OBRAZY // Monika Kłobucka: Architektura czerni i bieli

Kontrast czerni i bieli,  podobnie jak brutalizm, to architektoniczny odpowiednik zimnej fali. Oba fenomeny pojawią się na okładkach płyt, w teledyskach, są tematami didżejskich wizualizacji. Skąd ta wrażliwość? Najlepiej zapytać architektkę (ale nie tylko). Poznajcie Monikę Kłobucką. 

Co tworzysz? Czego się uczysz i jakiej muzyki słuchasz?

Studiuję aktualnie architekturę i taki stan nie zmieni się przez kilka lat. Twórczość to bardzo rozległe słowo, więc na wstępie powiem tylko, że poza pracami wykonywanymi na studiach param się rysunkiem. Taki stan rzeczy trwa jakoś od połowy liceum, kiedy to zaczęłam uczęszczać na zajęcia rysunku do pracowni plastycznej Pani Bral. W swoim zbiorze rysunków gromadzę różne tematy i różne techniki; od rysunku ołówkiem, przez węgiel, sepię, tusz, po malarskie i graficzne prace. Staram się rysować rzeczy, które – mówiąc najogólniej” – wpadną mi w oko”. Tematem, do którego najczęściej powracam jest oczywiście architektura, nie stronię jednak od człowieka; chociażby pod postacią różnych portretów. Przedmioty codziennego użytku, takie jak; czajniczki, sztućce, puszki itp. rysowane w nurcie hiperrealizmu również cieszą się u mnie powodzeniem. Zdarza mi się malować martwą naturę, chociaż w malarstwie nie odnajduję satysfakcji tak dużej jak w rysunku, ostatnimi czasy szczególnie – w rysunku czysto graficznym.

Monika Kłobucka
Monika Kłobucka

Wracając jednak do tematu studiów… Architektura to bardzo rozległa dziedzina. Uczymy się nie tylko wszystkich norm, zasad i wytycznych do projektowania. Taki kierunek studiów przygotowuje nas przede wszystkim do bycia i myślenia jak architekt. Jako przyszli architekci musimy mieć wyrobiony pewien smak, poczucie estetyki i świadomość kształtowania przestrzeni. Każdy z nas musi wyrobić sobie pewien gust i osobowość, w tym przypadku architektoniczną. Ciężko mi dziś powiedzieć, jak będzie wyglądał mój, jednakże biorąc pod uwagę własne preferencje kolorystyczne, mogę snuć już jakieś przypuszczenia…

Monika Kłobucka - Kot
Monika Kłobucka – Kot

Jeśli chodzi o muzykę, której słucham to tutaj jest tego całkiem sporo. Zacznijmy od tego, że nie słucham jednego rodzaju muzyki, rzadko też potrafię odtworzyć w pamięci jakąś płytę konkretnego zespołu. Można więc powiedzieć, że przy wyborze kawałka kieruję się bardziej czystym subiektywizmem, aniżeli faktem, że to utwór takiego, lub innego zespołu. Najczęściej zdarza mi się słuchać muzyki raczej ciężkiej, chociaż wszystko uzależnione jest od nastroju. Jeśli miałabym jednak wrzucić jakieś hasła to z pewnością byłyby to: Jacek Kaczmarski, Marilyn Manson, Shannon, Linkin Park, Imagine Dragons, Indila… szanty…i tego typu historie.

Czym jest „architektura czerni i bieli”?

Abstrakcyjna architektura czerni i bieli to architektura kontrastu. Tego typu architektura przyciąga wzrok, bo kontrasty są tym, co ludzkie oko wychwytuje najszybciej. Jednakże, jest to także architektura, którą ciężko wkomponować w jakieś większe założenia. Być może jest to dobra architektura dla wnętrz? Surowe, monochromatyczne wnętrza co jakiś czas powracają do mody. Jakkolwiek by o niej nie mówić, jest architekturą trudną do zastosowania. Nieumiejętnie użyta może spotkać się ze sporą dezaprobatą. Czerń i biel, kontrast, cienie i światła, to wszystko są elementy, które dla mnie osobiście mają ogromne znaczenie. Uważam, że taka architektura mogłaby pełnić funkcję „perełki”, jakiegoś niewielkiego elementu założenia, który uświetnia całość.

Monika Kłobucka - Śmierć przed TV
Monika Kłobucka – Śmierć przed TV

Podobno lubisz poezję… Jaką? Inspirujesz się wierszami?

Myślę, że od najmłodszych lat ciągnie mnie w stronę poezji. Nie ukrywam, że w przeszłości byłam przekonana, że swoją przyszłość będę wiązała przede wszystkim z aktorstwem. Dzisiaj oczywiście sprawy mają się zupełnie inaczej, ale zawsze z chęcią wracam do poezji i recytatorstwa. Przygoda z tym drugim zaczęła się już w drugiej klasie szkoły podstawowej. W poezji tkwi jakaś magia, ale co dla mnie było najważniejsze – tkwi w niej kontrast. Moją ulubioną poetką jest oczywiście Wisława Szymborska – poetka niebanalna, kontrastowa, niekiedy bardzo cyniczna.

Monika Kłobucka - Tik tak
Monika Kłobucka – Tik tak

Nie sięgam po poezję przepełnioną miłością czy szczęściem, szukam z reguły poezji cynicznej, pokazującej coś w prawdziwym, brutalnym świetle, poezji mocno skontrastowanej – która piękno stawia z brzydotą pod jedną ścianą. Moim ulubionym wierszem będzie więc „Nienawiść” Wisławy, wiersz do którego powracam bardzo często i który niejednokrotnie przedstawiałam na konkursach recytatorskich. Myślę, że ciężko nie inspirować się poezją – zawsze pozostawia ona swój odcisk na naszym charakterze. Każdy, kto chociaż raz się w niej zagłębi, mimowolnie będzie się do niej odnosić. Być może nie będzie to analiza i interpretacja, to raczej nie ten typ inspiracji. Myślę, że będzie to próba odtworzenia pewnych doznań, odczuć i wrażeń, które z tej poezji wynikają. Fakt, że przyciągała mnie zawsze poezja kontrastu, według mnie w żadnym wypadku nie jest przypadkowy. Można by więc powiedzieć, że jestem tym, co czytam.

…w takim razie zapytam o poetyckie znaczenie kontrastu…

Poetyckie znaczenie kontrastu – brzmi trochę jak pytanie-pułapka na maturze. Wydaje mi się, że kontrast w poezji ma kilka wymiarów. Przede wszystkim słowny – zestawienie piękna z brzydotą, wykwintności z prostactwem. Jednak dla mnie, jako amatorki recytacji, będzie to zmiana tonu i barwy głosu. Kiedy myślę o przykładzie kontrastu rozumianego w ten sposób w głowie świtają mi ulubione linijki wiersza, o którym już wspominałam, a brzmią one tak:

„Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.”

Architektura i muzyka to naczynia połączone. W jaki sposób?

Muzyka to pewien ciąg następujących po sobie akcentów; gdzieś pojawia się jakaś dominanta, wszystko ma swój rytm i ciąg. Podobnie jest z architekturą – jednomelodyjna architektura byłaby z pewnością nudna, dlatego też architekt, tak jak kompozytor musi zestawiać ze sobą poszczególne elementy architektoniczne w taki sposób, by tworzyć architekturę przyjemną dla oka. Wiemy, że im bardziej zróżnicowana, szczególnie subtelnie, linia melodyczna, tym bardziej utwór „wpada nam w ucho”.

Monika Kłobucka - Kanapka z człowieka
Monika Kłobucka – Kanapka z człowieka

Tak samo jest z architekturą; staramy się tworzyć architekturę płynną, zróżnicowaną ale nie krzykliwą. Architekturę, która ma swój porządek, tak jak utwór muzyczny rytm. Gdzieś wplatamy dominanty, gdzieś zmieniamy tempo i rytm, by zaciekawić, zadziwić lub po prostu przykuć uwagę oglądającego. Myślę, że szczególnie z elewacji budynków można czytać jak z nut. Dział badania muzyki i jej wpływu na architekturę jest przeogromny i ciekawy. Myślę, że umiejętność gry na jakimś instrumencie jest dla architekta jak najbardziej zdolnością działającą na plus – im bardziej wszechstronny jest architekt, tym lepszą architekturę tworzy.

Muzycy nurtów cold wave / post punk często inspirują się „brutalizmem”. Co to jest?

Brutalizm jest nurtem architektury doby późnego modernizmu. Dla brutalistów najważniejsza była konstrukcja i przestrzeń oraz właściwości materiałów, których używali. Mówi się o nich, że z architektury abstrakcji przeszli na ekspresję. Z brutalizmem ściśle powiązany jest także minimalizm. Nie da się ukryć, że był on jednym z najbardziej nielubianych i niezrozumianych nurtów w architekturze. Twarde, surowe kształty, nieregularność, etyka ponad estetyką to wyznaczniki brutalizmu. W brutalizmie nie można udawać, że masy zbrojonego betonu to coś więcej niż tylko materiał konstrukcyjny. Dlatego też brutalistyczne budowle pozbawione są jakiegokolwiek wykończenia, a z bliska można dostrzec teksturę drewna używanego do szalunków odciśniętego na surowym betonie.”

Monika Kłobucka - Image
Monika Kłobucka – Image

Brutalizm był nurtem, który zakładał pewną utopijną wizję społeczeństwa – takiego, w którym estetyka nie byłaby ponad etyką. Krytykuje się go za niedostosowane do ludzkiej skali i zapotrzebowań wizualnych człowieka. Mówi się, że architektura brutalizmu jest przytłaczająca, a z surowym betonem niezbyt dobrze obchodzi się czas. To tyle jeśli chodzi o takie klasyczne wytyczne.

Spróbuję jednak odnieść się do tego nurtu według własnego widzimisię. Uważam, że gust jest rzeczą względną i w związku z tym ciężko powiedzieć, czy to, co dzisiaj uważamy, za klasyczny przykład brzydoty, za jakiś czas nie będzie przykładem dobrej architektury. Nurt brutalizmu został niezrozumiany, być może faktycznie był on niezbyt ludzki. Nie ulega jednak wątpliwości, że był nurtem kontrastu. Uważam, że wiele jego założeń zostało niedocenionych. Warto wspomnieć, że nawet Le Corbusier w ujęciu materiałów po części również był brutalistą. Żaden nurt w architekturze nie jest przypadkowy – stanowi wynik analizy i rozmyśleń jakiejś grupy architektów, dlatego też warto czerpać z brutalizmu, nawet jeśli w całości jako nurt cieszy się złą sławą.

Jakieś plany? Jakaś przyszłość?

Plany na przyszłość są dość proste – projektować. Gdzie i co? Ciężko mi jeszcze powiedzieć. Zależy mi również na tym, żeby chociaż w niewielkim stopniu zajmować się w przyszłości poezją. Być może gdy uda mi się zagospodarować trochę więcej czasu przyłączę się do jakiegoś teatru amatorów. Wszystko jeszcze przede mną!

Rozmawiał: Szymon Gołąb

Za możliwość spotkania z Moniką Kłobucką dziękuję Januszowi Dębskiemu (Galeria „13”, Mława) oraz Zygmuntowi Mężykowskiemu (Miejsko – Gminny Ośrodek Kultury w Lidzbarku).

Wybrane prace artystki (grafika, wizualizacja, malarstwo) można obejrzeć poniżej.

OBRAZY // Anita Zawadzka: Jak namalować powietrze?

Malarstwo tworzącej w Wielkim Łęcku (wieś leżąca na tak zwanych „Bliskich Mazurach”) Anity Zawadzkiej ma wszelkie cechy, aby na dłużej zatrzymać wzrok.

Bez tytułu. © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. © Anita Zawadzka (2015)

Na początku grudnia odbędzie się wernisaż pierwszej wystawy tej młodej, aktywnej zaledwie od dwóch lat, artystki – jest to więc właściwy moment na interpretacyjne przygotowanie przyszłych odbiorców jej sztuki. Element irrealny, czy wręcz psychodeliczny, obecny w pracach Anity Zawadzkiej daje zaś asumpt do stosowania w opisie tego malarstwa dość nieprecyzyjnego (z punktu widzenia wciąż popularnego w Polsce dyskursu materialistycznego) pojęcia „duszy”. To właśnie niewidzialność duszy sprowokowała podstawowe pytanie, jakie można zadać obcując z obrazami tej mazurskiej artystki: „jak namalować powietrze”?

Przejrzystość przedmiotu.

Anita Zawadzka, nieco podobnie jak niegdyś czynił to Janusz Kaczmarski (pejzażysta reprezentujący nurt „nowej figuracji” w powojennym malarstwie polskim) w dość interesujący sposób obchodzi się z materią portretowanych przedmiotów – niejako pozbawiac ją ciężaru, „roztapiając” rzecz we wrażeniu. Wrażeniowość, klucz do malarstwa tej artystki, szczególnie wyraźnie objawia się zaś w jej pracach o tematyce abstrakcyjnej, często operujących zabiegiem zmiennej optyki widzenia. To popularna technika, jednak malarka wykorzystuje ją w sposób szczególny.

Muzyka i widzenie. Pozorna prostota.

Trudno porzucić wrażenie właśnie, że przedmiot jest tu potraktowany jedynie jako punkt wyjścia dla swoistej onirycznej improwizacji na jego temat. Jest to wybitnie muzyczna formuła tworzenia, co pozwala umiejscowić prace Anity Zawadzkiej w kręgu sztuki posługującej się korespondencją obraz – dźwięk. Zwracają uwagę także narzędzia tych przemian – kształt i barwa. O ile deformacje kształtów nie są (dla podobnych operacji artystycznych) niczym zaskakującym, o tyle barwa modyfikuje tu rzeczywistość w sposób często urzekający suwerennością wizji.

Barwa to koloryt emocjonalny – podstawowy element opisu snów, wrażeń i utworów muzycznych. Podobnie więc, jak w „poezji” nowoczesnej muzyki, ciemny wyraz doznań (obecny, choć nie natarczywie) w pracach Anity Zawadzkiej, wyzwala w nich wrażenie obcowania z „innym wymiarem” rzeczy i zjawisk. Muzyka i malarstwo radzą sobie z tym przekształceniem podobnie – operując wspomnianą już barwą i rytmem. Dźwięk posiada barwę, barwa zaś brzmi. To właśnie „korespondencja sztuk”.

Nie jest łatwo uprzystępnić w opisie coś, czego nie widać (bądź też to, co znajduje się „pod podszewką” widzialnego). Potrzeba tu poezji, muzyki, bądź obrazów podobnych właśnie do tych, jakie tworzy Anita Zawadzka. Paradoksalnie, najłatwiej niewidzialne „unaocznia” muzyka. Oto Marie Davidson, kompozycja „Perséphone”. Słuchając zwróćmy uwagę na monotonię linii melodycznej (ekwiwalent portretowanego przedmiotu) i narrację, dialog wokalny (element nadrealistyczny, przekształcający ów przedmiot). Kluczowe jest zaś pytanie: co dzieje się tu z melodią? Dość podobnie powstają właśnie „muzyczne obrazy” Anity Zawadzkiej.

Twórczość wolna. Lokalność.

Częstym składnikiem (i specyfiką) polskiego dyskursu o sztuce współczesnej jest ideologizacja. Szczególnie polityczna – a w dalszych ciągach: religijna, społeczna, seksualna… Malarstwo Anity Zawadzkiej – dzięki operowaniu wpisaną w pejzaże, martwą naturę, czy abstrakcję – „materią niewidzialnego” przekracza wymiar treści doraźnych. Jest perfekcyjnie uniwersalne i ponadczasowe. Artystka (wykształcona w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych) pozostaje twórczynią zakorzenioną w tematyce lokalnej, co również swoiście chroni jej malarstwo od miazmatów ogólnopolskich „zagadnień artystycznych” – po raz kolejny potwierdzając też nowoczesną regułę sztuki, przenoszącą centrum w sferę peryferiów.

Szymon Gołąb

Anita Zawadzka – Facebook

Anita Zawadzka – Wernisaż wystawy malarstwa w MGOK Lidzbark – Facebook / wydarzenie

Bez tytułu. © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2015)
Martwa natura. Akryl na kartonie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2013)
Martwa natura. Akryl na kartonie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2013)
Martwa natura. Akryl na płótnie (100 / 150). © Anita Zawadzka (2015)
Martwa natura. Akryl na płótnie (100 / 150). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (80 / 80). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (80 / 80). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2015)
Bez tytułu. Akryl na płótnie (100 / 70). © Anita Zawadzka (2015)

MUZYKA I PEJZAŻ / I Międzynarodowy Festiwal Stara Tradycja Lidzbark 2015

I Międzynarodowy Festiwal Kultury „Stara Tradycja” Lidzbark 2015 (14 sierpnia, piątek, godz. 18; scena plenerowa w parku rekreacyjno-wypoczynkowym przy ulicy Garbuzy w Lidzbarku)

I Międzynarodowy Festiwal Kultury Stara Tradycja - Lidzbark 2015 (banner)

Nareszcie! „Pola, lasu, rzeki”! Czas wypocząć. Lato jest też porą poszukiwań tego, co na kulturalnej mapie Polski i świata nowe, inspirujące i odległe od codziennej monotonii. Te walory niewątpliwie wyróżniają mającą odbyć się w najbliższym czasie pierwszą odsłonę „Starej Tradycji” – festiwalu kultury ludowej, który choć wpisany jest w miejsce o kameralnej atmosferze (Lidzbark Welski na Mazurach to miasto o wiele mniejsze od – na przykład – znanego z organizacji Castle Party Bolkowa), to zapowiada się być wydarzeniem tyleż o lokalnym, co międzynarodowym zasięgu.

Lidzbark z lotu ptaka. U dołu zdjęcia "Małe Jeziorko" i park wypoczynkowo-rekreacyjny - miejsce Festiwalu (źródło: www.lidzbark.pl)
Lidzbark z lotu ptaka. U dołu zdjęcia „Małe Jeziorko” i park wypoczynkowo-rekreacyjny – miejsce Festiwalu (źródło: lidzbark.pl)

Kultura ludowa? Folk? Tak! Dzisiejsza rzeczywistość muzyczna przesunęła granice pomiędzy tym, co lokalne, a kulturalnym centrum; tak, iż nagrania zespołów folkowych tej miary co Theodor Bastard, czy Радoсть Моя pojawiają się zarówno na największych scenach festiwalowych świata, jak i podczas niewielkich – lokalnych właśnie – koncertów. Zwraca uwagę szczególnie popularność tej drugiej grupy wśród młodzieży, która to przecież „powinna” (według marketingowych statystyk) słuchać wyłącznie przebojów „eurodance” serwowanych przez dyskotekowy przemysł spod znaku telewizji muzycznych…

Przemysłu rozrywkowego nie obchodzi pokrewieństwo miejsca i muzyki; tam gdzie liczy się tylko zysk, nie ważne są różnorodność i artyzm – nieodłączne cechy zarówno pięknego pejzażu, jak wypełniającej go muzyki – a przecież muzyka brzmi inaczej w Bieszczadach, niż na Mazurach… Syberyjski post punk różni się od polskiej zimnej fali… Dziś w Polsce ponownie należy poszukiwać muzycznej i lokalnej tożsamości – interesującą próbą tego poszukiwania jest właśnie „Stara Tradycja”.

I Międzynarodowy Festiwal Kultury Stara Tradycja Lidzbark 2015 (plakat wydarzenia)
I Międzynarodowy Festiwal Kultury Stara Tradycja Lidzbark 2015 (plakat wydarzenia)

Mimo, że Festiwal będzie trwał tylko jeden dzień (a właściwie wieczór i noc z piątku na sobotę), to jego program jest nader bogaty. Wystąpią formacje prezentujące folklor w jego rdzennej odmianie – co nie oznacza, iż nie będzie miejsca na twórcze interpretacje. Kogo usłyszymy w Lidzbarku?

Wielopokoleniowy zespół folklorystyczny „Kurpiowszczyzna” z Myszyńca. Grupa skupia ponad stu ludowych artystów w różnym wieku. Najstarsi jej członkowie posiadają podobno doskonałe umiejętności wykonywania tradycyjnych pieśni i tańców regionu. Zespół wiernie odtwarza zarówno tradycję muzyczną i językową (pieśni, gra na instrumentach, gwara), wizualną (stroje), jak i metafizyczną (obrzędy) regionu myszynieckiej Puszczy Zielonej.

Yankel Band – to zespół z Łodzi, łączący tradycyjne brzmienia world music – inspirowane głównie folklorem śródziemnomorskim i cygańskim – z jazzem i bluesem. Ta wielokrotnie nagradzana formacja występowała chociażby u boku jednego z najbardziej cenionych polskich basistów jazzowych, Krzysztofa Ścierańskiego. Yankel Band wykorzystują w swoich nastrojowych kompozycjach nader bogate instrumentarium: skrzypce, gitary akustyczne, bas, akordeon, syntezator i perkusję. Element jazzowy zawarty w ich muzyce wykonywanej na żywo gwarantuje częste sięganie po żywioł improwizacji.

Kapela ludowa „Śparogi” – to założony na początku lat dziewięćdziesiątych wielopokoleniowy zespół muzyczny. Pochodzą z Olsztynka, a grają między innymi na: skrzypcach, trąbce, bębnie, oraz akordeonie. Zespół dał dotąd ponad półtora tysiąca koncertów w Polsce, oraz: w Szwecji, Francji, Niemczech, na Łotwie i w Estonii. Formacja ta wystąpi zamiast wymienionej na plakacie kapeli z Łysego.

Zespół śpiewaczy „Echo” jest najmłodszym wykonawcą Festiwalu. Zespół tworzy osiem kobiet (mieszkanek wsi Gołąb w powiecie chełmskim) i trzech mężczyzn (pochodzących z pobliskiej wsi Wólka Kańska). Grupa „stara się nadać swoim piosenkom inny wymiar, jednocześnie stale pozostając w kręgu twórczości ludowej” – można przeczytać na facebookowej stronie „Echa”.

Zespół Śpiewaczy "Echo" (źródło: Facebook)
Zespół Śpiewaczy „Echo” (źródło: Facebook)

Lei dindouleto dou roucas – pochodzą z miasteczka Vitrolles w Prowansji (Francja) i będą gościem specjalnym „Starej Tradycji”. Ta wielopokoleniowa grupa taneczna znana jest chociażby z tego, że w interesujący sposób wplata w figury tradycyjnych tańców elementy rekonstrukcji codziennego życia na dawnej francuskiej prowincji. Przedstawienia ludowych artystów z Vitrolles zyskują dzięki temu wyraz parateatralny.

Lei dindouleto dou roucas (źródło: Facebook)
Lei dindouleto dou roucas (źródło: Facebook)

Wstęp na wszystkie koncerty mające odbyć się w ramach „Starej Tradycji” jest wolny. Lato to czas życia w odmiennym rytmie – pora więc na coś innego i nowego w krajobrazie mazurskich (i nie tylko) imprez muzycznych. Zapraszam do Lidzbarka!

Szymon Gołąb

Google Translate

OBRAZY // Greg von Seduce: Pan Kuźni

"Dźwięk mosiężnych instrumentów (próba orkiestry poza kadrem) ma w sobie coś z mosiężnych rzeźb, które można oglądać z zamkniętymi oczami"... (Greg von Seduce podczas wernisażu wystawy "Piękno czai się w mroku" - MGOK Lidzbark
„Dźwięk mosiężnych instrumentów (próba orkiestry poza kadrem) ma w sobie coś z mosiężnych rzeźb, które można oglądać z zamkniętymi oczami”… Greg von Seduce

Czas przyjrzeć się artyście, sztuce, oraz miejscu, których cechą wspólną jest to, iż rodzimy odbiorca wciąż wie o nich nazbyt mało. Przeprowadziłem niedawno pierwszy z serii swoistych eksperymentów, których cel to „sprawdzenie” w jaki sposób prezentowana jest obecnie polska twórczość w miejscach do tego przeznaczonych. Postępując zgodnie z wytyczną nowoczesności wskazującą, że „centrum istnieje na peryferiach” odwiedziłem Dom Kultury w Lidzbarku, niewielkim mieście na Mazurach. Najpierw więc przyjrzyjmy się pracom artysty, którego wystawę „Piękno czai się w mroku” tam obejrzałem. Potem odwiedźmy przestrzeń, jaką stworzono dla sztuki w tym mieście. 

Artysta i sztuka.

"My Sweety Spider" © Greg von Seduce (2010)
„My Sweety Spider” © Greg von Seduce (2010)

Steampunk czyli „muzyczne rzeźby”. Być może niektórzy z czytelników mają w pamięci niewielką powieść fantastyczną Julitty Mikulskiej „Inanna”, wydaną około roku 1986… Porównajmy Grega von Seduce do sportretowanej w jej wnętrzu postaci Hefasa, „Pana Kuźni”, który – pod wpływem cierpliwej i głębokiej (ale też nieco egoistycznej) miłości – obdarowywał uroczą Inannę wykuwanymi przez siebie kunsztownymi ozdobami. Radowały one jej serce, choć ta nieziemska dziewczyna zdawała się być – na pozór jedynie – obojętna na dziwne piękno tych darów. Dlaczego akurat to porównanie? Powieść Mikulskiej, a zwłaszcza opisywana w niej estetyka dzieł Hefasa, to chyba pierwsza w literaturze polskiej proza steampunkowa – a więc odnosząca się do kierunku artystycznej alternatywy, którą na początku lat osiemdziesiątych zrodziły dwa składniki wyobraźni: fascynacja „wiekiem mechaniki” (zwłaszcza opartej na wykorzystaniu mechanizmów parowych), który już wtedy odchodził w niepamięć – wypierany przez technologie elektroniczne; oraz negacja zastanego kształtu rzeczywistości przez ruch punkowy, jaki w tamtym czasie ulegał estetycznemu pogłębieniu – głównie dzięki muzyce. Tę sublimację punkowego sprzeciwu wyznaczać zaczęły wówczas brzmienia „gotyckie” i minimalistyczne zarazem, o eterycznych, subtelnych aranżacjach. Pierwsze płyty Black Tape For A Blue Girl – czy Universe Zero – są przykładem muzyki tamtego czasu, która – dzięki swoistej delikatności – pozyskała wkrótce „powietrzne” określenie: ethereal.

"Dragonfly" © Greg von Seduce (czas powstawania: kilka lat)
„Dragonfly” © Greg von Seduce (czas powstawania: kilka lat)

Sublimacja buntu i odrzucenie formuły świata ujednoliconego w nadmiarze identycznych, projektowanych komputerowo form, zrodziły steampunk – nurt dziś nadal żywotny w muzyce, a także coraz częściej adoptowany przez sztuki wizualne. Współczesną muzykę steampunkową wyróżnia wykorzystanie tradycyjnego akustycznego instrumentarium (fortepian, skrzypce, harfa, oraz gitara) z wyraźną ekspozycją perkusji (zwłaszcza zaś „talerzy”); a także – co dla jej wyrazu jest najważniejsze – dbałość o szczegół, tak instrumentalny, jak i wokalny. Nie bez znaczenia jest również warstwa wizualna utworów, „reprezentowanych” przez wypracowane nader starannie i fantazyjnie (choć także za pomocą tradycyjnych metod kinematografii) teledyski. Wszystko to zaś podbarwione zostaje stale obecnym elemementem horroru – o naturalistycznym, bądź psychologicznym źródle. Patrząc na rzeźby Grega von Seduce warto mieć w pamięci ich steampunkową genezę i swoisty „muzyczny” charakter. Posłuchajmy więc – oto brzmienie, oraz wygląd steampunka w nowej muzyce: Jaggery, utwór „Hostage Heart”, oraz duet Arborea w kompozycji „Pale Horse Fantasm”:

Znaczenie szczegółu. Wydźwięk całości jest nieodłączny od nastroju wnoszonego do niej przez detal. Popularne określenie „diabeł tkwi w szczegółach” nabiera w kontekście prac Grega von Seduce głębszego znaczenia. Zaznaczmy jednak, że demoniczność nie jest dla nich jedynym obszarem sensotwórczym; co więcej – przypisywanie tym rzeźbom „demonizmu” byłoby pomyłką widzenia. Kluczem zaś interpretacyjnym zbliżającym się do prawdy o dziełach Grega von Seduce jest zapatrzenie w detal, wysłuchanie opowieści szczegółu. „Twórz tak, jak tworzy natura” – zdają się mówić powołane przez niego formy. Czyli jak? „Od szczegółu do ogółu” – to najtrafniejsza odpowiedź tych kształtów. Początek twórczej przygody z detalem jest spotkaniem z materią – możliwie jak najszlachetniejszą, trwałą i konkretną. Materia to prawda i punkt wyjścia: metal, szkło, kamień, drewno i kość. Energia, czyli para (steam) – odpowiednik duszy w formach steampunkowych – rodzi się zaś z interakcji pomiędzy tymi składnikami, jeśli tylko artysta włoży w ich ukształtowanie odpowiednią ilość pracy i rzeczywistego ludzkiego trudu. Rzeźby Grega von Seduce to nie jest sztuka płytkiej iluzji; naśladownictwa we współczesnym znaczeniu, kiedy formę i trwałość materii – oraz całych rzeczy – „markują” tworzywa sztuczne. Szczegół ma tu również inne, nader ważne znaczenie. Jest hermeneutyką, a więc rodzajem filozoficznego namysłu. Sztuka dawnych mistrzów twórczego kształtowania materii, także tej myślowej – a więc hermeneia – jest tu istotnym kontekstem. Na prace Grega von Seduce patrzy się przez pryzmat kunsztownego detalu, który niejako otwiera formy poszczególnych rzeźb; w ten sposób przebiega także droga konkretnego „odczytywania” tych prac – umiejący uważnie patrzeć odbiorca nachyla się i studiuje z zachwytem ich szczegóły.

"My Sweety Spider" © Greg von Seduce (2010)
„My Sweety Spider” © Greg von Seduce (2010)

„Twórz tak, jak tworzy natura” – powtórzmy ten głos formy – czyli w trudzie, niedostrzegalnym jednak dla patrzącego. To także stara zasada, wykorzystywana chociażby przez architektów gotyckich katedr – „in sna operationes”, czyli budowanie na podobieństwo kształtów i wysiłku natury. Odżywa ona w „przyrodomorficznej” estetyce rzeźb Grega von Seduce, stanowiąc ich wyrazisty element steampunkowego sprzeciwu wobec „plastikowego” fałszu i schematycznej iluzji. Przejrzyste ważki, dziwne pająki, nietoperze skrzydła, oraz Gigerowskie ksenomorfy – to świat form naturalnych cudownie i paradoksalnie stworzony przez tę sztukę – wyrosłą przecież na gruncie fascynacji mechaniką.

"Saint Skull" © Greg von Seduce (2013)
„Saint Skull” © Greg von Seduce (2013)

Punk i elegancja. Niektóre, jeśli nie większość, z rzeźb Grega von Seduce tworzy materia wycofana z użytkowego znaczenia. Niezapominajmy, że punk to tyle, co ‚śmieć’, przedmiot ‚wykluczony’, isniejący ‚na marginesie’. Jednak nie tylko przedmiot. Obecnie już kolejne pokolenie młodych ludzi zmuszone jest używać tych określeń dla opisania swojego miejsca we współczesnej rzeczywistości. Stąd chociażby obecna popularność artystycznego wyrazu „życia bez perspektyw” – chłodna, lecz swoiście „natchniona” stylistyka muzyki „post punkowej”. Prace Grega von Seduce, podobnie jak dokonania całej „szkoły” steampunka, wpisane są w te znaczenia – traktując je zarazem w sposób nader rozwojowy i twórczy.

"Dragonfly" © Greg von Seduce
„Dragonfly” © Greg von Seduce (b.d.)

Stary, bezużyteczny nalewak do piwa, elementy baterii łazienkowych, części instrumentów muzycznych, zwoje drutów, części dawnych samochodów… Wszystkie te składniki, traktowane przez nowoczesną konsumpcyjną cywilizację jako „śmieci”, w rzeźbach firmowanych przez faktorię artysty, „Von Punk Factory”, uzyskują nowe istnienie, stając się niejako surrealnymi „przedmiotami do funkcjonowania symbolicznego” – bądź dziełami sztuki po prostu. Ich powtórne życie dalekie jest od śmietnikowego bezładu i destrukcji. Znamienne jest to, iż Greg von Seduce łączy elementy starych, „zużytych” przedmiotów z najszlachetniejszymi naturalnymi materiałami: złotem, srebrem, kością i drewnem. „Zużycie” i „wykluczenie” należy więc, w kontekście tych dzieł, umieszczać jedynie w nawiasie. Rzeczy, a w szerszym znaczeniu również i człowiekowi (pamiętajmy o steampunkowym zrównaniu pary i duszy, jako energii twórczej, oraz życiowej) przywracana jest godność powtórnej możliwości istnienia – i to w nader kunsztownej formie. Greg von Seduce tworzy więc sztukę, choć może to być już nadinterpretacją, na wskroś humanistyczną; tym też różni się od większości artystów peregrynujących składowiska staroci. Degeneracja i jej podkreślenie, w rodzaju prowokacyjnych – niejako zapowiadających wojenny bezład – kreacji Miszy Koptieva (przywołanych tu niegdyś w eseju o fotografiach Andrieja Stienina) to nie jest wymiar twórczości, po który sięga Greg von Seduce. Od jego postawy jest zaś tylko krok do tworzenia sztuki sensu stricto użytkowej, do wykonywania przedmiotów towarzyszących życiowej codzienności, jednak w odmienny sposób i w zindywidualizowanej formie – także więc i w tej dziedzinie „Von Punk Factory” odnajduje się, oraz prężnie działa.

II Miejsce.

Greg von Seduce na wernisażu wystawy "Piękno czai się w mroku" (MGOK Lidzbark)
Greg von Seduce na wernisażu wystawy „Piękno czai się w mroku” (MGOK Lidzbark)

Prace Grega von Seduce prezentowane były w ramach „objazdowej” wystawy „Piękno czai się w mroku”, której wernisaż w lidzbarskim Domu Kultury odbył się w zeszłym miesiącu. Lidzbark, niewielkie miasto na Mazurach – postanowiłem odwiedzić właśnie to miejsce, nieco oddalone od wpływu „głównych”, czy też mainstreamowych, oficjalnych nurtów kultury w Polsce. Nowoczesna kultura kieruje się nieco odmiennymi zasadami obecności, niż te, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić. Zanika, przede wszystkim, pojęcie granicy – nie tylko „kulturowej”, ale także tej, jaka dotąd oddzielała „centrum” od „peryferiów”. W ciągu kilku ostatnich lat działalności „medialnej” najczęściej zdarza mi się współpracować z artystami tworzącymi właśnie na peryferiach; dodać należy, iż niezależnie, czy są to peryferia krajów Europy Zachodniej i Ameryki Łacińskiej, czy też Rosji, Stanów Zjednoczonych, a nawet Japonii – zawsze trafiam tam na osobowości artystyczne najwyższej próby, świadomie poszukujące i tym poszukiwaniom oddane. Kształtują one też alternatywną sztukę, która w niedługim czasie, wypełnia znane sale koncertowe i wystawiennicze świata. Jak w tym kontekście prezentuje się kulturotwórcza moc peryferiów w Lidzbarku?

Wernisaż wystawy "Piękno czai się w mroku" (MGOK Lidzbark)
Wernisaż wystawy „Piękno czai się w mroku” (MGOK Lidzbark)

Człowiek, a konkretnie styl, w jakim potrafi on ująć dookolną rzeczywistość, jest dziś istotniejszy od materialnych desygnatów miejsca i jego przeznaczenia. Po wnętrzach lidzbarskiego Domu Kultury oprowadzały mnie dwie Przewodniczki, realizujące tam na co dzień program zajęć plastycznych dla dzieci. Choć w Domu Kultury pojawiłem się w czasie, w którym właśnie przypadały owe lekcje plastyki (na których temat nie zdążyłem zwrócić uwagi), przyjęty zostałem z należytą życzliwością i – co najważniejsze – bez irytującego „popędzania” kogoś, kto nieco głębiej chce przyjrzeć się sztuce, oraz wnętrzom przez nią wypełnionym. Jedna z Przewodniczek – z którą właśnie miałem prawdziwą przyjemność oglądania wystawy „Piękno czai się w mroku” – dała namówić się na zaskakująco rzeczową i twórczą rozmowę, której temat oscylował wokół rzeźb Grega von Seduce, sztuki „gotyckiej”, a także bliskiej mi muzyki grupy Dead Can Dance. Było to ujmujące i na długo pozostanie w pamięci – znacznie dłużej niż podobne doświadczenia – chociażby z ekspozycji bliskiej kolorytem sztuki w Sanoku (Festiwal „Love Never Dies” dedykowany twórczości Tomasza Beksińskiego) i Częstochowie (wystawa prac Zdzisława Beksińskiego pochodzących z kolekcji Anny i Piotra Dmochowskich). Druga z Przewodniczek służyła natomiast pomocą w sprawach organizacyjnych, co również odbyło się z wdziękiem, kulturalną „ogładą” i bez jakichkolwiek zastrzeżeń.

Budynek MGOK Lidzbark
Budynek MGOK Lidzbark

Jak wygląda zaś samo miejsce? Dom Kultury w Lidzbarku jest nader sporym gmachem o nieregularnej formie architektonicznej. Charakterystyczna wysoka i pokryta równomiernym tynkiem ściana oddziela go od ulicy, co sprawia wrażenie pewnej „bariery psychologicznej” – na tyle silnej, iż warto o niej wspomnieć. Pierwsza część Domu Kultury to sala dawnego kina miejskiego (szkoda, że właśnie „dawnego”), w której odbywają się zazwyczaj przedstawienia teatralne i koncerty (ciekawe jakiej muzyki?); druga zaś (niedawno powiększona) mieści galerię „Nowa Przestrzeń”. W niej to właśnie pomieszczono ekspozycję rzeźb Grega von Seduce, oraz wystawę portretów znanych muzyków (głównie nurtu pop-rock) wykonanych techniką „batiku” – jest ona obszerna, jednak nie ujęła wystarczająco swoją tematyką, jak i formą.

Ekspozycja wystawy "Piękno czai się w mroku" (MGOK Lidzbark)
Ekspozycja wystawy „Piękno czai się w mroku” (MGOK Lidzbark)

Wnętrze Domu Kultury… Domu Kultury? Brak mi klucza wizualnego, jak i muzycznego, który zdolny byłby przekonać „zwykłego człowieka”, iż jest to właśnie miejsce mieszczące kulturę, a nie szpital, urząd, bądź inną instytucję wymagającą po prostu czystych, białych i dużych pomieszczeń. Wszechobecny „syndrom białego sześcianu”, przed którym słusznie przestrzegano niegdyś słuchaczy „Laboratorium Edukacji Twórczej” warszawskiego Centrum Sztuki Współczesnej, również zdecydowanie przeszkadza odbiorowi sztuki. Nadmiar bieli jest zbyt cichy, przytłaczający – i bynajmniej nie spełnia się jako „środowisko neutralne”. Jednak rzeźby Grega von Seduce, oraz życzliwość Przewodniczek zrekompensowała mi to niemiłe doznanie bycia przytłoczonym amorficzną pustką.

„Czym jest potencjał”? Zapytałem, wychodząc, jedną z Przewodniczek. „Siłą… Energią” – odpowiedziała, rozbijając jedno znaczenie na dwa słowa. Siły i energii życzę zatem lidzbarskiemu Domowi Kultury, miejscu o sporym potencjale – który może zdystansować hordy miejscowych didżejów pustoszących smak i wyobraźnię każdego, kto choć z daleko usłyszy ich „twórczość”.

Do zobaczenia w kolejnym miejscu kultury w Polsce.

Szymon Gołąb

Za udostępnienie fotografii rzeźb dziękuję Artyście. Za wszelką inną pomoc – Pracownikom MGOK w Lidzbarku.

Von Punk Factory – oficjalna strona

Von Punk Factory – Facebook

MGOK Lidzbark – strona internetowa

MGOK Lidzbark – Facebook

Pozostałe wybrane prace Grega von Seduce:

"My Sweety Spider" © Greg von Seduce (2010)
„My Sweety Spider” © Greg von Seduce (2010)
"Silver Skull" © Greg von Seduce (2011)
„Silver Skull” © Greg von Seduce (2011)
"Silver Brain" © Greg von Seduce (2013)
„Silver Brain” © Greg von Seduce (2013)
"Sky Rambler From Hell" © (2011)
„Sky Rambler From Hell” © (2011)
Sky Rambler From Hell © Greg von Seduce (2011)
Sky Rambler From Hell © Greg von Seduce (2011)
"Sky Rambler From Hell" © Greg von Seduce (2011)
„Sky Rambler From Hell” © Greg von Seduce (2011)

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: