SEANS W CZTERY OCZY / „Ostatnia Rodzina”

„Ostatnia Rodzina” (reż. Jan P. Matuszyński; Polska; 123 min; produkcja: Aurum Film; dystrybucja: Kino Świat; premiera: 30 września 2016)

"Ostatnia Rodzina" (fot. Hubert Komerski)
„Ostatnia Rodzina” (fot. Hubert Komerski)

Niewiele już czasu pozostało do dnia, w którym na ekranach kin będzie można zobaczyć długo oczekiwaną „Ostatnią Rodzinę”, swoistą – i pełną wyrazu, choć syntetyczną w formie – sagę warszawskiego okresu rodziny Beksińskich. Czy warto obejrzeć ten film? Zdecydowanie – i nie tylko z ciekawości. „Ostatnia Rodzina” to nowa jakość w polskim kinie, podobnie jak były nią w rodzimym eterze (pozostając nadal niedoścignione jako forma artystyczna i rodzaj ekspresji emocjonalnej), audycje Tomasza Beksińskiego.

"Ostatnia Rodzina" (plakat filmu)
„Ostatnia Rodzina” (plakat filmu)

Czas na przygotowanie widzów do seansu i zarazem kilka refleksji po nim. „Ostatnia Rodzina” to spotkanie „w cztery oczy” z najważniejszymi bohaterami tego obrazu – Zdzisławem i Tomaszem Beksińskimi. Aby wyzbyć się jednostronności ujęcia, Wave Press patrzył na historię ich życia także czterema oczami. Nim więc opowiem wam krótko o filmowym Tomaszu Beksińskim, źrenice malarki Dominiki Daszewskiej (lepiej przygotowane do tego od moich) bacznie przyjrzą się portretowi Zdzisława w tym filmie.

Continue reading „SEANS W CZTERY OCZY / „Ostatnia Rodzina””

Reklamy

GODZINA DUCHÓW / Vierance: травить

Vierance: травить (EP; Deth Records; Kanada; 20 lipca 2016)

Vierance - травить (EP; 2016)

Od dawna marzę o tym, aby usłyszeć Vierance na żywo – najlepiej oczywiście w warszawskich Chmurach. Czekam na ten koncert, podobnie jak na jesienną premierę „Ostatniej rodziny” – biograficznego filmu o Beksińskich. Doczekam? Obejrzyjcie zwiastun:

Skoro płyta травить poddała ten ton, to pora na refleksję w godzinę duchów: czy zauważyliście, jak tego rodzaju oczekiwanie potrafi cudownie utrzymywać przy życiu – nawet przez długie lata? „Półobrót w stronę cienia” (mówiąc słowami Stachury) w wykonaniu Tomasza Beksińskiego był długotrwałym procesem, przeważnie bowiem w perspektywie oczekiwało coś, dla czego warto było dalej żyć.  Czytaj więcej…

80’s AGAIN! / Mariusz Koryciński: rozmowa

80’s Again! (ogólnopolska konferencja naukowa; Pałac Kazimierzowski, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28, Warszawa; 8-9 marca 2016)

80's Again - logo 1

Wytwórnia muzyczna 80’s Ladies Records, film „Kung Fury”, impreza „Synths Of 80’s”… Na pewno kojarzycie te fenomeny. Fascynacja stylem lat osiemdziesiątych wykracza jednak już poza internet, kluby i sale kinowe. Na początku marca odbędzie się w Warszawie… Konferencja naukowa dedykowana estetyce a’la „ejstis”.

Rozpiętość tematyczna tego dwudniowego wydarzenia (8-9 marca) obejmie różne dziedziny sztuki i rzeczywistości – co oznacza, że „80’s Again!” jest chyba najważniejszym (jak dotąd) pomysłem na przybliżenie szerokiemu gronu polskich odbiorców niezwykłego świata sztuki lat osiemdziesiątych. Zapraszam do lektury obszernego wywiadu z Mariuszem Korycińskim – jednym z organizatorów konferencji.  

„80’s Again!” Skąd pomysł? Kto jest organizatorem?

Jestem miłośnikiem wszystkiego, co związane z latami osiemdziesiątymi, pomyślałem więc, że fajnie byłoby zorganizować konferencję związaną z czymś, co się lubi. Lubię jednak wiele rzeczy, które raczej nie nadawałyby się do konferencyjnych rozważań… więc zdecydowałem się na tę tematykę dlatego, że lata osiemdziesiąte cieszą się sporą popularnością. Powstają przecież filmy inspirowane ówczesną poetyką – jak Gość Wingarda, Dziewczyny śmierci Straussa-Schulsona; internauci zakładają strony i profile poświęcone tamtemu okresowi, jak 80s music/movie Rewind czy The 80’s Guy.

Konferencję da się przygotować samemu, choć to cholernie trudne. Dlatego poprosiłem o pomoc osoby, z którymi już wcześniej współpracowałem. Założyliśmy Klub Filmowy im. Jolanty Słobodzian, do którego należą: Aneta Jabłońska – badająca twórczość Witkacego i Gombrowicza; Ada Brenda-Mańkowska – zajmująca się paradokumentami, Paweł Jaskulski – twórczością Nasfetera i Barańskiego, Maja Garlińska – asertywnością w XIX wieku i Anna Kowalczyk – literaturą drugiej połowy XIX wieku. Pomagają nam też Robert Zybrant – rysownik fotorealista i Karol Gorec – poeta. Z autorem oprawy graficznej konferencji Stefanem Roniszem robię wspólnie krótkie filmy. Jak widać, są to osoby o różnych zainteresowaniach, więc o nudzie nie może być mowy.

80's Again! - plakat 1
80’s Again! (plakat wydarzenia / projekt: Stefan Ronisz / źródło: materiały organizatora)

A o samej Słobodzian dowiedziałem się przypadkowo, rozmawiając z Renatą Lis, autorką książki Ręka Flauberta. Wywiad poszedł w „Odrze”; jest też dostępny w internecie. Pani Renata zapytała mnie, czy słyszałem o Jolancie Słobodzian, a ja nic – pokiwałem głową, że niby znam, bo było mi głupio przyznać się do niewiedzy. Później pobiegłem do biblioteki. Okazało się, że pani Jola była temperamentną osobą, a właściwie, że były dwie, a może nawet trzy panie Jolanty. Ze wspomnień osób z nią związanych wynikało, że jedna Jolka pomagała młodym znaleźć własną drogę w życiu, druga Jolka urabiała innych na swoją modłę itd. Pomyślałem: zaraz, zaraz, czym ona się właściwie zajmowała? Ach, no tak, pokazywała filmy w dekaefie. (śmiech) Bez względu na kontrowersje, jakie wokół niej narosły, pewne jest, że miała pasję, czegoś jej się chciało. To jest zawsze godne i naśladowania, i przypomnienia.

Jakich obszarów tematycznych będzie dotyczyła konferencja?

Stworzyliśmy kilka bloków poświęconych kinu, literaturze, muzyce, grom, dziedzictwu lat osiemdziesiątych oraz temu, co się wtedy działo w Polsce. Otrzymaliśmy bardzo dużo zgłoszeń, wiele spośród nich musieliśmy odrzucić. Nie dlatego, że były słabe, tylko po to, by stworzyć spójne panele dyskusyjne. Całość powinna bowiem tworzyć – uwaga, uwaga, modne słowo – narrację. Fasada budynku może do nas coś mówić, obraz może coś mówić, no i konferencja podobnie. Co mam na myśli?

Organizując tego typu wydarzenia, zazwyczaj stajemy przed wyborem: albo zapraszamy konkretnych badaczy, którzy przedstawią określone, częściowo zasugerowane przez nas zagadnienia, albo otwieramy się na ich zainteresowania. Te strategie można zresztą łączyć, czego nie wykluczamy podczas pracy nad tomem pokonferencyjnym. W każdym razie do tej pory realizowaliśmy tę drugą opcję. Rzuciliśmy hasło „80’s Again!” i czekaliśmy na reakcje. Dlatego nasza konferencja jest w jakimś stopniu odzwierciedleniem tego, co może pociągać w latach osiemdziesiątych. Oczywiście nie wszystkich, tylko tych – jak już mówiłem – którzy zajmują się tamtym czasem. Można nawet powiedzieć, że badamy fetysze naukowców (śmiech). A mówiąc poważnie: warto pamiętać, że w Polsce jest organizowanych wiele konferencji, tematycznie w jakimś stopniu pokrywających się z naszą. Są sesje naukowe o grozie, komiksie, Jamesie Bondzie, zombie, popkulturze. To wspaniałe inicjatywy, np. Tricksterów z Wrocławia czy Facta Ficta z Katowic.

Czy można już zdradzić kilka tytułów wystąpień? Ilu prelegentów zabierze głos? Kogo przeważnie usłyszymy: studentów, pracowników naukowych czy może dziennikarzy, blogerów i artystów?

W konferencji weźmie udział ponad czterdzieści osób: studentów, doktorów. Postanowiliśmy jednak nie podawać ich stopni i tytułów naukowych, by nie stwarzać sytuacji, w której ktoś poczuje się gorszy, dlatego że jest „stopień niżej” od kogoś innego. Lub pomyśli, że skoro mówi do niego doktor, to pewnie ma rację… A ma rację, bo jest doktorem. To błędne koło. Przy czym nie twierdzę wcale, że tak właśnie pomyślą uczestnicy naszej konferencji. Po prostu uważam, że argumenty poszczególnych osób powinny przemawiać same za siebie. Chcemy, żeby podczas naszego spotkania wszyscy czuli się świetnie, nie martwiąc się o literki przed nazwiskiem.

Część uczestników łączy studiowanie z działalnością w fundacjach, stowarzyszeniach, muzeach, kinach. Część wydaje książki, prowadzi blogi, strony internetowe. Plan konferencji, z dokładnym wyszczególnieniem tematów wystąpień, jest oczywiście dostępny na facebookowym profilu Klubu Słobodzian. Wszyscy, którzy chcą posłuchać naszych uczestników i z nimi porozmawiać, są mile widziani. Nie ma żadnych biletów, wcześniejsza rejestracja nie jest wymagana.

Przewidujecie jakieś wydarzenia towarzyszące konferencji? Z tego, co zauważyłem, imprezy muzyczne (i nie tylko) w stylu lat osiemdziesiątych biją w Polsce rekordy popularności – od Szczecina („Synths of 80’s”) aż po Kraków („Unknown Pleasures”)…

Moim marzeniem było zorganizowanie seansu w kinie Kultura, niedaleko UW, i wyświetlenie np. Morderczych klownów z kosmosu. Wyobrażasz to sobie? W świątyni „wysokiego” kina „taki” film? Mogłoby być jak w Krwiożerczej roślinie Franka Oza – na ekranie zamyślona Kulesza z Idy, a przez ekran przebija się wielki, kolorowy klaun. Albo podwójny seans nocnego kina, o którym będę zresztą mówił podczas konferencji: najpierw Ucieczka w noc Landisa, a później Po godzinach Scorsese.

Jednak, jak zwykle, problemem są pieniądze. Pobieramy od referentów minimalną chyba stawkę, z której większość pieniędzy zostanie przeznaczone na tom pokonferencyjny. Chcemy udostępnić go za darmo w internecie, żeby każdy mógł się z nim zapoznać. Nie zależy nam na wyprodukowaniu kolejnego stosu makulatury – i nie użalam się tu wcale nad drzewkami. Czy wiesz, że na jednym z uniwersytetów jest taki pokój, w którym zalegają różne czasopisma naukowe? Uchylę rąbka tajemnicy: nie chodzi o bibliotekę. (śmiech) W tym pokoju są numery, których nikt nie kupił, których nie potrafiono sprzedać oraz takie, które powstały jedynie po to, aby ktoś opublikował w nich swój tekst i miał z tego jakieś profity. To jest normalnie archiwum jak z Indiany Jonesa. Co kwartał podjeżdża ciężarówka z drukarni i fru, cała jej zawartość trafia do tego pokoju. Bezsens, bo przecież w nauce nie o to chodzi.

Ale wracając do problemu pieniędzy – mamy minimalny budżet, zapewniony przez Wydział Polonistyki oraz Instytut Polonistyki Stosowanej. Jesteśmy bardzo wdzięczni za tę pomoc, ona jest dla nas podstawą działania. Znam przypadki, w których organizowano wydarzenia za duże pieniądze: zaczynały się kłótnie, organizatorzy podlegali jakimś wpływom, musieli iść na kompromisy. Nas nikt nie naciska, jesteśmy niezależni. Minusem jest brak imprez towarzyszących, jednak nie wykluczamy, że pojawią się one przy okazji innych inicjatyw. Kolejna już w maju – tym razem konferencja poświęcona Nolanowi. Do kwietnia czekamy na zgłoszenia, serdecznie zapraszam.

Czy tylko neonowa grafika i syntezatory?… Najogólniej – na przykładzie muzyki i filmu – czym wyróżnia się styl 80’s?

Neony i syntezatory rzeczywiście są częścią stylu lat 80. Zależało mi na tym, by możliwie jak najszerzej odwołać się do tej właśnie poetyki – zarówno jeśli chodzi o logotyp koła, jak i oprawę graficzną konferencji. A jednocześnie pragnąłem przywołać konkretne projekty. Dla przykładu: zarówno nazwa, jak i plakat konferencji nawiązują do filmu 18 Again! Paula Flaherty’ego z 1988 roku oraz do promującego go plakatu. Komedia Flaherty’ego opowiada o zamianie ciał: dziadek wciela się w swojego wnuka i na odwrót. To dobrze obrazuje nieco paradoksalną sytuację naszej konferencji – dla części uczestników będzie ona powrotem do dzieciństwa, dla innych – wychowanych w latach 90. – wchodzeniem w buty, które nie dla nich zostały uszyte. Mamy nawet hasło promocyjne – „Z taką konferencją… po co ci wehikuł czasu?”, które też odwołuje się do tagline’u popularnej komedii z lat osiemdziesiątych, nie zdradzę jednak, jakiej.

18 Again! - plakat
18 Again! (plakat filmu / źródło: moviepostershop.com)

Logo Klubu Słobodzian omawiałem ze Stefanem bardzo długo, bo chciałem, żeby wyglądało jak warszawski neon. A chciałem, żeby wyglądało jak warszawski neon, bo zarówno Słobodzian, jak i klub jej imienia związane są ze stolicą. Stąd właśnie pomysł, by przywołać neon biblioteki przy Grójeckiej, który z kolei nawiązuje do stołecznej syrenki. Stefan wykonał świetną robotę. Swoją drogą – w Warszawie jest dużo wspaniałych neonów, zarówno tych starszych – jak siatkarka czy Orbisowy globus, jak i tych nowszych – jak instalacja „WARszawa”, zaprojektowana przez kolektyw Senna.

Mieliśmy w planach także nakręcenie trailera konferencji – znudzeni nastolatkowie wyciągają z szaf swoich rodziców ubrania, winyle i robią imprezę w stylu lat osiemdziesiątych – a wszystko to podlane muzyką z syntezatorów, może nawet z dodatkiem „przepalonego” głosu narratora, jak ze starych amerykańskich zwiastunów.

Po tej dłuższej dygresji spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Uwielbiam filmy i muzykę z lat osiemdziesiątych za ich klimat. Czym jest klimat? O, zdefiniować go to jest dopiero zadanie! Najogólniej rzecz ujmując: sądzę, że klimat mogą mieć takie filmy lub piosenki, których poetyka czymś się wyróżnia. Może wzbudzać w nas tęsknotę za czymś utraconym, minionym lub wymarzonym; może być udziwniona, nierealistyczna, straszna.

W wypadku filmów z lat osiemdziesiątych kolory są pastelowe – niczym w restauracjach po rewolucji Magdy Gessler (śmiech), muzyka – elektroniczna; w mokrych ulicach odbija się światło neonów, a w powietrzu unosi się dym, zacierający ostrość konturów. Typowe produkcje z tamtych czasów kojarzą się z twórczością amerykańskich hiperrealistów, malujących wielkie miasta nocą – co robi choćby Robert Gniewek – lub przeciwnie, bulwary skąpane w słońcu, co jest domeną m.in. Richarda Estesa. Ich obrazy są jak pocztówki z wakacji – czasu, w którym odpoczywasz, bawisz się i po prostu dobrze się czujesz. Wzbudzają więc chyba uczucia sentymentalnopodobne (śmiech).

Robert Gniewek - Munson Diner #3
Robert Gniewek – Munson Diner #3 (1997 / źródło: theguardian.com)

Muzyka elektroniczna z kolei zawsze kojarzyła mi się z przestrzenią. Często artyści tego nurtu sięgali po dyskotekowe brzmienia (bądź też je współtworzyli), ale przecież także eksperymentowali. Wystarczy pomyśleć o OMD – nagrywanie hitów, takich jak Enola Gay czy So in Love, nie przeszkadzało im przy okazji Dazzle Ships testować zdobyczy samplingu. Zresztą twórcy sięgający po elektronikę nie rezygnowali automatycznie z muzyki symfonicznej, rocka czy jazzu, przeciwnie – tworzyli z tych elementów spójną całość. Tak było w wypadku grupy Goblin, Vangelisa, Giorgio Morodera czy Pino Donaggia. Jednym z moich ulubionych przykładów muzyki elektronicznej jest soundtrack do Zagadki nieśmiertelności Tony’ego Scotta – co ciekawe, większość tego, co słyszymy w filmie, nie jest dziełem „oficjalnych” kompozytorów ścieżki dźwiękowej, tylko inżyniera dźwięku – Davida Lawsona. Świetny czas miał wtedy James Horner, choć wiem, że wiele osób uważa inaczej. Bardzo cenię jego muzykę do Imienia róży, Czerwonej gorączki, Komando, Wibracji, Tam, gdzie rzeka jest czarna. Niektóre z tych kompozycji są na granicy jazzu i elektroniki, opierają się na powtarzalności pewnych motywów, mogącej wprowadzić słuchacza niemalże w trans.

Dalej niezbędne ogólniki – jaki ton dominował w sztuce lat osiemdziesiątych, czy był to bunt, czy może raczej rodzaj eudajmonizmu?

Jerzy Płażewski, który pisał o Kinie Nowej Przygody, powiedział wprost – filmy Spielberga, Lucasa, Zemeckisa i im podobnych są eskapistyczne. Ale dla mnie to arbitralne, nic niewarte stwierdzenie. Czy kino, szerzej sztuka, musi się buntować? Czy musi pokazywać świat dookoła nas? Jasne że nie, kino może wszystko – w tym pokazywać siebie. Zresztą wiele osób polemizowało z Płażewskim, twierdząc, że kino, które czyni bohaterami wilkołaki, zombie czy wampiry może być metafizyczne, bo odpowiada naszym ukrytym pragnieniom.

Z muzyką jest podobnie – królował pop, chwytliwe melodie. Wiele osób odrzuca ówczesną muzykę głównego nurtu, ja mam inne zdanie. Uważam, że jest wielką sztuką skomponować wpadające w ucho melodie. Kto sądzi inaczej, niech włączy jakieś polskie radio, Bzdet czy jak mu tam… Bingo, Bingo Beaty Kozidrak to jakiś koszmar. Mówi się też, że na lata osiemdziesiąte przypada spadek formy Davida Bowiego. Koleś komponował wtedy piękne utwory, zwłaszcza do filmów Absolutni debiutanci, Labiryntu i A gdy zawieje wiatr, a ci gadają: nie, nie, zbyt komercyjne, wolimy Johna Cage’a i jego cztery minuty ciszy! Nawet ja potrafię to zagrać.

Kino i muzyka tamtych lat dawały ludziom szczęście, bawiły. Wielu osobom to przeszkadza. Oni uważają, że sztuka powinna być poważna. A już najlepiej, żeby była nudna. Kładziesz się do łóżka, a tam cierpiąca Hannah Arendt. Otwierasz lodówkę, a tam zasmucona Ida. Idziesz się powiesić – a tam już ktoś wisi. (śmiech) Tymczasem dla mnie podstawą sztuki jest zawsze doskonałość formalna – czy film jest dobrze nakręcony? Czy piosenka jest dobrze wyprodukowana? Reszta jest kwestią gustu. Lata osiemdziesiąte dostarczają bardzo wielu przykładów ogromnej pomysłowości i pracowitości artystów.

Jeszcze jedna uwaga dotycząca kina – reżyserzy w tamtym czasie inspirowali się klasycznym Hollywood, sięgali także po wzgardzone przez wielu horrory z lat 50. Stąd często mówi się o nurcie retro itd. Moim zdaniem ich dokonania są przede wszystkim przykładem na ciągłość sztuki, doskonalenie się w oparciu o wybraną tradycję.

Wciąż jednak mówię o kinie i muzyce, a przecież ciekawe rzeczy działy się też np. w malarstwie. Jean-Michel Basquiat tworzył graffiti, popularnością cieszył się neoekspresjonizm.

Na koniec: jakich polskich artystów cenisz jako kontynuatorów „ejtisowego” klimatu? Nie ukrywam, że najbardziej interesuje mnie muzyka…

Ostatnio słuchałem płyty Starships Nightrun87, jest rewelacyjna, od razu pojawiły się w mojej głowie pomysły na teledyski. Zwróciłem też uwagę na okładkę, bo dziewczyna na niej wygląda identycznie jak moja koleżanka z liceum. Zabawiłem się nawet w detektywa, okazało się jednak, że to nie ona. Przy okazji powiem, jakich polskich ejtisowych artystów cenię – Andrzeja Korzyńskiego: solo i z Arp Life, Bohdana Mazurka, Władysława Komendarka. Choć trzeba pamiętać, że byli aktywni także wcześniej i później.

Wracając do pytania, pozwól, że dodam jeszcze zagraniczniaków. Chyba nikogo nie zaskoczę: Perturbator, Disasterpeace, Mike Simonetti, duet Gatekeeper. Często ci artyści – zwłaszcza Perturbator, ale nie tylko – odwołują się, choćby w tytułach swoich utworów, do klasyków muzyki elektronicznej: Goblina, Vangelisa, Johna Carpentera.

Jeśli przypomnimy sobie, że także Goblin czy Vangelis odwoływali się do określonych wzorców, to otrzymamy system luster ustawionych naprzeciwko siebie, odbijających siebie nawzajem. Ja się czuję w takiej poetyce – i w takich strategiach artystycznych – jak u siebie w domu. Bo ja się czuję w latach osiemdziesiątych jak u siebie w domu. W zasadzie mógłbym przenieść się do lat osiemdziesiątych i tam zamieszkać.

Rozmawiał: Szymon Gołąb

80’s Again! – Facebook / wydarzenie

OBRAZY // Kung Fury: 80’s – reaktywacja

Kung Fury (film fabularny / animacja; reż. David Sandberg; Laser Unicors; Szwecja; 28 maja 2015)

Kung Fury (film; reż. David Sandberg 2015)

Zdecydowanie – ten film warto obejrzeć. Dlaczego? Oto bowiem powstał ogólnie dostępny w sieci obraz, bijący popularnością (ponad trzy miliony odsłon w ciągu jednego dnia) głupawe „filmiki” publikowane na YouTube wprost z telefonicznej „kamerki” – których jedyną treścią jest brak treści (a w ich tworzeniu celują zwłaszcza polscy „jutuberzy”, zachwycając ex post swoją „kreatywnością” także rodzimych speców od marketingu).

Oglądając Kung Fury obcujemy z filmowym sensem i wyrazistymi znaczeniami, pozbawionymi jednak natrętnego elementu „moralizatorskiego”. Łatwość odbioru połączona z dość trudną treścią to walor, jaki nie pojawia się we współczesnym kinie dość często. Jego wprowadzeniu służy tu oszczędna fabuła, nawiązująca do zasad kina akcji sprzed ponad trzydziestu lat – ukazując tym samym jak bardzo pojemny i wciąż żywotny jest ten gatunek. Treść, do której jeszcze powrócimy, jest ważna – jednak Kung Fury urzeka przede wszystkim warstwą wizualną.

Kung Fury: Haker (Leopold Nilsson) (fot. Copyright © Laser Unicorns)
Kung Fury: Haker (Leopold Nilsson) (fot. Copyright © Laser Unicorns)
Kung Fury - jeden z banerów zapowiadających film (fot. Copyright © Laser Unicorns)
Kung Fury – jeden z banerów zapowiadających film (fot. Copyright © Laser Unicorns)

Kung Fury perfekcyjnie wskrzesza i ukazuje rekwizytorium filmów „klasy B” (choć nie tylko) lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Wyścigówka Lamborghini, transformers, neonowa grafika, dinozaury z „Jurassic Park”, wczesne komputery o monochromatycznych monitorach, zabawne już dziś stroje bohaterów, wehikuł czasu, czy wreszcie świetnie wmontowana w akcję reklama bezprzewodowego telefonu sprzed lat… Klasa roku 1985 sama w sobie! Odtwórca głównej roli nie tylko wygląda jak superbohater filmowego wintażu, ale także mówi odpowiednio spreparowanym głosem, zaś za pierwiastek erotyczny odpowiadają dwie dziewczyny (obowiązkowo o kontrastującej urodzie) w strojach „prehistorycznych” wojowniczek (chociaż walk kobiet, wrestlingu, zdecydowanie w tym filmie brakuje)… OK, poznajcie moc Chevroleta 5.0 V8 Super Power. Jego potężne serce sprawia, że zawsze jestem pierwszy w sprincie od świateł do świateł – i tak niezmiennie już od prawie trzydziestu lat. Chcecie mi dorównać?

Wintaż został tu umiejętnie połączony z groteskową „poetyką snu” w rodzaju tej, jaka wypełnia obrazy dark fantasy z epoki, chociażby „Wojnę światów – następne stulecie” Piotra Szulkina (1981), czy „Armię ciemności” Sama Raimiego (1993). Ostatni z wymienionych filmów przetłumaczył niegdyś Tomasz Beksiński i chyba tylko jego talent translatorski mógłby sprawić, że dialogi z Kung Fury dobrze zabrzmiałbyby po polsku… To kino tej miary – niejako wywiedzione z ducha, którego wywołał już w latach sześćdziesiątych Monty Python.

If you Hassel the Hoff you unleach the Fury – available on youtube now, True Survivor #kungfury #truesurvivor

A post shared by David Sandberg (@laserunicorns) on

Muzyka? Oczywiście! Kung Fury to pierwsza (i udana) próba swoistego przełożenia stylistyki retro wave / synth pop na „język” filmu. Każda niemal scena nasycona jest doskonałymi rytmami, za które odpowiadają współcześni wykonawcy tworzący we wspomnianych gatunkach: Lost Years (formacja, która niedawno zremiksowała jeden z utworów Empathy Test – duetu doskonale znanego czytelnikom Wave Press), mitch murder, czy mistrz pastiszu – David Hasselhoff. Ale? Oczywiście jest i „ale” – zamiast nieco „rozwodnionego” brzmieniowo tematu „Redlining 6th” Betamaxx, winno się we wnętrzu filmu znaleźć choćby jedno nagranie obecnego prawodawcy syntezatorowego wintażu, Toxic Razora… Ciekawy jestem opinii innych pasjonatów retro / synth wave na temat ścieżki dźwiękowej do Kung Fury – zwłaszcza, że film ten jest pierwszym znaczącym uprzystępnieniem tej sceny szerokiemu gronu odbiorców.

Wróćmy do treści. Film w zwartej postaci zawiera wreszcie opis czegoś, co współcześnie wskrzesiło się niejako „samo”, niezależnie od jakichkolwiek intencji twórczych… Widma nazizmu. Ten ponury składnik obecnej rzeczywistości pojawia się w Kung Fury nagle, niemal według zasady deus ex machina, zaś jego wizualny i psychologiczny portret został tu nad wyraz dokładnie i przemyślanie wprowadzony. Dlaczego jest to istotne? Jedną z podstawowych wartości kina, co potwierdził chociażby niemiecki „demoniczny” ekspresjonizm filmowy Roberta Wiene („Gabinet doktora Calighari”; 1920), czy Friedricha Wilhelma Murnaua („Nosferatu – symfonia groza”; 1922) jest jego szczególna wrażliwość i predylekcja do ukazywania powszechnych lęków, oraz kształtów zbiorowej nieświadomości. David Sandberg, reżyser biegły w tworzeniu krótkich form w konwencji horroru, tę specyficznie kinową wartość nie tylko zawarł w Kung Fury, ale skondensował ją tu do szeregu najistotniejszych obrazów, czyniąc czytelną dla dzisiejszego widza popędzanego (szczególnie w internecie) nadmiarem informacji.

Przykłady? To chociażby kadr ze zbliżeniem twarzy Kungführera (filmowego odpowiednika wodza nazistów) wprost nawiązujący do opisu wizualnych przejawów osobowości nekrofilitycznej w klasycznej książce Ericha Fromma „Anatomia ludzkiej destrukcyjności”; to dosadne w znaczeniu połączenie jego mównicy z karabinem maszynowym; to wskazanie na zdolność do adaptacji zawartą w toksycznych ideologiach (esesmani mówią w tym filmie po szwedzku, w ojczystym języku reżysera); to wreszcie zwrócenie uwagi na „reaktywny”, odradzający się charakter zła… Tego rodzaju krótkie „komunikaty wizualne”, jakimi operuje Sandberg, czynią z Kung Fury niemal arcydzieło aktualności – dystansujące rozwlekłą (i przyznajmy to, niepotrzebnie jątrzącą) martyrologię, znaną chociażby z najnowszych polskich produkcji „kina wojennego”. Kung Fury nie tylko więc bawi, ale i poucza. Polecam ten film, także widzom nie będącym fanami brzmień retro / synth wave.

Szymon Gołąb

Soundtrack z filmu Kung Fury do nabycia w wersji elektronicznej (mp3) w sklepie internetowym iTunes.

Kung Fury – oficjalna strona

Kung Fury – Facebook / Google+ / Instagram / Twitter

Google Translate - logo

Blog na WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: