Moskiewskie trio Sierpien to swoiste zjawisko na obecnej zimno falowej scenie – nie tylko w Rosji. W muzyce tej formacji zwraca uwagę stylistyczna konsekwentność, za nic mająca sobie współczesną tendencję (a może już „modę”?), która wykonawcom nurtu post punk / cold wave podpowiada, aby tworzyć brzmienia minimalistyczne, z wyraźną ekspozycją rytmu automatycznej perkusji. Potrzeba sporej artystycznej odwagi, aby dziś grać odmiennie, sięgając po „tradycyjną” gitarową energię punka.
Sierpien wyróżnia się także innym rodzajem odwagi. Ta rosyjska grupa jest szczególnie zafascynowana polską zimną falą lat osiemdziesiątych – nie kopiując przy tym dawnych wzorców stylistycznych, ale poddając je własnej interpretacji. Ma to także znaczenie pozamuzyczne. Wbrew odgórnym nakazom, zmieniającym się – pod wpływem propagandy – w obiegowe opinie, oto rosyjski artysta jawnie przyznaje się do sympatii wobec polskiej sztuki buntu. Punks not dead – to zdanie wystarczy dla określenia postawy Sierpnia – i chyba najwyższa pora, aby ponownie zacząć wypisywać je na powstających dziś, zbyt wysokich murach. Jakie kształty muzyczne przyjęła ta pozytywna siła buntu na nowej płycie moskiewskiej grupy?
Sierpien
Na epkę Triumph składają się zaledwie cztery kompozycje, to jednak wystarczy, aby zawrzeć w jej wnętrzu wyraźne (choć skondensowane) przesłanie sprzeciwu. Wszystkie utwory odnoszą się tu do polityczno-propagandowej aktualności; usłyszymy więc o: nachalnym straszeniu perspektywą wojny („Whose Triumph?”), braku miejsca dla człowieczeństwa we współczesnej „machinie wydarzeń” („Radioactive Ash”), czy wreszcie o rosyjskiej „inwazji” na Zachód („Teddy Bear”, wygłosowa i najlepsza kompozycja na płycie). Teksty utworów są po rosyjsku, a ich tytulatura jest odpowiednio – rosyjska i angielska. Sierpien wykorzystuje klasyczne rockowe instrumentarium: gitary elektryczne, oraz „żywą” perkusję. Męski wokal brzmi bardzo dobrze i w charakterystyczny sposób naturalnie. Właśnie: naturalność i prostota to żywioły albumu Triumph, a jest to zasługą nie tylko poprawnej, ale wręcz świetnej realizacji dźwiękowej, dalekiej od „garażowej” siermiężności, ale także fajerwerków realizatorskiego „profesjonalizmu”. W stosunku do poprzednich wydawnictw grupy, muzyka na najnowszej płycie zyskała także walor melodyjności – co sprawia, że utwory Sierpnia są przystępniejsze w odbiorze i sprawiają wrażenie refleksyjnych (bądź też wprost: są muzyczną refleksją w najlepszej postaci). Całości dopełnia zaś interesująca koncepcja graficzna albumu, spójna z tematyką utworów.
Jak brzmi na żywo pozytywna siła buntu w wykonaniu Sierpnia, polscy słuchacze będą mieli okazję usłyszeć w najbliższym czasie dwukrotnie: zespół wystąpi 23 kwietnia w Warszawie, oraz dwa dni później we Wrocławiu, w ramach Return To The Batcave.
Przed koncertami warto także przypomnieć, opublikowaną jakiś czas temu na łamach Wave Press, rozmowę z wokalistą Sierpnia: oto jej pierwsza i druga część.
Kaпитан Ненавидит Море: Траур (EP; Muz Icona / Dark Media Group; Rosja; 25 marca 2015)
Płyta, której słucha się z przerażeniem i przyjemnością – doznaniami podobnymi do tych, kiedy oglądając koszmary Goi odwracamy z niesmakiem wzrok, przyznając jednocześnie: jakie to prawdziwe – i przez to piękne! Album Траур, najnowsza epka rosyjskiej post punkowej formacji Kапитан Ненавидит Море, znaczną część swojej siły oddziaływania zawdzięcza właśnie sferze wizualnej – teledyskom – a więc sztuce, o której pisano, że jest jak sen, ale równie dobrze może być też koszmarem.
Kапитан Ненавидит Море
Траур to płyta o śmierci sprowokowanej (zabójstwo) i zinstytucjonalizowanej (wojna). Ten trudny temat został potraktowany przez rosyjskich muzyków z wnikliwością psychoanalityka – przypomnijmy, że to właśnie Freud po raz pierwszy w podobny sposób podszedł do psychicznej aberracji (do której pożądanie wojny zalicza się z całą jaskrawością), upominając chorego: „nie interesuje mnie pańska symulowana paranoja, ale metoda tej symulacji”. Paranoja, w jaką dziś wpędza się każdego niemal człowieka (telewidza, internautę, czytelnika gazet, słuchacza radia…) polega na budowaniu strachu i nienawiści. Niewyważone wypowiedzi polityków i dziennikarzy (obie profesje wykonują obecnie, niestety, przeważnie przypadkowi ludzie – bez wykształcenia i powołania) są rodzajem amorficznych haseł, rzucanych w przestrzeń publiczną celem podburzenia i wzbudzania agresji. „Wszystkiemu winna jest Rosja” – to wiadomo niemal na równi z faktem, że „Polska jest krajem wielkich możliwości„. Wypowiedzi propagandowe operują wspólną symboliką, którą z czułością barometru „kataloguje” współczesna sztuka alternatywna. W jej rękach symbole tej paranoi nabierają nowych znaczeń: są wyrzutem, żalem i sprzeciwem – niczym ostatni taniec Wacława Niżyńskiego, groteskowy już i porażony chorobliwą ekspresją. Ten „cykl gestyczny” powtarza w teledysku do kompozycji „Траур” taniec pijanego esesmana – i jest to jedna z najtrafniejszych odpowiedzi sztuki na kształty, które stara się wszczepić odbiorcy dzisiejsza wojenna propaganda.
Kadr z teledysku do „Траур” (fot. Anna Fridenberg)
Upojenie alkoholowe, bądź narkotyczne, jest amokiem – bliskim namiętności do wojny. Teledysk do tytułowego utworu najnowszej płyty Kапитан Ненавидит Море szczególnie dobitnie ilustruje również i ten aspekt paranoicznej upojności. W tych kadrach wszystko rozgrywa się z pijackim przerysowaniem, w spowolnieniu, a jednocześnie ze straszliwą samowiedzą świata określonego przez czerń i biel. Efektu dopełnia rekwizytorium zniszczenia i śmierci: trumna, trup dziewczyny, krew, karabin maszynowy, zrujnowana świątynia i ogień. Pojawia się również alkohol i personifikacje strachu – obecne tu z dosadnością niespotykaną od czasu podobnych wizji w wideoklipie do „Fatherland” niemieckiej grupy Die Krupps.
Kadr z teledysku do „Траур” (fot. Anna Fridenberg)
Jaką muzykę ilustrują te obrazy? Doskonałą, mocną, wyrazistą i rytmiczną. Ekspozycja gitar i świetnego wokalu usidla, zaś aura wpisana w te brzmienia nie pozwala niemal odejść od głośników. Wszystkie pięć kompozycji pomieszczonych na epce Траур jest godnych polecenia – szczególnie odbiorcom ceniącym nastrój obecny na Floodland The Sisters Of Mercy. Po raz pierwszy chyba nie mam nic więcej do dodania – z wyjątkiem ostrzeżenia: Траур to płyta, która może „boleć”.
Beatbox Machinery: A Synth Trilogy (VHS edition) (kompilacja; Werkstatt Recordings; Grecja; 15 marca 2015)
Ta płyta spodoba ci się jeśli uważasz, że: Obcy zaatakują niedługo Ziemię (co więcej, czekasz na to!); klasyczny Chevrolet Camaro 5.7 V8 (obowiązkowo po tuningu Edelbrocka) nie ma sobie równych (bądź jesteś dużym dzieckiem i wieszasz na ścianach plakaty z Lamborghini Diablo); a najlepsze gry komputerowe powstawały circa do roku 1995… Alternatywna rzeczywistość Beatbox Machinery wciągnie cię także wtedy, gdy – po prostu – cenisz syntezatorowy wintaż w najlepszym wykonaniu. Ważne jest też, żebyś pamiętał do czego służyły kasety wideo.
Beatbox Machinery to Terminator Synthu – robot-siłacz, który gniecie, wykańcza, rozwala. Jego bronią jest klasyczny syntezator, jego energia zaś nie wyczerpie się nigdy. Na facebookowej stronie tego niezwykłego projektu czytamy o dziesięciu płytach długogrających, czterdziestu ośmiu epkach, sześciu singlach, oraz niepoliczalnej chyba ilości kompilacji, na których pojawiły się utwory Beatbox Machinery. Chyba tylko jeden człowiek na świecie (dosłownie i bez przesady) może odznaczać się podobną pasją i wytrwałością w tworzeniu muzyki (doskonałej, dodajmy) – Toxic Razor. To postać znana już czytelnikom Wave Press, chociażby z projektów Paradox Obscur i Geometry Combat, oraz jako spiritus movens wytwórni Werkstatt Recordings. Kompilacja A Synth Trilogy Beatbox Machinery (a więc jednoosobowego projektu powołanego przez Toxic Razora w 2010 roku) jest właśnie rocznicowym, dwusetnym wydawnictwem tego labelu.
Wydawnictwo to ma niezwykle kunsztowną i interesującą formę: we wnętrzu pudełka stylizowanego na opakowanie kasety VHS (stąd nazwa całości – „VHS edition”) pomieszczono sześć płyt CD, dwie kasety magnetofonowe, oraz różnego rodzaju „gadżeciarskie” bonusy, którymi można udekorować swój „ołtarzyk” lat osiemdziesiątych – a więc po prostu własną półkę z kasetami i resorakami Matchboxa (obowiązkowo kupowanymi w Pewexie, bo Baltona to już nie był „ten klimat”) – którą chyba każdy szanujący się miłośnik klimatów a’la 80’s powinien mieć w pokoju. Gdy już się tym wszystkim nacieszymy, pora na jeszcze większą frajdę – czysto już muzyczną.
A Synth Trilogy to pięćdziesiąt jeden kompozycji z ułożonego tu chronologicznie dorobku Beatbox Machinery, sfabularyzowanych dodatkowo w rodzaj opowiadania (czy też gry komputerowej) – tak, iż wydawnictwo to ma swoje rozdziały i epizody. Całość zamyka także znaczna ilość remiksów, chociażby w wykonaniu znakomitej formacji Denovomutans (remiksów jest szesnaście – faworyzuję „motorized gladiator” w wykonaniu Europaweite Aussichten). Muzyka Beatbox Machinery – mimo, iż podporządkowana konwencji elektronicznego wintażu lat osiemdziesiątych – jest nader różnorodna pod względem nastroju i tempa. Toxic Razor dysponuje również bardzo dobrym zimno falowym wokalem, choć w nagraniach Beatbox Machinery pojawia się on rzadko.
Pięćdziesiąt jeden utworów… Czy ten box zbytnio nie przytłacza – także ambicją autora? W żadnym wypadku! Pozostawia nawet niedosyt. Jest to także świetne wydawnictwo do słuchania w samochodzie (jazda, droga i prędkość to żywioły tej muzyki). Polecam zatem A Synth Trilogy przede wszystkim jako alternatywę dla RMF.FM, Radia Zet i wszystkich tych rodzimych kołchoźników, które zwykle katują nas w podróży.
„Dźwięk mosiężnych instrumentów (próba orkiestry poza kadrem) ma w sobie coś z mosiężnych rzeźb, które można oglądać z zamkniętymi oczami”… Greg von Seduce
Czas przyjrzeć się artyście, sztuce, oraz miejscu, których cechą wspólną jest to, iż rodzimy odbiorca wciąż wie o nich nazbyt mało. Przeprowadziłem niedawno pierwszy z serii swoistych eksperymentów, których cel to „sprawdzenie” w jaki sposób prezentowana jest obecnie polska twórczość w miejscach do tego przeznaczonych. Postępując zgodnie z wytyczną nowoczesności wskazującą, że „centrum istnieje na peryferiach” odwiedziłem Dom Kultury w Lidzbarku, niewielkim mieście na Mazurach. Najpierw więc przyjrzyjmy się pracom artysty, którego wystawę „Piękno czai się w mroku” tam obejrzałem. Potem odwiedźmy przestrzeń, jaką stworzono dla sztuki w tym mieście.
Steampunk czyli „muzyczne rzeźby”. Być może niektórzy z czytelników mają w pamięci niewielką powieść fantastyczną Julitty Mikulskiej „Inanna”, wydaną około roku 1986… Porównajmy Grega von Seduce do sportretowanej w jej wnętrzu postaci Hefasa, „Pana Kuźni”, który – pod wpływem cierpliwej i głębokiej (ale też nieco egoistycznej) miłości – obdarowywał uroczą Inannę wykuwanymi przez siebie kunsztownymi ozdobami. Radowały one jej serce, choć ta nieziemska dziewczyna zdawała się być – na pozór jedynie – obojętna na dziwne piękno tych darów. Dlaczego akurat to porównanie? Powieść Mikulskiej, a zwłaszcza opisywana w niej estetyka dzieł Hefasa, to chyba pierwsza w literaturze polskiej proza steampunkowa – a więc odnosząca się do kierunku artystycznej alternatywy, którą na początku lat osiemdziesiątych zrodziły dwa składniki wyobraźni: fascynacja „wiekiem mechaniki” (zwłaszcza opartej na wykorzystaniu mechanizmów parowych), który już wtedy odchodził w niepamięć – wypierany przez technologie elektroniczne; oraz negacja zastanego kształtu rzeczywistości przez ruch punkowy, jaki w tamtym czasie ulegał estetycznemu pogłębieniu – głównie dzięki muzyce. Tę sublimację punkowego sprzeciwu wyznaczać zaczęływówczas brzmienia „gotyckie” i minimalistyczne zarazem, o eterycznych, subtelnych aranżacjach. Pierwsze płyty Black Tape For A Blue Girl – czy Universe Zero – są przykładem muzyki tamtego czasu, która – dzięki swoistej delikatności – pozyskała wkrótce „powietrzne” określenie: ethereal.
Sublimacja buntu i odrzucenie formuły świata ujednoliconego w nadmiarze identycznych, projektowanych komputerowo form, zrodziły steampunk – nurt dziś nadal żywotny w muzyce, a także coraz częściej adoptowany przez sztuki wizualne. Współczesną muzykę steampunkową wyróżnia wykorzystanie tradycyjnego akustycznego instrumentarium (fortepian, skrzypce, harfa, oraz gitara) z wyraźną ekspozycją perkusji (zwłaszcza zaś „talerzy”); a także – co dla jej wyrazu jest najważniejsze – dbałość o szczegół, tak instrumentalny, jak i wokalny. Nie bez znaczenia jest również warstwa wizualna utworów, „reprezentowanych” przez wypracowane nader starannie i fantazyjnie (choć także za pomocą tradycyjnych metod kinematografii) teledyski. Wszystko to zaś podbarwione zostaje stale obecnym elemementem horroru – o naturalistycznym, bądź psychologicznym źródle. Patrząc na rzeźby Grega von Seduce warto mieć w pamięci ich steampunkową genezę i swoisty „muzyczny” charakter. Posłuchajmy więc – oto brzmienie, oraz wygląd steampunka w nowej muzyce: Jaggery, utwór „Hostage Heart”, oraz duet Arborea w kompozycji „Pale Horse Fantasm”:
Znaczenie szczegółu. Wydźwięk całości jest nieodłączny od nastroju wnoszonego do niej przez detal. Popularne określenie „diabeł tkwi w szczegółach” nabiera w kontekście prac Grega von Seduce głębszego znaczenia. Zaznaczmy jednak, że demoniczność nie jest dla nich jedynym obszarem sensotwórczym; co więcej – przypisywanie tym rzeźbom „demonizmu” byłoby pomyłką widzenia. Kluczem zaś interpretacyjnym zbliżającym się do prawdy o dziełach Grega von Seduce jest zapatrzenie w detal, wysłuchanie opowieści szczegółu. „Twórz tak, jak tworzy natura” – zdają się mówić powołane przez niego formy. Czyli jak? „Od szczegółu do ogółu” – to najtrafniejsza odpowiedź tych kształtów. Początek twórczej przygody z detalem jest spotkaniem z materią – możliwie jak najszlachetniejszą, trwałą i konkretną. Materia to prawda i punkt wyjścia: metal, szkło, kamień, drewno i kość. Energia, czyli para (steam) – odpowiednik duszy w formach steampunkowych – rodzi się zaś z interakcji pomiędzy tymi składnikami, jeśli tylko artysta włoży w ich ukształtowanie odpowiednią ilość pracy i rzeczywistego ludzkiego trudu. Rzeźby Grega von Seduce to nie jest sztuka płytkiej iluzji; naśladownictwa we współczesnym znaczeniu, kiedy formę i trwałość materii – oraz całych rzeczy – „markują” tworzywa sztuczne. Szczegół ma tu również inne, nader ważne znaczenie. Jest hermeneutyką, a więc rodzajem filozoficznego namysłu. Sztuka dawnych mistrzów twórczego kształtowania materii, także tej myślowej – a więc hermeneia – jest tu istotnym kontekstem. Na prace Grega von Seduce patrzy się przez pryzmat kunsztownego detalu, który niejako otwiera formy poszczególnych rzeźb; w ten sposób przebiega także droga konkretnego „odczytywania” tych prac – umiejący uważnie patrzeć odbiorca nachyla się i studiuje z zachwytem ich szczegóły.
„Twórz tak, jak tworzy natura” – powtórzmy ten głos formy – czyli w trudzie, niedostrzegalnym jednak dla patrzącego. To także stara zasada, wykorzystywana chociażby przez architektów gotyckich katedr – „in sna operationes”, czyli budowanie na podobieństwo kształtów i wysiłku natury. Odżywa ona w „przyrodomorficznej” estetyce rzeźb Grega von Seduce, stanowiąc ich wyrazisty element steampunkowego sprzeciwu wobec „plastikowego” fałszu i schematycznej iluzji. Przejrzyste ważki, dziwne pająki, nietoperze skrzydła, oraz Gigerowskie ksenomorfy – to świat form naturalnych cudownie i paradoksalnie stworzony przez tę sztukę – wyrosłą przecież na gruncie fascynacji mechaniką.
Punk i elegancja. Niektóre, jeśli nie większość, z rzeźb Grega von Seduce tworzy materia wycofana z użytkowego znaczenia. Niezapominajmy, że punk to tyle, co ‚śmieć’, przedmiot ‚wykluczony’, isniejący ‚na marginesie’. Jednak nie tylko przedmiot. Obecnie już kolejne pokolenie młodych ludzi zmuszone jest używać tych określeń dla opisania swojego miejsca we współczesnej rzeczywistości. Stąd chociażby obecna popularność artystycznego wyrazu „życia bez perspektyw” – chłodna, lecz swoiście „natchniona” stylistyka muzyki „post punkowej”. Prace Grega von Seduce, podobnie jak dokonania całej „szkoły” steampunka, wpisane są w te znaczenia – traktując je zarazem w sposób nader rozwojowy i twórczy.
Stary, bezużyteczny nalewak do piwa, elementy baterii łazienkowych, części instrumentów muzycznych, zwoje drutów, części dawnych samochodów… Wszystkie te składniki, traktowane przez nowoczesną konsumpcyjną cywilizację jako „śmieci”, w rzeźbach firmowanych przez faktorię artysty, „Von Punk Factory”, uzyskują nowe istnienie, stając się niejako surrealnymi „przedmiotami do funkcjonowania symbolicznego” – bądź dziełami sztuki po prostu. Ich powtórne życie dalekie jest od śmietnikowego bezładu i destrukcji. Znamienne jest to, iż Greg von Seduce łączy elementy starych, „zużytych” przedmiotów z najszlachetniejszymi naturalnymi materiałami: złotem, srebrem, kością i drewnem. „Zużycie” i „wykluczenie” należy więc, w kontekście tych dzieł, umieszczać jedynie w nawiasie. Rzeczy, a w szerszym znaczeniu również i człowiekowi (pamiętajmy o steampunkowym zrównaniu pary i duszy, jako energii twórczej, oraz życiowej) przywracana jest godność powtórnej możliwości istnienia – i to w nader kunsztownej formie. Greg von Seduce tworzy więc sztukę, choć może to być już nadinterpretacją, na wskroś humanistyczną; tym też różni się od większości artystów peregrynujących składowiska staroci. Degeneracja i jej podkreślenie, w rodzaju prowokacyjnych – niejako zapowiadających wojenny bezład – kreacji Miszy Koptieva (przywołanych tu niegdyś w eseju o fotografiach Andrieja Stienina) to nie jest wymiar twórczości, po który sięga Greg von Seduce. Od jego postawy jest zaś tylko krok do tworzenia sztuki sensu stricto użytkowej, do wykonywania przedmiotów towarzyszących życiowej codzienności, jednak w odmienny sposób i w zindywidualizowanej formie – także więc i w tej dziedzinie „Von Punk Factory” odnajduje się, oraz prężnie działa.
II Miejsce.
Greg von Seduce na wernisażu wystawy „Piękno czai się w mroku” (MGOK Lidzbark)
Prace Grega von Seduce prezentowane były w ramach „objazdowej” wystawy „Piękno czai się w mroku”, której wernisaż w lidzbarskim Domu Kultury odbył się w zeszłym miesiącu. Lidzbark, niewielkie miasto na Mazurach – postanowiłem odwiedzić właśnie to miejsce, nieco oddalone od wpływu „głównych”, czy też mainstreamowych, oficjalnych nurtów kultury w Polsce. Nowoczesna kultura kieruje się nieco odmiennymi zasadami obecności, niż te, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić. Zanika, przede wszystkim, pojęcie granicy – nie tylko „kulturowej”, ale także tej, jaka dotąd oddzielała „centrum” od „peryferiów”. W ciągu kilku ostatnich lat działalności „medialnej” najczęściej zdarza mi się współpracować z artystami tworzącymi właśnie na peryferiach; dodać należy, iż niezależnie, czy są to peryferia krajów Europy Zachodniej i Ameryki Łacińskiej, czy też Rosji, Stanów Zjednoczonych, a nawet Japonii – zawsze trafiam tam na osobowości artystyczne najwyższej próby, świadomie poszukujące i tym poszukiwaniom oddane. Kształtują one też alternatywną sztukę, która w niedługim czasie, wypełnia znane sale koncertowe i wystawiennicze świata. Jak w tym kontekście prezentuje się kulturotwórcza moc peryferiów w Lidzbarku?
Wernisaż wystawy „Piękno czai się w mroku” (MGOK Lidzbark)
Człowiek, a konkretnie styl, w jakim potrafi on ująć dookolną rzeczywistość, jest dziś istotniejszy od materialnych desygnatów miejsca i jego przeznaczenia. Po wnętrzach lidzbarskiego Domu Kultury oprowadzały mnie dwie Przewodniczki, realizujące tam na co dzień program zajęć plastycznych dla dzieci. Choć w Domu Kultury pojawiłem się w czasie, w którym właśnie przypadały owe lekcje plastyki (na których temat nie zdążyłem zwrócić uwagi), przyjęty zostałem z należytą życzliwością i – co najważniejsze – bez irytującego „popędzania” kogoś, kto nieco głębiej chce przyjrzeć się sztuce, oraz wnętrzom przez nią wypełnionym. Jedna z Przewodniczek – z którą właśnie miałem prawdziwą przyjemność oglądania wystawy „Piękno czai się w mroku” – dała namówić się na zaskakująco rzeczową i twórczą rozmowę, której temat oscylował wokół rzeźb Grega von Seduce, sztuki „gotyckiej”, a także bliskiej mi muzyki grupy Dead Can Dance. Było to ujmujące i na długo pozostanie w pamięci – znacznie dłużej niż podobne doświadczenia – chociażby z ekspozycji bliskiej kolorytem sztuki w Sanoku (Festiwal „Love Never Dies” dedykowany twórczości Tomasza Beksińskiego) i Częstochowie (wystawa prac Zdzisława Beksińskiego pochodzących z kolekcji Anny i Piotra Dmochowskich). Druga z Przewodniczek służyła natomiast pomocą w sprawach organizacyjnych, co również odbyło się z wdziękiem, kulturalną „ogładą” i bez jakichkolwiek zastrzeżeń.
Budynek MGOK Lidzbark
Jak wygląda zaś samo miejsce? Dom Kultury w Lidzbarku jest nader sporym gmachem o nieregularnej formie architektonicznej. Charakterystyczna wysoka i pokryta równomiernym tynkiem ściana oddziela go od ulicy, co sprawia wrażenie pewnej „bariery psychologicznej” – na tyle silnej, iż warto o niej wspomnieć. Pierwsza część Domu Kultury to sala dawnego kina miejskiego (szkoda, że właśnie „dawnego”), w której odbywają się zazwyczaj przedstawienia teatralne i koncerty (ciekawe jakiej muzyki?); druga zaś (niedawno powiększona) mieści galerię „Nowa Przestrzeń”. W niej to właśnie pomieszczono ekspozycję rzeźb Grega von Seduce, oraz wystawę portretów znanych muzyków (głównie nurtu pop-rock) wykonanych techniką „batiku” – jest ona obszerna, jednak nie ujęła wystarczająco swoją tematyką, jak i formą.
Ekspozycja wystawy „Piękno czai się w mroku” (MGOK Lidzbark)
Wnętrze Domu Kultury… Domu Kultury? Brak mi klucza wizualnego, jak i muzycznego, który zdolny byłby przekonać „zwykłego człowieka”, iż jest to właśnie miejsce mieszczące kulturę, a nie szpital, urząd, bądź inną instytucję wymagającą po prostu czystych, białych i dużych pomieszczeń. Wszechobecny „syndrom białego sześcianu”, przed którym słusznie przestrzegano niegdyś słuchaczy „Laboratorium Edukacji Twórczej” warszawskiego Centrum Sztuki Współczesnej, również zdecydowanie przeszkadza odbiorowi sztuki. Nadmiar bieli jest zbyt cichy, przytłaczający – i bynajmniej nie spełnia się jako „środowisko neutralne”. Jednak rzeźby Grega von Seduce, oraz życzliwość Przewodniczek zrekompensowała mi to niemiłe doznanie bycia przytłoczonym amorficzną pustką.
„Czym jest potencjał”? Zapytałem, wychodząc, jedną z Przewodniczek. „Siłą… Energią” – odpowiedziała, rozbijając jedno znaczenie na dwa słowa. Siły i energii życzę zatem lidzbarskiemu Domowi Kultury, miejscu o sporym potencjale – który może zdystansować hordy miejscowych didżejów pustoszących smak i wyobraźnię każdego, kto choć z daleko usłyszy ich „twórczość”.
Do zobaczenia w kolejnym miejscu kultury w Polsce.
Szymon Gołąb
Za udostępnienie fotografii rzeźb dziękuję Artyście. Za wszelką inną pomoc – Pracownikom MGOK w Lidzbarku.
Shad Shadows: Spectrum (EP; Włochy; 10 marca 2015)
Taniec tych cieni hipnotyzuje. Shad Shadows to nowe wcielenie znanego duetu cold wave / gothgaze z Włoch, Schonwald. Rozwija ono stylistykę, do której przyzwyczaili słuchaczy Alessandra Gismondi i Luca Bandini, ale też pogłębia ją i wzmacnia jej wyraz.
Luca Bandini Alessandra Gismondi (Shad Shadows)
Spectrum jest debiutanckim wydawnictwem Shad Shadows formatu EP zawierającym sześć kompozycji. Podstawowy wyznacznik zawartej na tym krążku muzyki to swoiście hipnotyczny nastrój, osiągnięty przez połączenie automatycznego rytmu perkusji, wielobarwnych brzmień elektroniki, oraz charakterystycznych gitarowych pasaży – bliskich wspomnianej estetyce gothgaze. Pierwszoplanowym jednak składnikiem stylu Shad Shadows jest znakomity męski wokal o wyrazie nie tyle uzupełniającym instrumentarium, co niemal – i wprost – „dematerializującym” muzykę. Głos, którym dysponuje Luca Bandini niejednokrotnie nachyla się do szeptu, co nadaje kompozycjom specyficznie erotycznego zabarwienia. Spectrum sprawia wrażenie albumu nagranego po to, by zawarte na nim rytmy towarzyszyły mrocznemu pożądaniu – i to jest na tej płycie najbardziej fascynujące. Znaczącą rolę w tym odczuciu odgrywa również taneczny potencjał poszczególnych utworów; to muzyka niejako „zaprojektowana”, aby wypełniać ciemne (aczkolwiek podbarwione różową poświatą) wnętrza klubów.
Najlepsze utwory na Spectrum? Jest ich sporo, biorąc pod uwagę niewielki rozmiar albumu: „Down”, „Gimme Pain”, „Minor Blues”, oraz wspaniała i krańcowo niemal hipnotyczna koda płyty – „Moan Rivers”.