiarem basu, zaś gitara pojawia się dokładnie tam, gdzie trzeba. Muzyczna czerń i biel – taka jest debiutancka epka Excuses.

To doskonała propozycja dla poszukujących nieco bardziej pierwotnego brzmienia cold wave / post punk, sytuującego się między wyrazistymi dokonaniami Buzz Kull, a bezkompromisową niezależnością Sanne de Neige.

Szymon Gołąb

Excuses EP – Soundcloud

Excuses – Facebook

HAŁAS I CHŁÓD / Koban: Vide

Koban: Vide (EP; Weyrd Son Records; Kanada; lipiec 2014)

Koban - Vide (ep; 2014)

Niedawne koncerty duetu Koban w Polsce są dobrą okazją, aby bliżej przyjrzeć się jej najnowszemu albumowi – epce Vide.

To czwarte wydawnictwo Koban i zarazem kontynuacja jednorodnego stylu Kanadyjczyków. Jest on kwintesencją chłodu i post punkowej hałaśliwości; estetykę cold wave w interperatacji Koban tworzą: wyraziste brzmienie gitar, automatyczny puls i wokalny dwugłos. Możliwym zaś odniesieniem dla tej muzyki są dokonania The KVB (wspomnieć można jeszcze nową niemiecką formację The Amount Of Light We Give Off). Co więcej? Ogromna i nie często spotykana energia jaką ma ta muzyka!

Brittany West i Samuel Buss (Koban)
Brittany West i Samuel Buss (Koban)

Vide to sześć kompozycji w dwóch językach – angielskim i francuskim, rozpisanych na dwa głosy – chłodny, męski (Samuel Buss) i posiadający pewną „nutę opętania”, żeński (Brittany West). Całość albumu, jak niemal każdy z utworów, rozpoczyna notoryczny rytm perkusji, aby z czasem rozwinąć się w porywającą gitarowo – syntezatorową całość. To muzyka, o której można mówić wyłącznie krótkimi zdaniami, konkretna i wyrazista. Nagłosowy utwór „401a”, czwarty w kolejności „Cool Wind”, oraz zamykająca płytę kompozycja „Standing on the Edge” są moimi zdecydowanymi faworytami. Charakterystyczne dla Koban jest również to, że pomimo mocy proponowanych przez tę formację brzmień, są one swoiście wysublimowane, wielopłaszczyznowe, a zarazem urzekająco proste w wyrazie. Dźwiękowe tła tej płyty przypominają też aurę Unknown Pleasures Joy Division. Głośna transowość? Zdecydowanie!

Koban tworzy muzykę z ogromnym potencjałem koncertowym. Płytę Vide najlepiej przeżywa się pod sceną, będąc we władaniu potężnych emocji wyzwalanych przez te brzmienia.

Szymon Gołąb

Koban: Vide – Bandcamp

Koban – Facebook

ZIMNY UPAŁ / Bellenger: Estro

Bellenger: Estro (LP; Meksyk; 2013)

Bellenger - Estro (2013)

Joy Division, Interpol, Editors, White Lies… I oto pojawił się zespół godny, by zapisać się wśród tych nazw – Bellenger.

Nie mam na myśli jedynie podobnej, pełnej powagi barwy głosu, która łączy wszystkich wokalistów wspominanych grup. Wspólnym mianownikiem jest tu także instrumentarium, oraz zbliżone budowanie nastroju – w muzyce Bellenger melancholia i piękny smutek łączą się z euforycznym tańcem.

Chcecie zimnego przeboju w środku gorącego lata?

„Red Night” potrafi porwać do tańca i zafascynować najbardziej wymagających słuchaczy. Reszta kompozycji na „Estro” bynajmniej nie ustępuje temu utworowi; meksykański kwartet serwuje nam chociażby „pędzący” „Surreal”, którego gęsta energia mogłaby zawstydzić nawet najlepszych muzyków; jest tu też hipnotyzujący motywem gitary, nieco nonszalancki „Vice”… Te kompozycje śmiało mogłyby znaleźć się na którymś z najwyżej cenionych albumów Interpol.

Bellenger
Bellenger

Muzyka Bellenger (być może) nie jest „wyjątkowo odkrywcza”; cieszy jednak fakt, że w opozycji do wzbierającej na sile fali muzyki niezależnej, w której prym wiedzie brzmienie syntezatorów i elektronika, pojawiła się oto formacja, która nagrała bardzo dobry – i przeważnie gitarowy – album.

Zakładam słuchawki i wracam do „Red Night”. Tak… Upalne noce potrafią być skąpane ogniem czerwieni…

Karolina Lampe / Sister Karo Wildflower

Bellenger – Bandcamp

Bellenger – Facebook

 

DIAFANIA / Glass Cathedral: Love Ties Me Up

Glass Cathedral: Love Ties Me Up (EP; Stany Zjednoczone; 13 czerwca 2014)

Glass Cathedral - Love Ties Me Up (ep 2014)

Wspaniała płyta! Katedra hipnotycznego chłodu i ciemnych zachwytów. Jeden z najlepszych debiutów ostatniego czasu – album Love Ties Me Up amerykańskiego duetu Glass Cathedral – to coś więcej, niż tylko kolejna interpretacja brzmień cold wave; w tej muzyce zawiera się pewien niematerialny, symboliczny ton – coś, co niczym gotycka przejrzystość – pozwala poprzez te dźwięki dostrzec inną rzeczywistość.

Trudno o przestrzeń bardziej związaną z „muzyką gotycką” niż forma i znaczenia, które przypisuje się gotyckiej świątyni. Przestrzeń tę współtworzą nie tylko jasne treści – katedra nigdy nie jest jednolita, powiela swe sensy w wyobraźni, fascynuje i przeraża zarazem. Obok wzniosłości (dwa zamykające płytę utwory – „Far Away” i „Glass Cathedral”) jest także wydrążeniem, zejściem w głąb „Feel Like”, „Love Ties Me Up”). Istnieją przynajmniej dwie katedry – pierwsza wznosi się do nieba, druga pogrąża w ziemi. „Muzyka gotycka”… Znamienne, że to właśnie łączność architektury i sztuki brzmienia powołała tę nazwę na określenie czegoś odmiennego, niż tylko okresu w historii sztuki. „Muzyka gotycka” to forma odczuwania i odrębna wrażliwość, to „cmentarne wichry wzruszeń” z eseju o Castel del Monte Jarosława Iwaszkiewicza – gdzie po raz pierwszy mówi się o „gotyckiej muzyce” we współczesnym rozumieniu.

Debiutowi Glass Cathedral zdecydowanie bliżej do przywołanego wyżej tonu, niż większości płyt, jakie ostatnio ujrzały mrok nocy. Równoważą się tu brzmienia elektroniczne i ta nieustannie odkrywcza „zachowawczość” finalnych nagrań Joy Division. Diafania oznacza gotycką przejrzystość – przez tę muzykę zdecydowanie widać klasykę gatunku cold / dark wave – również pod względem pieczołowitości nagrania, niesłyszalnego trudu, który włożono, by muzyka brzmiała tu wielowymiarowo. Ostatnio poszukuję też doskonale chłodnego męskiego wokalu – ten, którym dysponuje Jack Rundles z Glass Cathedral bliski jest ideałowi.

Jestem oczarowany.

Szymon Gołąb

Glass Cathedral – Facebook

 

BLIŻEJ… / I do not love: Coming

I do not love: Coming (LP; Phantasma Disques; Stany Zjednoczone; 4 maja 2014)

I do not love - Coming (2014)

Istnieją albumy zawierające piękno, które trudno ująć w słowa. Czym ono jest? Milczeniem wobec tajemnicy? Rodzajem czaru rzuconego przez eteryczną naturę dźwięku? Muzyka bywa wzniosłością. Lękiem i fascynacją. Jest też bólem, który kompensuje ból inny, groźniejszy, odbierający życie. To wszystko – ból, lęk, fascynacja, poczucie istotności życia, a nade wszystko wzniosłość – zdarza się w obcowaniu z brzmieniami zawartymi na debiutanckim longplay’u I do not love.

Coming zdecydowanie wymaga skupienia, dając w zamian wrażenie wyrazistej, lecz niełatwej do wypowiedzenia pełni. Nie sposób wskazać tu również frazę muzyczną, jaka jednoznacznie określiłaby przynależność gatunkową tej wspaniałej płyty. Ściany syntezatorowego brzmienia budują raczej całe okresy, ulotne przestrzenie, które – przebite chłodnofalowym pulsem – stają się wymiarami odczuwania. To muzyczna opowieść o życiu przełamanym oczekiwaniem, niespełnieniem, tęsknotą. Wszystko, co nieokreślone i piękne – a także nieskończenie smutne – tak właśnie brzmi.

Bliżej, closer… Słuchając debiutu I do not love, myślę właśnie o tym, finalnym wydawnictwie Joy Division. Chłód i zniechęcenie, nieruchoma nadzieja – to wszystko jest gdzieś we wnętrzu Coming, podkreślone doskonałym męskim wokalem. Closer – Coming to odtąd nowy wymiar symetrii.

I do not love – może fatalizm tych słów wystarczy za cały opis tej niezwykłej muzyki?

Szymon Gołąb

I do not love – Bandcamp

I do not love – Facebook

 

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑